Maciej Dziubich: Wciąż jestem zaskakiwany brakiem wyobraźni ludzi, którzy przyjeżdżają nad morze

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Maciej Dziubich, prezes Sopockiego WOPR: Silne prądy wsteczne, które są przy dnie nie pozwolą nam wrócić do brzegu. Dlatego ratownicy pracują w zespołach minimum trzyosobowych
Maciej Dziubich, prezes Sopockiego WOPR: Silne prądy wsteczne, które są przy dnie nie pozwolą nam wrócić do brzegu. Dlatego ratownicy pracują w zespołach minimum trzyosobowych Materiały prasowe
Największym błędem plażowiczów jest to, że nie wybierają miejsc strzeżonych. To strasznie smutne, że priorytetem nie jest strzeżone kąpielisko, tylko parking, sklep czy bar. W tym, że ktoś wyląduje na kąpielisku strzeżonym jest niestety więcej przypadku, niż świadomego wyboru – mówi Maciej Dziubich prezes Sopockiego WOPR.

Do czego zdolni są ludzie, którzy przyjeżdżają na wakacje nad morze?

Myślałem, chyba trochę naiwnie, że po 20 latach pracy w WOPR skończyły się już sytuacje, które mogłyby mnie zaskoczyć. A jednak co jakiś czas pojawia się kolejny bohater, który udowadnia, że moja wyobraźnia ma swoje granice. Krótko mówiąc, okazuje się, że moja wyobraźnia wciąż jeszcze wszystkiego nie ogarnęła.

Co jest największym problemem na plaży w Sopocie? Przy okazji, to chyba jedno z największych kąpielisk w Polsce?

Tak jest. Mamy tu 800 metrów strzeżonego kąpieliska; to jest długie kąpielisko. Zgodnie z prawem na każde sto metrów musi być 3 ratowników, mamy więc na kąpielisku 24 ratowników. Ale na tym nie koniec. Dodatkowo posiadamy dwie załogi dwuosobowe i jednego koordynatora, czyli w sumie jest jeszcze 5 osób, które działają poza terenem strzeżonym oraz wspierają ratowników na strzeżonych kąpieliskach. W Sopocie mamy również główne Centrum Koordynacji Ratownictwa Wodnego odbierającego numer ratunkowy nad wodą 601 100 100. Dozorujemy i zabezpieczamy całą długość plaży Sopotu, aż do Gdańska. Sopot „nigdy nie śpi” więc mam również ratowników dyżurujących na bazie w nocy gotowych do działań. Na pytanie, co jest największym problemem na plaży, odpowiem jednym słowem: alkohol. A największe moje zdziwienie nadal budzi fakt, jak bardzo rodzice są nieodpowiedzialni, jeśli chodzi o dzieci.

Rodzice nie pilnują dzieci?

Nie dalej jak tydzień temu czytałem o sytuacji, jak mama tak się napiła alkoholu, że olejkiem posmarowała nie swoje dziecko. A wczoraj jeden z przyjezdnych ratowników opowiedział, że znaleziono dziecko, którego ojciec pił w barze piwo. Na pytanie, dlaczego nie pilnuje swojego dziecka, odpowiedział zdziwiony: „Przecież postawiłem dziecko przy ratowniku. Myślałem, że ratownik je popilnuje”.

Brzmi może i wesoło, ale to wcale nie jest śmieszne.

Ma pani rację, to nie jest śmieszne. Jakiś czas temu robiłem sobie obliczenia, jak daleko dziecko może się oddalić, kiedy jest niepilnowane przez rodziców. Wyszło mi, że jeżeli dziecko przez pięć minut jest bez opieki, może przejść 100-150 metrów. Jeżeli po 5 minutach rodzic zorientuje się, że nie ma dziecka, zacznie najpierw sam je szukać wokół koca, parawanu, zanim powiadomi ratowników, to mija kolejne 5 minut, a dziecko może przejść już 300 metrów. Z tym, że dla ratownika oznacza to 300 metrów w lewo i 300 metrów w prawo. A to oznacza, że do przeszukania mamy już 600 metrów plaży. Takie sytuacje, że dziecko gubi się w sąsiednim Gdańsku, a my je znajdujemy w Sopocie i odwrotnie, nie jest niczym niezwykłym.

Jeśli zakończenie jest szczęśliwe, to wszyscy oddychają z ulgą. Gorzej jest, gdy grzechy plażowiczów doprowadzają do tragedii. Jak tu wyglądają statystyki, jeśli chodzi o utonięcia? Ich liczba się zmniejsza, co mogłoby świadczyć, że turyści jednak mądrzeją, czy odwrotnie?

Trudno tu bazować na statystykach, żeby ocenić, czy mądrzejemy, czy nie. Jeżeli jednego roku będzie ładne lato i dajmy na to, w górach zginie 100 osób, a drugiego roku lato będzie deszczowe i nie zginie nikt, to wcale nie znaczy, że ludzie są mądrzejsi, ale że kluczową okolicznością jest pogoda. Z wodą jest podobnie – jeżeli mamy słoneczne lato, więcej ludzi jest na plaży i więcej ich do tej wody wejdzie, to statystycznie więcej ich utonie. Trudno tu powiedzieć, że z roku na rok stajemy się bardziej odpowiedzialni. Chyba, żeby spojrzeć na ten wykres długofalowo, na przestrzeni na przykład 20 lat.

I co on mówi, jeśli spojrzy się długofalowo?

Z tego, co pamiętam, nie ma wielkich zmian, jeśli chodzi o liczbę utonięć. Największym błędem plażowiczów jest to, że nie wybierają miejsc strzeżonych. To strasznie smutne, że priorytetem nie jest miejsce, na którym jest strzeżone kąpielisko, tylko liczy się to miejsce, gdzie jest parking, sklep czy bar. W tym, że ktoś wyląduje na kąpielisku strzeżonym jest niestety więcej przypadku, niż świadomego wyboru czy celowości. Kolejną sprawą jest to, że jeśli jest wysoka fala i ratownik wiesza czerwoną flagę, informując tym, że kąpiel jest niebezpieczna, to ludzie idą do wody obok strzeżonego kąpieliska. I mamy takie niewesołe obrazki – na stu metrach strzeżonej plaży ratownik ma prawo zabronić wejścia do wody, ale dwa metry dalej w prawo czy w lewo są tłumy ludzi w wodzie, ale tam władza ratownika się kończy i nie ma prawa niczego zakazać.

Może ludzie nie wiedzą, że czerwona flaga oznacza zakaz kąpieli? Może myślą, że oznacza: „Możesz się kąpać na własną odpowiedzialność. Ratownik umywa ręce”?

Ależ ludzie zdają sobie sprawę z tego, że wtedy kąpać się jest niebezpiecznie. O to chodzi – oni widząc czerwoną flagę, wiedza o tym, ale są mądrzejsi. Porównałbym to do jazdy samochodem i przekraczania prędkości. Jest znak ograniczający prędkość do 50 czy 70 kilometrów na godzinę, ale czy ludzie jadą przepisowo? Nie! Tylko że jest prawo takie, że jak policja zatrzyma kierowcę, który się nie stosuje do przepisów, to może dać mandat. Raz na jakiś czas ktoś, jadąc zbyt szybko spowoduje wypadek i zginie i wówczas otoczenie tej osoby – rodzina, znajomi, obudzą się i stwierdzą: „On jechał za szybko; może lepiej, żebym zdjął nogę z gazu i nie jeździł tak szybko”. Albo żona mówi do męża: „Słuchaj, twój kolega zginął, jadąc w delegację, proszę cię, bądź uważny na drodze”. Podobnie jest nad wodą: dopóki ktoś z rodziny, z przyjaciół, z sąsiadów się nie utopi, nie ma refleksji na temat tego, że woda może być niebezpieczna. Wejście do wody przy czerwonej fladze obok kąpieliska jest więc w stu procentach świadome. Tylko, że wygrywa brawura i nasze polskie „ja wiem lepiej”, „a co mi tam ktoś będzie mówić”. Polak wie lepiej.

Jeśli turyści przychodzą na plażę strzeżoną, czytają regulaminy?

Regulamin zawsze jest na kąpielisku strzeżonym. Czyli na każdych stu metrach strzeżonej plaży wisi regulamin. Ale jest on dosyć ogólny. Czy wchodząc na basen czyta pani regulamin? Albo idąc na stadion, na koncert? Regulaminu się nie czyta. On jest, bo być musi, takie są przepisy. Cała rzecz rozbija się o to, żeby wiedzieć, że nie wolno wchodzić do wody po wypiciu alkoholu, że trzeba słuchać poleceń ratownika, wiedzieć co oznaczają określone kolory flagi wywieszanej na kąpielisku i w jakich godzinach pracuje kąpielisko. Regulamin jest, bo być musi, ale czy ktoś go czyta? Osobiście nie widziałem, aby ktoś podszedł do tablicy z regulaminem i go czytał. Ale to nie tylko o to chodzi, że ludzie nie czytają regulaminu.

A o co jeszcze?

Każde wejście na plażę ma określony numer. One są bardzo istotne. Czasem są ważniejsze, jeśli chodzi o nasze bezpieczeństwo; kiedy jesteśmy na wakacjach i coś się dzieje, kiedy widzimy coś niepokojącego, więc dzwonimy po pomoc na numer 601 100 100. I tak dzwoni pan i mówi: „Jestem na plaży w Stegnie”. Ale gdzie w Stegnie? Pan mówi: „Nie wiem”. A jaki był numer wejścia, którym wszedł na plażę? Pan jest zaskoczony: „Jaki numer wejścia”? Co tu mówić o czytaniu regulaminu, kiedy plażowicz nie wie nawet, w którym miejscu plaży jest. Numer wejściowy nie jest dla niego istotny, bo on patrzy, gdzie znajdzie kawałek wolnego miejsca, aby rozstawić parawan, a nie, żeby potencjalnie wiedzieć, gdzie można wezwać pomoc.

Rozewie, Jastrzębia Góra, Władysławowo, Kąty Rybackie, Krynica Morska, Sobieszewo, Sztutowo – i pewnie jeszcze można by wymieniać. Wszędzie tam w ostatnich dniach wydarzyły się tragedie; utonęli ludzie.

To były utonięcia w miejscach niestrzeżonych i nie będę ryzykował, jeśli powiem, że zdarzyło się to wtedy, kiedy na kąpieliskach powiewały czerwone flagi, a ci, którzy utonęli, kąpali się poza kąpieliskiem. Akurat, jeśli chodzi o Kąty Rybackie, byłem w tym momencie na plaży, kiedy miało miejsce to utonięcie. Wiem więc dobrze, jakie były warunki do pływania.

Przecież inni plażowicze też znali te warunki. Co takiego więc się dzieje, że tę wiedzę lekceważymy? Może to nie zawsze zależy od człowieka, ale że wystarczy moment i żywioł wygrywa?

Patrząc na statystyki, w Polsce najwięcej utonięć dotyczy mężczyzn powyżej 50 lat. Może to być związane ze złym stanem zdrowia. Może być związane z tym, że kiedyś nauka pływania nie była powszechna, więc nie nauczyli się pływać i nadal nie potrafią, bo na przykład wstydzą się w wieku 50 lat pójść na pływalnię i wziąć lekcje pływania pod okiem trenera. No, ale jak się już jest na plaży! Tydzień czy półtora tygodnia temu na plaży w Sopocie mężczyzna w wieku 50 plus z widoczną dużą nadwagą – i jak się później okazało – z wieloma chorobami przewlekłymi – do godziny 12 w południe zdążył wypić 6 piw, a potem wszedł do wody. Nie odpowiem na pytanie, co taki człowiek miał w głowie, doprowadzając się do takiego stanu. Nie był na tej plaży sam, razem z nim było dwóch kolegów, w podobnym stanie upojenia alkoholowego. Tylko, że to on wszedł do wody. Nie wiem, czy oni już nie byli w stanie do tej wody wejść, czy po prostu byli mądrzejsi.

Co się z nim stało?

Wszedł do wody, zaczął tonąć. Ratownicy wyciągnęli go nieprzytomnego. Przytomność odzyskał na plaży, ale została wezwana karetka pogotowia i został do niej przekazany. Co więc mają w głowach ludzie, którzy do godziny 12 potrafią wypić 6 piw, a potem wchodzić do wody?

Można mówić o tragicznym schemacie, który powtarza się przy utonięciach? Co się powtarza?

Utonięcia powtarzają się w sytuacji, kiedy jest wysoka fala, nad kąpieliskiem jest czerwona flaga, ludzie wchodzą do wody tam, gdzie nie ma ratowników. To najczęstszy schemat.

Czego przyjeżdżający na wakacje nad morze turyści nie wiedzą o wodzie?

Jeżeli człowiek chodzi na basen i przepływa sto długości basenu, to myśli, że jest pływakiem. Albo wchodzi do niewielkiego jeziora, przepływa na drugą stronę jeziora i myśli, że jest mistrzem pływackim. Niestety, woda w morzu jest zupełnie inna. To żywioł. To masy, tony wody, które uderzają w nas w postaci fali, które nas ściągają do morza. Wydaje się nam, że jak jest wysoka fala, to fajnie, można sobie poskakać. Ale w rzeczywistości taka wysoka fala jest szalenie niebezpieczna. Krótko mówiąc, fale są niebezpieczne. Mogą przewrócić dorosłego człowieka. A silne prądy wsteczne, które są przy dnie nie pozwolą nam wrócić do brzegu. To dlatego ratownicy pracują w zespołach minimum trzyosobowych. Dlatego zawsze mają środki asekuracji w postaci pasów ratunkowych typu węgorz, a kiedy płyną, to są przywiązani liną do ratowników, którzy stoją na brzegu, po to właśnie, by można było ściągnąć ratownika z poszkodowanym do brzegu. Dlatego ratownicy pracują na linach, zawsze w zespole. Zdarza się, że turysta, który często przyjeżdża z południa Polski i morze widzi po raz pierwszy, na zakaz wchodzenia do wody odpowiada ratownikowi: „Nie po to jechałem 700 kilometrów, żeby pan mi teraz nie pozwolił wejść do wody”.

Faktycznie, skandal. Zatrzymajmy się przy tych prądach wstecznych. To inaczej cofka?

Może być cofka, czyli prądy wsteczne, mogą być prądy rozrywające. Ale to nie jedyne niebezpieczeństwo. Podobnie może być z ostrogami, czyli potocznie mówiąc falochronami. Media opisywały niedawno sytuację, jak to tata po alkoholu zabrał dziecko i chodził z nim po falochronie. A to są miejsca szczególnie niebezpieczne i to z kilku względów. Raz, że ostrogi porośnięte są skorupiakami, które są bardzo ostre, tworzą teksturę tarki. Po drugie – jest tam bardzo głęboko – jeśli wydawać by się mogło, że przy brzegu jest metr głębokości, to tam będzie dwa metry. Po trzecie głębokość powoduje, że tworzą się wiry. Jeśli w takie miejsce dostanie się człowiek, wir nie pozwoli mu odpłynąć, a wspomniana przeze mnie tarka pokaleczy mu skórę. W końcu też łatwo można się pośliznąć, bo falochron jest mokry i śliski. Słowem, wpadnięcie do wody z falochronu oznacza tragedię. A mimo wszystko nieustannie widzimy, że ludzie wchodzą na falochrony, robią sobie zdjęcia. Przy każdej ostrodze jest znak, aby nie wchodzić, a ludzie i tak wchodzą.

Jest jakaś szansa, jakiś sposób, aby się z takiego prądu wydostać? Jak pomóc komuś takiemu? Czy pojedynczy człowiek, który rzuci się w odmęty na ratunek, da sobie radę?

Ratownik, aby nim zostać, musi przejść ponad 60-godzinny kurs. Poza tym pracujemy w zespołach trzyosobowych, a często i większych. Mamy sprzęt motorowodny, skutery, pianki, liny, pasy i dopiero tak przygotowani, po szkoleniach i ćwiczeniach wchodzimy do wody. Co miałaby zrobić osoba, która takich technik nie ćwiczyła, nie wie, jak to się robi, jest w samych kąpielówkach i myśli zostać bohaterem? Sam się prosi o tragedię.

Nie ma szans, aby pomóc.

Nie ma. A my nie będziemy podawać instrukcji w stylu: „Jak cię porwie prąd, to płyń w bok” albo „połóż się na wodzie…”. Nie, nie róbmy tego.

To co trzeba robić?

Wezwać pomoc. Ludzie wchodząc na plażę i widząc, że w wodzie coś się dzieje, często sami chcą biec na ratunek. Nie widzą wieży ratowniczej; ona często w gąszczu plażowiczów nie jest widoczna. Zawsze w takiej sytuacji należy wezwać pomoc; zadzwonić na 112 lub 601 100 100, na numer ratunkowy nad wodą. Bywa, że ratownicy są bardzo blisko. Ale tu jest kolejny temat. Otóż zgodnie z prawem ratownik nie może opuścić wieży ratowniczej, co oznacza, że nie powinien udzielać pomocy nikomu poza kąpieliskiem. Jeśli to robi – łamie prawo. Robi to na własną odpowiedzialność. Ponieważ jego stanowisko pracy zawiera się w tych stu metrach, które zabezpiecza – od bojki do bojki. Jeśli popłynie, żeby udzielić pomocy komuś, kto będzie za granicami kąpieliska, to raz, że opuszcza miejsce pracy, pozostawiając ludzi w wodzie bez zabezpieczenia, więc gdyby przydarzyło się nieszczęście, to odpowiadałby prawnie. A dwa – kiedy biegnąc do tonącego poza granicami kąpieliska ratownik skręci sobie kostkę, to ubezpieczenie już go nie obejmuje. Tak stanowi prawo w Polsce.

Zatem jedna osoba nie uratuje tonącego, którego porwie dajmy na to prąd wsteczny?

Nie ma takiej opcji, aby uratowała go jedna z osób z plaży.

Brał Pan udział w takich akcjach ratunkowych, które do dziś nie pozwalają Panu zasnąć i przyprawiają o dreszcze?

Nie przypominam sobie. Po 20 latach pracy można mówić o swego rodzaju rutynie. Nie robi już na mnie wrażenia ciało człowieka wyciągnięte z wody na brzeg. Za to wciąż jestem zaskakiwany brakiem wyobraźni ludzi, którzy przyjeżdżają nad morze, ilość alkoholu, jaką potrafią w siebie wlać i to, że nie pilnują swoich dzieci.

Zdarza się, że rodzice sadzają dziecko na dmuchaną zabawkę czy materacyk na wodzie, nie zdając sobie sprawy, że wiatr i fala mogą błyskawicznie porwać dziecko w głąb morza.

Wszelkie tego rodzaju zabawki niezwykle szybko poruszają się po powierzchni wody. Słyszałem o sytuacji w województwie wielkopolskim, gdzie kilka lat temu z brzegu wiatr zwiał piłeczkę, dorosły mężczyzna popłynął po nią na środek jeziora i utonął. Przez piłeczkę za trzy złote. Warto? Trzeba wiedzieć, że taka piłeczka na powierzchni wody jest szybsza niż pływak. Podobnie jest z dmuchanymi zabawkami, wszelkiej maści flamingami czy materacami. A jeśli zwieje nam z brzegu, to często machamy ręką, no trudno, parę złotych wrzuciliśmy do kosza. Tylko że nie mamy świadomości, jakie mogą być tego konsekwencje. Materac może zostać przewiany na kąpielisko obok, ktoś zobaczy, że jest pusty, pomyśli, że tam był człowiek, wezwie pomoc, a my szukamy przez pół dnia, stawiając w pogotowie wszystkie służby i uruchamiając śmigłowiec. Wystarczyłoby popilnować na brzegu swojego sprzętu, aby wiatr go nie zwiał. Rzadko myślimy o konsekwencjach.

O czym powinniśmy pamiętać? Jakich zasad należy bezwarunkowo przestrzegać nad morzem?

Wybierajmy strzeżone miejsca. Jeżeli jadąc na wakacje, nie wiemy, gdzie są ratownicy, w internecie zamieszczony jest serwis kąpieliskowy, który dokładnie pokazuje wszystkie strzeżone kąpieliska, zarówno nad morzem jak i śródlądowe. To po pierwsze. Punkt drugi: słuchamy się ratowników; respektujemy czerwoną flagę. Punkt trzeci: alkohol zostawiamy w domu. Nie ma bezpiecznej dawki alkoholu na plaży. Punkt czwarty: pilnujemy dzieci. Jeśli dziecko idzie do wody – rodzic też idzie do wody z dzieckiem. Nie powinno być takich sytuacji, że rodzic leży na kocu i mówi do swojego dziecka: „Bądź na brzegu, nie odchodź nigdzie, mamusia patrzy na ciebie z koca”. To nie działa. Wystarczy chwila nieuwagi.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie