Łukaszenka jedzie do Putina. Nie jest wcale powiedziane, czy czeka go ciepłe przyjęcie [ANALIZA]

Witold Głowacki
Witold Głowacki
East News / Viktor Tolochko
Niezależnie od tego, czy Łukaszenka przetrwa, czy nie, Putin nie ryzykuje wiele, jeśli chodzi o relacje Rosji z Białorusią.

W poniedziałek Aleksandr Łukaszenka spotka się w cztery oczy z Władimirem Putinem. Białoruski dyktator będzie oczywiście rozmawiał z prezydentem Rosji o sytuacji w swym kraju. Teoretycznie mogą ważyć się losy obiecanej przez Putina „bratniej pomocy” w postaci rzucenia na Białoruś pokaźnego kontyngentu rosyjskich milicjantów mających wesprzeć białoruskie służby w tłumieniu protestów, być może jednak rozstrzygnie się raczej los samego Łukaszenki i jego władzy. Łukaszenka nie jest bowiem dla Putina jedynym możliwym partnerem na Białorusi. Zwłaszcza teraz, gdy kruszą się fundamenty jego władzy.

Spotkanie ma mieć miejsce w Soczi, choć wcześniej wskazywano raczej Moskwę. O wyborze kurortu nad Morzem Czarnym poinformował w piątek Kreml. Choć Soczi to dość tradycyjne miejsce spotkań kolejnych władców Rosji z zagranicznymi partnerami, aktualny wybór zdaje się mieć pewien wymiar symboliczny. Trochę tak

Łukaszenka mianowicie był już w tym roku w Soczi i z pewnościa nie wspomina za dobre tej wizyty. Spotkał się tam z Putinem na początku lutego. Ani jemu, ani prezydentowi Rosji nie śniło się jeszcze, jak bardzo pandemia przebuduje realia politycznej gry w obu krajach i jak wiele zmieni się zwłaszcza na Białorusi. Rozmawiali o czymś zupełnie innym.

Łukaszenka usiłował wtedy wynegocjować możliwie najniższe ceny rosyjskich dostaw gazu i ropy. Prosił o zakontraktowanie identycznych - bardzo niskich - stawek, jakie płaci się za gaz wewnątrz Rosji. Powoływał się na to, że „sąsiadujący z nami”, czyli Białorusią, obwód smoleński płaci 70 dolarów za 1000 metrów sześciennych, czyli prawie 2 razy mniej niż wynosiła w 2019 roku cena dla Białorusi. Tak naprawdę chodziło mu o jakąkolwiek obniżkę - choćby o symboliczne 10 dolarów.

Tymczasem Putin wyśmiał go i upokorzył. Nie chodzi nawet o to, że pod pretekstem Wielkiego Postu zaserwował mu na śniadanie symboliczną kaszę na wodzie (jedno z najtańszych dań w obu krajach), szydząc, że powinien się przyzwyczajać - aczkolwiek dokładnie tak się stało. Ważniejsze jest to, że Putin nie wykonał wtedy żadnego ukłonu pod adresem Łukaszenki. Nie poszedł na ustępstwa w sprawie dostaw i przemawiał - także publicznie - do białoruskiego prezydenta wyłącznie z pozycji siły. Dlaczego? Bo jego zdaniem Białoruś nie wywiązuje się z postanowień układu o Związku Białorusi i Rosji i wymiguje się od zapisanych w nim deklaracji o głębszej współpracy z Rosją. O co dokładnie chodziło Putinowi? O „integrację porządków prawnych”, o szersze współdziałanie w kwestiach wojskowych i dotyczących polityki zagranicznej - słowem o kwestie, które dotyczą samej suwerenności państwowej Białorusi.

W lutym Łukaszenka wracał więc z Soczi z pustymi rękami i do tego mocno poobijany. Putin postawił sprawę jasno: nie będzie żadnych finansowych czy gazowych prezentów dla Białorusi, jeśli Białoruś nie odwdzięczy się otwartością w kwestii powrotu w objęcia matki Rosji.

To raczej nie jest więc przypadek, że Kreml znów wyznaczył na miejsce spotkania zamiast Moskwy ten sam skądinąd atrakcyjny czarnomorski kurort, w którym Łukaszenka w lutym spożywał swą kaszę na wodzie. Tym razem pole manewru Łukaszenki jest bowiem bardzo, bardzo wąskie.

Nie zawsze tak było. Polityka Aleksandra Łukaszenki wobec Rosji i Zachodu pod pewnymi względami przypominała dotąd strategię wybraną przez Leonida Kuczmę w okresie jego zakończonych tzw pomarańczową rewolucją ponad dziesięcioletnich rządów na Ukrainie. Choć zarówno Łukaszenkę jak i Kuczmę można bez problemu nazwać politykami pozostającymi w orbicie Moskwy, to jednak przez cały czas prowadzili oni politykę niejednokrotnie karkołomnego balansowania pomiędzy Rosją a Zachodem. Zapalając raz panu Bogu świeczkę, a raz diabłu ogarek z mniejszym lub większym powodzeniem utrzymywali rodzaj status quo w relacjach z potężnym wschodnim sąsiadem.

Tak było nawet w lutym. Łukaszenka z powodzeniem stosował wtedy strategię „pokorne ciele dwie matki ssie”. Z jednej strony próbował wyprosić u Putina zniżki na gaz i ropę, z drugiej jednak niemal równolegle spotkał się z amerykańskim sekretarzem stanu Mikem Pompeo, by wynegocjować kontrakt na dostawy na Białoruś amerykańskiej ropy LNG oraz z szefem litewskiego MSZ, który z kolei obiecał pompowanie obu surowców z amerykańskich dostaw na Białoruś rurociągami z litewskich portów.

Podobne partie Łukaszenka rozgrywał wcześniej wielokrotnie. Kiedy tylko czuł na plecach zbyt mocny oddech Putina, natychmiast wykonywał rozmaite gesty pod adresem Zachodu - a to zwalniając więźniów politycznych, a to nieco luzując śrubę dociskającą opozycję. Wszystko to było relatywnie łatwe w warunkach, w których na Białorusi nie było nawet mowy o bardziej masowych formach sprzeciwu wobec jego rządów - Łukaszenka mógł bez większego problemu opowiadać o trzeciej drodze wybranej przez Białoruś i jej społeczeństwo legitymizującej jego autokratyczne rządy.

Dziś jest zupełnie inaczej - Łukaszenka ma gigantyczny problem z legitymizacją swej prezydentury po ewidentnie sfałszowanych wyborach i w obliczu masowych protestów na ulicach. Gdyby miał znów wykonać jakiś gest pod adresem Zachodu, nie mógłby się ograniczyć do swej tradycyjnej pantomimy, musiałby co najmniej powtórzyć wybory prezydenckie, czyli postawić na szali możliwość ostatecznego pożegnania się z władzą.

Dlatego właśnie pozostaje mu tylko Putin. W dodatku Putin, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że tym razem w Soczi może poczęstować Łukaszenkę daniem o wiele gorszym od kaszy na wodzie - a białoruski prezydent i tak będzie musiał je przełknąć.

Jego sytuację zdecydowanie pogarsza fakt, że spora część białoruskiej opozycji wcale nie jest przeciwna ścisłym związkom Białorusi z Rosja. Protesty po sfałszowanych sierpniowych wyborach nie są ogólnonarodową manifestacją na rzecz zbliżenia z Europą czy przyjęcia orientacji prozachodniej w polityce zagranicznej - jaką był na przykład ukraiński Majdan w początkach swego istnienia. Putin zaś mógłby spokojnie rozmawiać ze sporą częścią liderów białoruskiej opozycji o nowym kształcie rosyjsko-białoruskich stosunków, bynajmniej jednak nie takim, który oznaczałby zerwanie ze status quo. Teraz w Soczi może podać Łukaszence pomocną dłoń, równie dobrze może jednak postawić na nim krzyżyk. W obu wypadkach rozpocznie nowy, jednak w pełni lub niemal w pełni odpowiadający geostrategicznym interesom Kremla, etap w relacjach Moskwy z Mińskiem.

Strajk. Górnicy zostają pod ziemią

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie