reklama

Łukasz Szeliga: Ani 500 złotych, ani 1000 więcej nie załatwi problemu niepełnosprawnych

Anita CzuprynZaktualizowano 
Łukasz Szeliga: Mimo różnych niepełnosprawności, można być człowiekiem aktywnym Xinhua/Photoshot/REPORTER
Z perspektywy praktyka, chciałbym mieć wsparcie tego typu jak niezbędny sprzęt, wszystko to, co proponował rząd. Ale każdy przypadek jest zupełnie inny. Myślę, że przyznanie nawet 1000 złotych na jedno dziecko nie spowodowałoby, że problem by zniknął, bo wyłaniałyby się inne rzeczy. Cała ta sytuacja wymaga naprawdę głębokiej analizy. mówi Łukasz Szeliga, paraolimpijski narciarz alpejski i działacz sportowy, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Był Pan przed Sejmem, żeby wesprzeć protest rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci?
Nie wspierałem tego protestu w taki sposób. Protest dotyczy osób z niepełnosprawnościami, ale jest to grupa szczególnej niepełnosprawności. Mówiąc o niepełnosprawności trzeba widzieć różne jej wymiary. W Sejmie protestują rodzice dzieci, które nie są zdolne do samodzielnej egzystencji, wymagają opieki przez 24 godziny na dobę. Ale w obliczu wielu niepełnosprawności to nie jest reguła. Trzeba pamiętać o rehabilitacji, a jej ideą zasadniczo jest powrót do samodzielności, do niezależności osoby z niepełnosprawnością. Rehabilitacja osób niepełnosprawnych niezależnie od wieku oznacza więc pracę do tego momentu, do którego przywróci osobie niepełnosprawnej samodzielność i niezależność. Niestety w Polsce często się o tym zapomina. Nie chcę przez to powiedzieć, że to dotyczy rodziców, którzy protestują w Sejmie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy ludzie z niepełnosprawnością pojadą na igrzyska paraolimpijskie. Nawet na igrzyskach paraolimpijskich w sportach typu boccia starują osoby, które z założenia nie mają szans na samodzielność, bo zbyt skomplikowany jest ich stan niepełnosprawności. Powinniśmy mieć tez na uwadze to, że statystycznie tych ludzi wśród całej grupy osób posiadających jakieś niepełnosprawności, jest zdecydowana mniejszość.

Rodzice niepełnosprawnych dzieci protestują w Sejmie już ponad dwa tygodnie. Jak Pan patrzy na ten protest i na to, co się wokół niego dzieje?
Podobny protest już w Sejmie mieliśmy. Było to, o ile się nie mylę, trzy lata temu. Wtedy też przyjechali rodzice ze swoimi niepełnosprawnymi dziećmi. Jest to głos ludzi, którzy mają dosyć sytuacji, w jakiej funkcjonują, bo umówmy się, to nie jest sytuacja, która trwa od trzech lat, ale trwa od dziesięcioleci. Ale ja patrzę na to w taki sposób, że pomoc dla człowieka z niepełnosprawnością powinna być zindywidualizowana. Nie mamy takiej możliwości, żeby jednym dekretem sprawić, by wszyscy dostali to samo, kiedy spektrum potrzeb jest zbyt szerokie. Moim zdaniem ani 500 złotych, ani 1000 złotych więcej nie załatwi problemu, jaki mają ci ludzie. Ci rodzice muszą zajmować się swoim dzieckiem przez 24 godziny i 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku.

Trzy lata temu do tych rodziców, protestujących w Sejmie, o czym z goryczą dziś mówią, przychodzili politycy i deklarowali swoje wsparcie. Był prezes PiS Jarosław Kaczyński. Dziś rodzice mają żal i są zawiedzeni tym, że politycy, którzy teraz są u władzy, o nich nie pamiętają.
Rozumiem sytuację rodziców. Ludzie zwykle są zawiedzeni, kiedy mają jakieś roszczenia i nie otrzymują tego, czego się domagają, nie otrzymują pomocy. Pominąłbym kwestie polityczne; to, że kiedyś przychodzili do nich jedni politycy, dziś przychodzą inni. Wydaje mi się, że problem leży gdzie indziej.

To ja jeszcze tylko wspomnę o żądaniach protestujących: 500 zł dodatku dla niepełnosprawnych po ukończeniu przez nich 18 lat i zrównania renty socjalnej z najniższą rentą ZUS. Wiadomo już, że będzie ustawa, jeśli chodzi o zrównanie renty socjalnej z ZUS. Kwestią sporną okazało się 500 zł.
Powtórzę jeszcze raz - 500 złotych więcej w ogóle nie rozwiązuje problemu. Wystarczy jeśli popatrzymy, jakie koszty musi ponieść ktoś, kto zajmuje się osobą z niepełnosprawnością przez rok. Zmaga się z ograniczeniami tego typu, że nie może chodzić do pracy, bo musi być z dzieckiem, że potrzebny jest sprzęt do rehabilitacji, potrzebnych jest wiele dodatkowych rzeczy. Zobrazowałbym to dwoma przykładami, gdzie powinno się szukać rozwiązań. Pierwsza rzecz jest taka, że od lat 90., a i wcześniej od 80. jest mnóstwo ludzi, którzy nabyli orzeczenia o niepełnosprawności, które ja kolokwialnie nazywam „orzeczeniami na łupież”. To nie są ludzie szczególnie chorzy czy niesprawni. Oni pracują - w firmach ochroniarskich, czy innych zakładach. Kiedyś na rynku pracy było mnóstwo ogłoszeń, firmy chętnie zatrudniały ludzi, którzy mieli orzeczenie o niepełnosprawności, bo to generowało różnego rodzaju przywileje dla pracodawcy. Ta sytuacja spowodowała, że dziś mamy do czynienia z absurdem, bo w tej ponad 4-milionowej grupie ludzi, którzy mają orzeczoną niepełnosprawność, uważam, że znaczna częć nie powinna takiego orzeczenia posiadać. Oczywiście, wiele się poprawiło przez ostatnie lata.
Co się poprawiło?
Choćby to, że dziś komisja lekarska orzekająca o niepełnosprawności nie jest już jednoosobowa, jak to było jeszcze w początkach 2000 roku. To była kpina, ale do systemu weszli ludzie, którzy de facto nie mieli nic wspólnego z niepełnosprawnością. Ale dostali orzeczenie na czas nieokreślony, z pewnością, że do końca życia będą dostawać rentę, więc już nie musieli się wysilać, nie musieli się rehabilitować. Ta sytuacja sprawia, że system wsparcia pochłania potężne pieniądze, nic więc dziwnego, że ich brakuje później na rehabilitację rzeczywiście potrzebującym.

Wrócę do protestu, bo rodzice odrzucili propozycje rządu - nie zgadzają się na wyliczone przez rząd oszczędności wynikające z obiecywanych ich dzieciom darmowych i bez ograniczeń pieluchomajtek, wózków inwalidzkich, wizyt u specjalistów bez kolejki. To była dobra propozycja?
Szczegółów nie znam, ale patrząc na to z perspektywy praktyka, chciałbym mieć wsparcie tego typu jak niezbędny sprzęt, wszystko to, co związane jest z kwestiami rehabilitacyjnymi i dostęp do specjalistów, i to jest realna możliwość reagowania na sytuację. Chcę też zwrócić uwagę na to, że znalazły się pieniądze dla dzieci niepełnosprawnych w wieku szkolnym. Tu na dziecko z niepełnosprawnością wykładana jest wielokrotność kwoty, jaka przypada na dziecko pełnosprawne, bo zatrudnia się dodatkowych nauczycieli, organizuje się transport itd. Dzieci niepełnosprawne mają dostęp do edukacji, są na to środki i z tym problemu nie ma; wszyscy traktują to w sposób naturalny.

Ale są dzieci z taką niepełnosprawnością, które z tego nie skorzystają.
O tym chcę powiedzieć. Aby osoba niepełnosprawna uczestniczyła w życiu społecznym, potrzebuje wózka, potrzebuje opiekuna, czasem potrzebuje przewodnika, protezy, a to wszystko kosztuje. To często są nowoczesne technologie, które są bardzo drogie. Normalne systemy ubezpieczeń pokrywają te koszty, bo na tym polega zwykłe ubezpieczenie każdego z obywateli, żeby w jego ramach mógł znaleźć praktyczne rozwiązania. Jeśli więc ktoś potrzebuje wózka inwalidzkiego, to NFZ dofinansowuje do wózka około 2,5 tysiąca złotych. Ale wózek, który nie rozleci się po kilku miesiącach używania kosztuje 4-5 razy tyle. Podobnie jest z proteza nogi- NFZ dopłaci ok. 7,5 tysiąca, a sensowna proteza, z elektronicznym kolanem potrafi kosztować i 180 tysięcy złotych, taka realna w której można chodzić komfortowo to minimum 30-40 tysięcy złotych. Tu jest niezrozumienie tematu, bo wykładanie tych wszystkich pieniędzy kończy się w taki sposób, że w efekcie nie używa się wózka, który po kilku miesiącach się rozlatuje, albo nie nadaje się do jazdy po schodach, krawężnikach, do pokonywania barier architektonicznych. Protezę za 7 tysięcy osoba niepełnosprawna rzuca w kąt, bo nie jest w stanie na niej chodzić, a pieniądze są wydawane. W przypadku dzieci, które wymagają opieki non stop też można wyliczyć, jakie to są koszty, tylko, podkreślę jeszcze raz - obliczenia te powinny być zindywidualizowane, każdy przypadek powinien być rozpatrywany osobno. Inaczej będą wyglądać te koszty kogoś, kto mieszka w Warszawie, a inny będzie koszt obsługi takiego dziecka w malutkiej miejscowości na Podkarpaciu, a jeszcze inaczej w innym miejskim ośrodku. Rozumiem, że 500 złotych, o jakie walczą rodzice, jest kwota dla nich istotną, oczywistym jest, że lepiej posiadać takie wsparcie, ale przecież za 500 złotych rodzic nie jest w stanie zrezygnować ze swojej pracy zawodowej, bo taka suma nie wystarczy na pokrycie jakichkolwiek kosztów. Wydaje mi się, że podejście do tematu związanego z rehabilitacją, kwestią kompensacji danej niepełnosprawności powinno być w każdym przypadku rozpatrywane jednostkowo. A można prosto wyliczyć, ile kosztuje skompensowanie niepełnosprawność człowieka, który nie jest w stanie się ruszać, sam nie jest w stanie nic zrobić i trzeba cały czas organizować mu życie, przestrzeń i się nim opiekować przez 24 godziny. Ale każdy przypadek jest zupełnie inny, niektóre osoby wymagają dodatkowych urządzeń, np. do wykonywania dializ, respiratorów itp. Myślę, że przyznanie nawet 1000 złotych na jedno dziecko nie spowodowałoby, że problem by zniknął, bo wyłaniałyby się inne rzeczy. Cała ta sytuacja wymaga naprawdę głębokiej analizy.

Podsumowując, uważa Pan, że za dużo jest osób z orzeczoną niepełnosprawnością i za mało indywidualnego podejścia do tych osób, które wymagają opieki non stop?
Z tym należałoby się zmierzyć. Czyli zweryfikować orzeczenia o niepełnosprawności i wyeliminować z tego systemu ludzi, którzy naciągnęli rzeczywistość, drenują ten system bez rzeczywistego kontekstu niepełnosprawności. A po drugie - ważne jest podejście od strony praktycznej. A przede wszystkim należałoby się zająć rehabilitacją. Nie kwestionuje tych przypadków, w których ewidentnie nie można przywrócić sprawności i samodzielności, ale u zdecydowanej większości osób niepełnosprawnych można poprawić jakość życia i funkcjonowania, i doprowadzać te osoby do samodzielności. Mogę podać przykład chłopaka, który nie ma dłoni i nadgarstków ani nóg pod kolanami. Z taką hipoplazją się urodził. Rehabilitując się bardzo intensywnie, biorąc normalnie udział w życiu, robi wszystko to, co inne, pełnosprawne dzieci. Jeździ rowerem, motocyklem, prowadzi samochód, potrafi ukroić chleb, przyszyć guzik. To przykład na to, że ograniczenia tkwią w głowie. Ale w Polsce wciąż jeszcze jest widoczny ten sposób myślenia, zwłaszcza u ludzi, którzy mieli do czynienia z komunizmem, żyli w nim, to znaczy: dostaję orzeczenie o niepełnosprawności, przyznano mi rentę, to już nic nie będę robić, żeby mi przypadkiem tego świadczenia nie odebrali. A to nie jest dobre myślenie. To nie jest aktywna postawa, bo powoduje, że ludzie z niepełnosprawnością, ale zdolni do takiego samego życia, jak pełnosprawni, zamykają się, bunkrują w swoich domach czy mieszkaniach.
Rodzice, którzy koczują w Sejmie mówią, że czują się wyrzuceni ze społeczeństwa.
Mnie nie dziwi to, że tak na to patrzą. Jeśli ktoś musi zajmować się swoim dzieckiem przez 24 godziny na dobę, nie ma wsparcia, które pomogłoby mu wyjść na zewnątrz, być wśród ludzi, to jak inaczej może to postrzegać? Tak się czują, są skazani na społeczny ostracyzm. Im trzeba pomóc. Można przyjrzeć się rozwiązaniom, jakie działają w innych krajach. Na przykład w Wielkiej Brytanii jeśli ktoś ulega wypadkowi, to nie dostaje renty na całe życie. Ma pomoc określoną w czasie. Dostaje czas na przekwalifikowanie się, wyedukowanie w nowym zawodzie, dostaje taki sprzęt rehabilitacyjny, który umożliwi mu powrót do społeczeństwa i działania na to powinny być ukierunkowane. Mamy przecież osoby z niepełnosprawnością intelektualną, które też mają trudną sytuację i całe mnóstwo innych niepełnosprawności, ruchowych, sensualnych czy onkologicznych i one też potrzebują praktycznych rozwiązań.

„Pieniądze to tylko środek, problemem są kwestie mentalne” - mówił Pan, co prawda w kontekście sportu paraolimpijskiego, ale wydaje mi się, że można by tak powiedzieć w kontekście życia w ogóle.
Tak jest, pieniądze wszystkiego nie załatwią, nawet jeśli będzie na zapłacenie rachunków i spełnienie podstawowych potrzeb, to osoby niepełnosprawne tak samo potrzebują kontaktu z innymi ludźmi, nie żyjemy w oderwaniu od społeczeństwa, bo takie życie fajne nie jest. Niedawno obchodziliśmy dni ludzi z autyzmem, ta grupa w jakimś sensie zahacza o tych, którzy są w Sejmie i protestują. Niezwykle ważne jest czuć przynależność do tego, że jesteśmy częścią społeczeństwa, a nie przeszkodą. Ponadto, myślę, kontakt z ludźmi z niepełnosprawnościami uczy też osoby pełnosprawne, że problemy, jakie im się wydają bardzo trudne i wielkie, w konfrontacji z tymi, którzy borykają się z o wiele większymi trudnościami wcale takie wielkie nie są. Poza tym, ludzi, którzy mieli na przykład problemy z prawem można zachęcać do wolontariatu, jako formy pomocy niepełnosprawnym. Takie rozwiązania są stosowane w wielu krajach i przynoszą ciekawe efekty. Wystarczy poszukać tego, co sprawdziło się już na zachodzie, bo też zachód przeszedł już te drogę świadomie na o wiele dłuższym odcinku czasu, niż Polacy.

Odwołam się do Pana historii, bo jest Pan właśnie tym przykładem, gdzie niepełnosprawny nie oznacza niesamodzielny. A na dodatek jest Pan człowiekiem z misją. Polega ona na tym, aby jak najwięcej osób z niepełnosprawnością…
… wyciągnąć z domu. Zachęcić do tego, żeby byli aktywni. Cały czas mówię że mimo różnych niepełnosprawności, można być człowiekiem aktywnym. I przykłady takich osób mamy też w polityce, jak na przykład Marek Plura. Jest europarlamentarzystą, żyje bardzo aktywnie, a jest człowiekiem, który wymaga pomocy w funkcjonowaniu na co dzień. Jeśli człowiek chce, to zawsze będzie potrafił znaleźć sobie przestrzeń do funkcjonowania. Często powtarzam, że rehabilitacja jest tym procesem, który prowadzi do samodzielności. Ale mam świadomość, ze to jest idea. I wiem, że tej idei nie można zrealizować u każdego człowieka; to niemożliwe. I takie przykłady widzimy właśnie podczas tego protestu, gdzie są dzieci, jak i osoby dorosłe, które potrzebują pomocy, bo bez niej sobie nie poradzą. Ale to też jest sprawdzian człowieczeństwa odnoszący się do nas wszystkich: trzeba szukać rozwiązań, które nie będą eliminowały te osoby z rzeczywistości. A proces rehabilitacji, o czym należy pamiętać, zawsze można usprawnić, poprawić go, zawsze można zrobić więcej. Wszystko więc zależy od tego, jaką postawę się przyjmie. Jeśli wyłącznie bierną, jeśli będziemy mówić jedynie, że coś się nam należy, bo jesteśmy poszkodowani, a sami nie włączymy aktywności, to nic się nie zmieni. W przypadku rodziców w Sejmie - oni włączyli aktywność, protestują i nie ma w tym niczego dziwnego. Zostawieni często sami sobie nie są w stanie sobie poradzić z wszystkimi codziennymi problemami. Popieram ich stanowisko, bo nie sposób kwestionować tego, że potrzebują pomocy, ale jestem za szukaniem rozwiązań indywidualnych, które sprawią, że każdy człowiek osiągnie sukces, wracając do społeczeństwa na tyle, na ile jest to możliwe.

Patrząc na to, w jaki sposób rozwija się ruch paraolimpijski w Polsce można powiedzieć, że społeczeństwo ten sprawdzian człowieczeństwa zalicza, że stosunek do osób z niepełnosprawnościami się zmienił na lepsze?
Mogę powiedzieć, że tak właśnie się dzieje i widzę to również na swoim przykładzie. Reakcje ludzi 25 lat temu, kiedy widzieli mnie na stoku, jadącego na jednej nodze, czy też kolegów jeżdżących na siedząco, bądź uprawiających inne sporty, były na miarę wydarzenia porównywalnego z lądowaniem UFO. Wszyscy byli poruszeni. Dziś nie wywołuje to już sensacji. Widok człowieka na wózku, bez rąk, czy bez nóg nie budzi takich reakcji jak kiedyś. Jeśli się ludziom tego nie pokazuje, to myślą, że tego nie ma. Dlatego uważam, tak ważne jest, żeby na szerszą skalę pokazywać osoby z niepełnosprawnościami, bo mamy ich w Polsce bardzo wiele, a w europejskim, starzejącym się społeczeństwie tych ludzi jest coraz więcej. Warto też pokazywać takie wydarzenia jak igrzyska paraolimpijskie po to, żeby inni mogli zobaczyć, że można. Że nasze życie się nie skończyło dlatego, że jesteśmy osobami z niepełnosprawnością. Dziś nikt się już więc nie dziwi temu, że również osoby z niepełnosprawnością odnoszą sukcesy.

Łukasz Szeliga - paraolimpijski narciarz alpejski, działacz sportowy, prezes Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”, a także prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego (PKPar). Zwolennik idei integracji sportu paraolimpijskiego ze sportem olimpijskim.

POLECAMY:

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

j
jan

Jak zawsze kłamią że koszt to 9 miliard. Teraz jest 153 pielęgnacyjnego wystarczyło podnieść go do 500 złotych i nie wliczać do dochodów tak jak 500+ Matełusz nie kłam 900 tys.pobiera pielęgnacyjnego. Podwyżka o 347 zł daje ok 320 milionów miesięcznie to ok 3.7 miliarda rocznir a jeszcze jak się podniesie tylko tym po 18 roku życia będzie mniej

K
Kaczor

To jest prawda przyznawali renty socjalne zdrowym znam dwie takie osoby dostali renty tylko dlatego że chodzili do szkoły specjalnej jeden pracuję na budowie przy dociepleniach na wysokości druga pracuje przy sprzątanie biur a najlepsze jest to że dostają zdolności do pracy od lekarza i to są jaja a zapomniałem dodać że od czasu otrzymanią renty socjalnej nie byli już u lekarza

G
Gość

Jedna rzecz to niepełnosprawność fizyczna, a druga - psychiczna i/lub umysłowa. To może być jeszcze gorsze, zwłaszcza gdy osoba jest naprawdę poważnie chora psychicznie i towarzyszy temu niedorozwój umysłowy. Tak było z moim starszym bratem (zmarł 31 lat temu w wieku zaledwie 29 lat), który nie ukończył nawet pierwszej klasy szkoły podstawowej (nie chodził do szkoły) a ostatnie 4 lata życia spędził w Kobierzynie.

a
abcd

Paraolimpiada - zdrowa zabawa za pieniądze podatnika, kosztem naprawdę chorych ludzi

Dodaj ogłoszenie