Łukasz Orbitowski: Z moją babcią miałem tajemnicowanie

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Łukasz Orbitowski: Półka z książkami dobrze wygląda, człowiek na jej tle jawi się mądrzejszy, a towarzyszy temu sugestia, że wszystkie przeczytał
Łukasz Orbitowski: Półka z książkami dobrze wygląda, człowiek na jej tle jawi się mądrzejszy, a towarzyszy temu sugestia, że wszystkie przeczytał Grzegorz Jakubowski
W książkach szukałem odpowiedzi na swoje tęsknoty za wędrowaniem, za przeżyciem czegoś niebezpiecznego, za tajemnicą. Byłem głupi, bo nie dostrzegałem tajemnic wokół mnie, na krakowskim Kazimierzu – o książkach ich pisaniu i czytaniu mówi Łukasz Orbitowski, pisarz i publicysta.

Towarzyszy mi przeczucie grozy życia – powiedziałeś mi dwa lata temu. Jak się z tym zdaniem czujesz dzisiaj?

Mogę przeklinać swoją własną aktualność i nieuświadomione zdolności profetyczne. A prawda jest taka, że człowiek kłapie paszczą, gada byle co, a potem to się sprawdza (śmiech).

Wtedy to było tylko przeczucie, teraz groza dotyka nas niemal namacalnie. Czytanie książek pomoże nam przetrwać ten czas?

Ludziom, którzy je czytają – z pewnością. Aczkolwiek wydaje mi się, że my teraz nie tęsknimy tak za lekturą, jak za możliwością pójścia do pracy, do parku. Za normalnością. Książka jest rodzajem zamknięcia w innym świecie i jej lektura też na tym polega. A my teraz wszyscy jesteśmy pozamykani. Może książka przynosi jakąś ulgę, ale nie mnie; to pewne. Tylko, że ja nie narzekam.

Zaczekaj! Nie przynosi Ci ulgi czytanie książek?

W żadnym razie.

Coś takiego! A pamiętasz jeszcze ten moment pierwszego zachwytu światem, jaki znalazłeś w książce, światem książkowej wyobraźni?

Zachwyt to jedno, a ulga to jednak coś innego. Jeśli więc chodzi o zachwyt, to chciałbym przywołać książki z dzieciństwa i mój wybór pada na Muminki. Jestem bowiem z tego pokolenia, które wybierało między Muminkami i „Kubusiem Puchatkiem”. Byłem muminkofilem. Ze względu na to, że wyrastałem w mieście, wychowywany przez dwoje nadopiekuńczych rodziców; przez bardzo przejętą moim losem mamę. A ten świat Muminków, w którym…

… w którym Mama Muminka pyta: „Gdzie idziecie, dzieci?”, a one odpowiadają: „A, nie wiemy, gdzie pójdziemy tam pójdziemy”, to proponuje im, żeby wzięły sobie sok. A kiedy po ich powrocie słyszy, że spotkały potwora, podsumowuje: „Ależ świetnie sobie poradziliście”.

Dokładnie to miałem na myśli! Albo weźmy ten posępny rozdział, kiedy Muminek, będąc dzieckiem, budzi się w środku zimy i jest pozostawiony sam sobie w świecie pełnym potworów. Ja nie wiedziałem, co to znaczy być pozostawionym samemu sobie. Wiedziałem, że jest coś takiego, jak przygoda, ale nie mogłem jej samemu doświadczać. Musiałem dorosnąć, żeby mieć przygody. Ale tak to rzeczywiście było, że w książkach szukałem odpowiedzi na swoje tęsknoty za wędrowaniem, za przeżyciem czegoś niebezpiecznego, za tajemnicą. Byłem głupi, bo nie dostrzegałem tajemnic wokół mnie, na krakowskim Kazimierzu. To wszystko potem powiodło mnie w kierunku powieści przygodowych Juliusza Verne’a i tym podobnych.

Alfreda Szklarskiego z jego serią o Tomku Wilmowskim?

Tak, tak, oczywiście! Jako dziecko przeczytałem wszystkie „Tomki”, jakie były dostępne. Pamiętam to uczucie rozczarowania, kiedy parę lat temu powróciłem do „Tomka na Czarnym Lądzie”, bodajże pierwszego tomu tej serii. Otworzyłem tę książkę i… Jakie to drewno! Jaka ramota! Autor całe strony spisywał z jakichś zachodnich czasopism przyrodniczych. Oto jego bohater z towarzyszami idzie przez dżunglę czy busz, widzą przelatującego ptaka i następnie mamy dwie strony o tym ptaku, jak gniazduje, ile ma piskląt, co je i jak długo żyje.

Zachodzę w głowę, co nam się wtedy tak w tych książkach podobało?

Pewnie, że nam się podobały, bo myśmy nie widzieli wtedy tych szwów, tego w jaki sposób ta książka jest sprokurowana. Natomiast dostawałem masę informacji o zwierzętach, których nie mogłem znaleźć gdzie indziej. Musisz wiedzieć, że byłem też wtedy facetem, który co poniedziałek czy wtorek wyczekiwał „Z kamerą wśród zwierząt” u Gucwińskich. To był mój ukochany program. Chyba nawet wolałem go bardziej niż książki.

Mimo to książki były dla Ciebie przygodą?

Tak, bo w życiu przygód nie miałem.

Nie traktowałeś nigdy książek jako ucieczki od ponurej rzeczywistości? Tym właśnie były one dla mnie – ucieczką w kolorowy świat z ponurego świata rzeczywistości pegeerowskiej wsi na Warmii.

O! To teraz muszę ci przerwać, bo w dzieciństwie, przez jakiś czas mieszkałem na ulicy Warmijskiej w Krakowie (śmiech).

Ale chyba nie była taka brzydka, że pękały oczy, jak moja warmińska wieś?

Była pięknym miejscem. Tam wylądowałem, jak się wyniosłem z Kazimierza. Zielona, fajna uliczka koło Akademii Pedagogicznej; przed blokiem mieliśmy nawet łąkę. Teraz w miejscu tej łąki jest oczywiście parking.

Oczywiście. W gruncie rzeczy, miejsce, gdzie spędzałam dzieciństwo nie było takie złe; brzydota wynikała z czasów komuny, w jakiej przyszło mi żyć. Rzeczywistość literacka była bardziej pociągająca, więc uciekałam do komórki pod schodami, żeby w spokoju czytać.

Moją ucieczką było fantazjowanie. Dosyć szybko zacząłem rysować mapki do wymyślanych fantastycznych krain, bohaterów. Wszystko przez Tolkiena, który był moją wielką miłością.

„Uprawianie sztuki pisania jest przygodą przepiękną, ale też niebezpieczną, dziwną i wspaniałą”.

To moje słowa?

Twoje. Możesz to rozszerzyć?

Dalej się mogę z tym zgodzić. Piękna jest dlatego, że, jak się okazuje, nie jestem sam na świecie. Zadzwoniłaś do mnie, bo cię zaciekawiłem. Upomniałaś się o mnie. Moi czytelnicy się o mnie upominają. To jest chyba jedna z najcudowniejszych rzeczy, jakich człowiek może doświadczyć – że nie jest sam i że to, co robi, jest potrzebne. Jeżeli pytasz mnie o moje książki, to znaczy, że są w jakiś sposób dla ciebie ważne. A wszyscy tego chcemy – żebyśmy byli ważni i żeby nasza praca coś znaczyła. I żeby nie mówić tu wielkich słów, a jednak ich używając – to wiesz, że Twoje życie ma sens. Dalej – jest to przygoda niebezpieczna; to oczywiste, ponieważ nigdy nie wiadomo, czy pisarzowi się powiedzie. Zawód artysty, który jest zawodem w żaden sposób nie osłanianym przez państwo, czego efekty widzimy choćby teraz, narażony jest na ryzyko. Krótko mówiąc – jesteś warta tyle, ile warta jest twoja ostatnia książka; nie więcej. W związku z tym uprawiając literaturę, w ogóle uprawiając sztukę, ryzykujesz swoim zdrowiem, ryzykujesz dobrobytem, a jeżeli masz rodzinę, to ich byt również się wiąże z tym, co robisz. To jest ciężar, a momentami nawet groza, kiedy sobie o tym pomyślę, że tym głupotom, tym fantazjom, tym bzdurkom zawierzyłem los swoich najbliższych. Jest to też przygoda dziwna, ponieważ polega na produkowaniu i materializowaniu się niematerialnych rzeczy. Wymyślam jakieś światy, wymyślam bohaterów, nadaję im kształt i wrzucam w okładki. I co tam jeszcze było?

Przygoda wspaniała.

No tak, bo jednak artysta jest wolny; artysta robi to, co chce. A wolność jest ważna. I fajnie jest, kiedy ludzie czytają, i można się wydurniać, i trochę więcej artyście wybaczą, jak zbłądzi.

Wracając do Twojej młodości, to najpierw żyłeś w świecie fantazji i książek, a potem koledzy ściągnęli Cię na ziemię, bo ci koledzy byli inni niż dom, w jakim się wychowywałeś.

Rety! Znasz moją biografię.

Jasne. Jak z tego świata książek i fantazji przeszedłeś do momentu, kiedy w głowie zaczęły wybuchać Ci pomysły na Twoje własne opowiadania i książki?

Nie umiem precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie z tego względu, że ja zawsze fantazjowałem. Pamiętam, jak byłem dzieckiem w przedszkolu, dzieckiem wczesnoszkolnym, to ja opowiadałem bajki mojej mamie. Doszło zatem do sytuacji odwrotnej niż zazwyczaj, bo to matka mówi swojemu dziecku bajki. Pamiętam też, że siadywałem z moją babcią w pokoju; mieliśmy coś takiego, co nazywaliśmy tajemnicowaniem. Ona opowiadała mi część historii, a ja odpowiadałem jej swoją część historii. To trwało przez całe dzieciństwo. No, a potem okazało się, że jest coś takiego, jak literatura. No i poszło. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć ci, kiedy wymyśliłem, że coś napiszę, kiedy próbowałem pisać pierwsze opowiadanie. To musiało być jeszcze głęboko w ogólniaku.

Wysyłałeś swoje literackie próbki do czasopism, na konkursy literackie?

Inaczej było. W ogólniaku wydrukowałem sobie parę opowiadań, chodziłem z nimi, trzymając je zebrane w skoroszycie i udawałem pisarza. To było strasznie głupie, ale w ten sposób wszystkim chciałem powiedzieć, że ja piszę. Mój ojciec, kiedy zorientował się, że mu w domu rośnie młody pisarz, zawlókł mnie do Koła Młodych Związku Literatów Polskich. Siedziały tam jakieś stare, potworne chłopy i waliły wódkę. To był koszmar (śmiech). Przez jakiś czas kręciłem się przy jakichś związkach twórczych ulokowanych przy jakichś domach kultury, ale minęły jakieś dwa-trzy lata i połapałem się, że nie tędy droga, bo to są miejsca, gdzie sztuka kona, a nie wzrasta. Ale przez coś takiego widać też musiałem przejść. A potem przydarzyła mi się fantastyka w sensie i pisania science fiction i środowiska, które po raz pierwszy mnie przyjęło, i gdzie zyskałem po raz pierwszy czytelników, i to była dopiero piękna przygoda.

Na czym najbardziej Ci zależało i zależy, kiedy już wypuszczasz jakąś swoją książkę; powieść czy opowiadania?

Na tym, żeby ten tekst został przeczytany, a następnie przeżyty przez możliwie dużą liczbę czytelników, bez jednocześnie straty jakości. Czyli – żeby napisać coś, co będzie dokładnie tym, o co mi chodzi, ale też sprawić, żeby innym ludziom zachciało się do tego zajrzeć.

Przeczytają i co? Nie chodzi o to, żeby im się spodobało?

Nie wiem, czy „spodobało się” to jest odpowiednie słowo. Niech to przeżyją. Mogą się nawet rozzłościć, mogą się zasmucić. Chodzi o to, żeby ten tekst ich w jakiś sposób dotknął.

Pisząc, nie zakładasz sobie celu, że po przeczytaniu Twoich książek ludzie będą chcieli być lepsi, że Twoje książki zmienią świat?

Nie, nie, nie! Takie rzeczy w ogóle nie przeszły mi przez głowę. Ja sam mam wielkie problemy z tym, jak stać się lepszym. Skoro nie potrafię za bardzo naprawić siebie, to nie będę stawiać sobie takich celów i nie będę naprawiać innych. Zresztą, uważam, że książki nie są od tego. Nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek książka uczyniła mnie lepszym. Ja chcę czytelnika poruszyć.

W ostatnim felietonie w cyklu „Tydzień z głowy”, jakie publikujesz na portalu Culture.pl, stwierdziłeś, że pisząc skrzywdziłeś siebie i innych. Ponieważ pisania nie można traktować jak terapii?

Oczywiście; tak uważam. Wydaje mi się, że zamiast pławić się w swoich emocjach poprzez pisanie, zająłbym się robieniem pompek co rano, albo wsłuchał się w siebie, rozpoznał problem i go rozwiązał, albo rzeczywiście poszedł na terapię, to byłbym poukładanym człowiekiem dużo wcześniej, niż to się rzeczywiście stało. A ponieważ nie zadbałem o siebie, to zdarzało mi się krzywdzić ludzi, którzy wchodzili ze mną w relację. Miłosne, przyjacielskie, zawodowe. Zdarzyło się i tak. A niekiedy udawało mi się skrzywdzić ludzi bezpośrednio przez to, co pisałem. Wiem na przykład, że jedna z moich książek, „Inna dusza” zraniła parę osób i tego żałuję.

A ja wiem, że najbardziej lubisz te książki, które już czytałeś.

Niestety, jestem trochę jak inżynier Mamoń…

… ten to lubił tylko te piosenki, które znał.

To prawda. Mam w sobie jakąś ciekawość kultury; ona przejawia się w tym, że lubię czasem poczytać nowe rzeczy, ale z książkami generalnie jest jak z kinem. To znaczy, zauważyłem, że z coraz większą ochotą wracam do filmów, które już widziałem; do starych filmów. Jeśli miałbym pójść do kina na coś nowego, to wolałbym zobaczyć coś starego – w domu. Ale może dzieje się to też dlatego, że kręcą mnie też nowe media.

I jak tu między Messengerem, Twitterem, Instagramem i Netflixem znaleźć czas na czytanie książek?

Twittera nie mam. Mam Netfliks i HBO. Ale czas na czytanie książek też mam. Lubię poukładane życie. Wyobraź sobie, że odkąd pamiętam, czytam przed snem; czytam do poduchy. Tak jest i teraz. Codziennie jakieś czterdzieści minut, może godzinę przed zaśnięciem, leżę w ciemnym łóżku z Kindle’m i na ekranie czytam książkę. Książki nie zginęły w moim życiu. I nigdy nie zginą. Natomiast rzeczywiście jak byłem dzieckiem, czy młodym człowiekiem, mogłem czytać przez cały dzień. W szkole średniej potrafiłem przeczytać książkę dziennie. Teraz czytam może dwie tygodniowo. Ale dlaczego tak się stało? Wtedy książka była najbardziej oczywistym sposobem spędzania wolnego czasu, rozrywki, kontaktu z kulturą. W telewizji były dwa programy. Mogłem oczywiście pójść do wypożyczalni wideo i wrócić z jednym czy dwoma filmami, ale teraz na Netflixie czy HBO mam ich tysiące. Do tego są gry, a mogę też odpalić sobie YouTube i siedzieć przy tym cały dzień. To nie jest tak, że książka przegrywa z czymś gorszym. Po prostu książka zyskała bardzo mocną konkurencję i nie ma nic dziwnego w tym, że częściowo oddała jej pola.

Mimo to, wracasz do książki. To jest nawyk, przyzwyczajenie?

Może chodzi o to, że jestem pisarzem i książki to poniekąd mój zawód. Nie wyobrażam sobie nieczytania. Miałem momenty w swoim życiu, kiedy czytałem mniej. Ale nie wyobrażam sobie tego, żeby w moim domu i w moim życiu nie było książek. Książka to taki nawyk jak to, że wstajesz rano i myjesz zęby. Albo zmieniasz koszulkę następnego dnia, zwłaszcza jak jest ciepło. No, tak się robi. Tak robimy; tak żyjemy.

Ciekawe, że teraz, kiedy siedzimy w domach na pracy zdalnej, to podczas wywiadów online wszyscy starają się pokazywać z książkami w tle.

To było zawsze. W PRL-u były takie rodziny, które znałem i które wcale nie czytały, ale kupowały całe kolekcje prozy rosyjskiej z pięknymi złoconymi grzbietami i to u nich stało. Nikt do tego nie sięgał, nikt nigdy takiej książki nie otwierał. A dziś? Jest taki prawicowy polityk, nazywa się Marian Kowalski, który strzelił sobie zdjęcie na tle fototapety z biblioteką. Coś więc jest na rzeczy (śmiech). Ale wątpię, żeby ludzie w ciągu miesiąca kwarantanny zdołali zapełnić sobie półki z książkami. Może jest coś w tym, że półka z książkami dobrze wygląda i człowiek na jej tle jawi się mądrzejszy, a towarzyszy temu sugestia, że wszystkie je przeczytał.

O! To jest pytanie, które słyszę, kiedy w rzadkich chwilach goszczę u siebie ludzi, którym, elegancko mówiąc, nie było w życiu po drodze z książkami: „Czy ty to wszystko przeczytałaś?!” (śmiech).

Tak, tak, też to znam. Ale teraz musze ci się przyznać do czegoś potwornego.

Ciekawe.

Jestem gościem, który rok do roku odchudza swoją bibliotekę.

Bo masz Kindle’a.

To też. Ale zorientowałem się, że są książki, do których już nie wrócę. Są takie, które były mi potrzebne do pracy, a kiedy projekt dobiegł końca, to też straciły swoją użyteczność. Ten rodzaj publikacji pakuje więc do toreb i raz do roku oddaję na kiermasz, albo do biblioteki, robiąc sobie miejsce na półkach. Ale już na przykład komiksów nie oddam nigdy. Mam też masę książek przyjaciół. Patrzę właśnie na półkę, jaką ma u mnie Witek Szostak. Wzrok zawiesiłem na „Don Kichocie” – to jest książka, do której będę wracał, więc ona zostaje. Mam dużo starych książek, o których nie wiadomo, czy zostaną wznowione - patrzę na trzytomowe zbiory opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza, z lat 70. Kiedy i gdzie ja to znowu kupię? Obok jakieś reportaże, kryminały. One wylecą.

Co dla Ciebie jest najcenniejsze w Twojej książkowej kolekcji?

Ha! To są książki, z którymi łączą się jakieś historie. Biorę teraz do ręki książkę „Dolina bez wyjścia” Thomasa Maine Reida, wydaną przez Zrzeszenie Księgarskie w 1987 roku. Jest w niej dedykacja: „Dla mojego kochanego Łukaszka na zakończenie roku szkolnego, tata Janusz. 26 czerwca 1987 roku”. Wyobraź sobie teraz, że równo dwadzieścia lat później, 26 czerwca 2007 roku urodził się mój syn. I to jest dla mnie cenna książka. Ona jest cenna ze względu na opowieść, a nie na to, co kryje się między okładkami.

Razem ze Szczepanem Twardochem zainicjowaliście teraz literacki projekt, który się nazywa „Na zarazę Zarazek”. Kto wymyślił detektywa Zdzisia Zarazka, skąd w ogóle taki pomysł i co się za tym przedsięwzięciem kryje?

Na część tych pytań nie odpowiem, bo to jest dzieło kolektywne, ale wzięło się po prostu z potrzeby dania czegoś ludziom w tych trudnych czasach. A każdy daje to, co potrafi, w zgodzie ze swoim zawodem i umiejętnościami. My umiemy pisać, postanowiliśmy więc napisać coś, co jest i będzie darmowe.

Jak Ci się pisze za darmo?

Boleśnie (śmiech). Ale, jeśli mam być szczerym, to powiem, że radość pisania znów mi wróciła.

Zamierzenie było takie, że wy dajecie powieść w odcinkach, za darmo, a czytelnicy za to mają wesprzeć służbę zdrowia w walce z pandemią koronawirusa.

O to nam chodzi. Chcemy połączyć rodzaj zabawy i frajdy, jaką mamy z tej roboty, z prawdziwym pomaganiem. Ale też pisanie w tej formie jest raczej trudne. Staramy się jednak podawać sobie ręce i się wspieramy, nie utrudniając sobie nawzajem życia. Mamy zamiar skończyć ten projekt, kiedy pandemia dobiegnie końca, a to oznacza, że jeszcze parę odcinków popełnimy. Zasadą jest, że się nie konsultujemy, nie pytamy siebie nawzajem co będzie dalej.

To ja zapytam: co będzie dalej?

Nie mam pojęcia. Za jakieś 10 minut siądę do pisania i będę musiał spontanicznie coś wymyślić.

Znamy nowy termin wyborów prezydenckich

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Budzi się muminek ze strasznego snu. A śniło mu się że trafił do PRL gdzie nic się nie działo. Ludzie pracowali, pili piwo wódę i znów pracowali a potem na urlopie pohandlowali kryształami i znów pili . Pracowali .... OOOOkropność !!! Rozejrzał się muminek i uspokojony znów zasnął. Wokół same królewskie korony , znaczy pańszczyzna wróciła . Wszystko tylko nie PRL.

Dodaj ogłoszenie