Łukasz Garbal: Wedlom nie chodziło tylko o zarobek. Potrafili się dzielić i pomagać innym ludziom

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Łukasz Garbal: Dzisiejsza fabryka Wedlów stoi w miejscu dwóch dawnych kamieniczek ojca Romana Dmowskiego, które zostały zlicytowane w roku 1898
Łukasz Garbal: Dzisiejsza fabryka Wedlów stoi w miejscu dwóch dawnych kamieniczek ojca Romana Dmowskiego, które zostały zlicytowane w roku 1898 Archiwum domowe
Udostępnij:
Historia Wedlów pokazuje tradycyjną wielokulturową polskość i patriotyzm polegający na wyjściu poza egoizm, na dobroczynności, na dzieleniu się swoim majątkiem, na współpracy dla wspólnego dobra. Dla mnie więc nie kojarzą się tylko ze słodyczami, ale są wzorem patriotyzmu – mówi Łukasz Garbal, autor książki „Wedlowie. Czekoladowe imperium”.

Czy za decyzją o napisaniu książki „Wedlowie. Czekoladowe imperium” nie stoi Pana osobista historia? Może mieszkał Pan blisko fabryki Wedla i uwodził Pana zapach czekolady?

Lubię czekoladę, oczywiście; nie będę tego ukrywał. Ale sam pomysł narodził się podczas zwiedzania fabryki Wedla, kiedy pod wpływem opowieści przewodnika zorientowałem się, że Wedel to nie tylko czekolada. A raczej, że za tą czekoladą kryje się bardzo dużo ciekawych pytań. Żona zasugerowała, żebym o tym napisał. Nie było takiej książki, która zebrałaby odpowiedzi na te pytania. A ponieważ bardzo lubię historię, zacząłem szukać – efektem jest biografia rodziny Wedlów.

Jak było z dostępem do tych historycznych dokumentów?

Wydawało mi się na początku, że będzie problem z materiałami, m. in. wskutek wojny zachowało się bardzo niewiele dokumentów osobistych, ale jednak udało mi się znaleźć bardzo wiele źródeł innego rodzaju. Przede wszystkim bardzo wiele informacji jest w prasie z XIX i początków XX wieku. Były to na przykład konkretne zapisy ofiar Wedlów na cele dobroczynne, ale także adresy i godziny otwarcia sklepów czy nawet wiadomość o tym, że któryś z właścicieli firmy wyjeżdża do Paryża! Dużo dowiedziałem się z rozbudowanych reklam prezentujących ofertę – widzimy nie tylko, jakie kiedyś były produkty, ale także fakty, które trzeba pokazać w historycznym kontekście, jak podawanie ceny w złotym, wted,y gdy ta waluta nie była już wybijana. Wykonałem też duże kwerendy w archiwach państwowych i archiwum fabrycznym, a od spadkobierców uzyskałem dostęp do archiwów domowych.

Jaka jest prawda o pochodzeniu Wedlów? Wywodzili się z Meklemburgii, bliżej im było do Szczecina niż Berlina. Ale ojciec Carla Wedla, założyciela pierwszej cukierni w Warszawie, urodził się w Polsce?

Starałem się uczciwie pokazać całość historii, łącznie z pytaniami, na które nie znalazłem odpowiedzi – są tu bowiem zagadki. Niewątpliwie Wedlowie są pochodzenia niemieckiego. A fakt, że jeden z Wedlów według jedynego źródła urodził się na ziemiach Rzeczpospolitej – to zagadka. Takich zagadek nie można upychać pod dywan; ważne fakty trzeba zawsze pokazywać, nawet, kiedy się ich nie rozumie. Pokazywałem, że te zagadki istnieją – ale pewne jest, że zarówno Carl jak i jego ojciec pochodzili z podzielonych wówczas Niemiec. Wedlowie w szerszym rozumieniu to ród pomorski – były linie niemiecka, norweska, duńska. Byli też od średniowiecza Wedlowie brandenburscy, którzy zostali poddanymi władców Rzeczypospolitej i stopniowo się spolonizowali, ich zamek w Tucznie zachował się do dzisiaj, ale linia ta w XIX wieku wymarła, nie byli bezpośrednio spokrewnieni z „naszymi” Wedlami. Kłopoty w ustaleniach genealogicznych są także wynikiem wojny. Ponieważ spłonęły archiwa zboru luterańskiego w Warszawie, nie mogłem dotrzeć do metryki Emila Wedla.

Emil miał 4 lata, gdy przyjechał z ojcem Carlem do Polski.

Owszem, ale w zborze byłby akt jego ślubu, z którego można by się dużo dowiedzieć, tak jak wiele dowiedziałem się z aktu ślubu Carla Wedla. Jestem bardzo wdzięczny genealogom, którzy pokazali różne zagrożenia; bardzo łatwo możemy uznać coś za fakt, a bywa to tylko naszą błędną interpretacją. Weźmy chociażby historie z żonami Carla, które przedstawiłem; nie ukrywałem wątpliwości, ale odpowiedzialnością badacza jest wskazanie najbardziej prawdopodobnej hipotezy. Kiedy tylko to było możliwe, informacje potwierdzałem w kilku źródłach. Najważniejsze jest ustalenie bezspornych faktów.
Takim faktem jest to, że Wedlowie przybyli na ziemie polskie jako Niemcy – najprawdopodobniej jako migranci ekonomiczni (co już jest, jak zaznaczam, hipotezą, ale najbardziej prawdopodobną).

Dynastię otwiera więc Carl Wedel. Dlaczego wybrał Warszawę, która wówczas liczyła sto kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców i właściwie była prowincją?

To może nas dziwić, bo na Niemcy patrzymy z dzisiejszej perspektywy – ale wówczas Warszawa mogła być bardziej atrakcyjna niż Berlin. I to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, co prawda Kongresówka była poddana represjom politycznym po przegranym powstaniu listopadowym, ale jednocześnie rząd rosyjski prowadził politykę pobudzania wzrostu ekonomicznego, co mogło zapowiadać gospodarczy boom. Tymczasem w mocno podzielonych wtedy na różne państwa Niemczech widać było z kolei zapowiedź kryzysu, który kilka lat później przybierze postać tych zjawisk, które w szkole określa się jako Wiosnę Ludów. Kongresówka zapraszała migrantów ekonomicznych, którzy budowali wzrost gospodarczy – np. w Warszawie było wielu cukierników pochodzenia niemieckiego czy szwajcarskiego; zresztą niemal wszyscy warszawscy cukiernicy pochodzili właśnie z zagranicy. Carl przybył do Warszawy z czteroletnim synem Emilem i dwójką współtowarzyszy Niemców (Pulsem i Gerlachem), którzy także nad Wisłę jechali jako migranci ekonomiczni, żeby w przyszłości założyć firmy. Wedel przyjeżdża prawdopodobnie do swojego rodaka Grohnerta, w którego zakładzie cukierniczym pracuje przez kilka lat. Dopiero kiedy dobrze poznał warunki, założył własną firmę. Z rodziny migrantów ekonomicznych pochodziła także żona Wedla, Karolina z Wisnowskich (przybyli oni do Zgierza, a później Warszawy, z niemieckiego wówczas Schwiebus, czyli dzisiejszego Świebodzina).

I tak pięknie zaczyna Pan opowieść o Wedlach – od ogłoszenia w gazecie, w 1851 roku, kiedy Carl Wedel debiutuje z własną cukiernią. Gdzie ją otwiera i co oferuje?

Cukiernia zostaje otwarta w centrum ówczesnej Warszawy, którym była ulica Miodowa. Ta nazwa nie była zresztą przypadkowa, bo była to ulica, na której niegdyś osiedlali się piernikarze z Torunia, pełna wówczas cukierni. Nawiasem mówiąc, wówczas, przy tych stu kilkudziesięciu tysiącach mieszkańców w Warszawie, w przeliczeniu na mieszkańców było więcej cukierników niż dzisiaj – co jest tym bardziej zadziwiającego, że słodycze były wówczas znacznie droższe niż dzisiaj; to był towar bardzo luksusowy. W książce staram się rekonstruować ceny, bo były one szokujące; samych pracowników Wedla nie było wówczas na nie stać. Ten kontekst społeczny jest bardzo ważny w historii, byśmy nie patrzyli na nią przez pryzmat najbogatszych, bo mamy wtedy niepełny, a więc zafałszowany obraz . Dysproporcje majątkowe były bardzo duże, a cukiernie przyciągały właśnie tych najbogatszych – to się zmieni później wraz ze spadkiem ceny słodyczy. Cukiernia Wedla mieściła się naprzeciwko siedziby rządu gubernialnego warszawskiego. Dzisiaj mieści się tu Ministerstwo Zdrowia. Wokół było wiele innych cukierni, w tym sławna cukiernia Lourse’a. Przypuszczalnie to o cukierni Lourse’a bądź cukierni Wedla pisał później Prus w „Lalce”, w scenie, w której Izabela Łęcka piła czekoladę, widząc biedne dzieci, które z zewnątrz przyklejały noski do szyby, bo same nie miały na takie słodycze pieniędzy.

Do cukierni Wedla chodził też chyba powieściowy Ignacy Rzecki?

Prus pisał o Łęckiej czy Rzeckim pijącym czekoladę, bo sam chodził do Wedla, i te fakty wydają mi się ciekawsze od fikcji – np. to, że dokładnie w tym miejscu, w którym Prus umieścił fikcyjne mieszkanie Rzeckiego (tu, gdzie dziś mieści się Główna Księgarnia Naukowa imienia Bolesława Prusa) w 1851 r. mieszkał rzeczywisty Carl Wedel, który zanim jeszcze uruchomił cukiernię przez kilka miesięcy... sprzedawał tam piwo w ogródku, w którym występował sławny „uczony pies” Fido grający w domino… Te autentyczne historie, do których dotarłem pokazują zarówno fakty, jak i klimat ówczesnej Warszawy.

Natomiast w cukierni Wedla na początku sprzedawano karmelki piersiowe, syrop słodowy, cukry paryskie „we własnej fabryce starannie i pięknie wyrobione”, o czym informowały gazety.

Co dziś także może nas dziwić, cukiernik był wówczas w pewnej mierze aptekarzem; Wedel reklamował karmelki na „cierpienia piersiowe” i drezdeński syrop słodowy. Kilkadziesiąt lat wcześniej cukiernik Baltresco naprzeciwko Zamku Królewskiego sprzedawał „ciasto do zębów chędożenia”, czyli... ciasto do czyszczenia zębów. Cukier uznawano za coś zdrowego – wiemy dziś, że jest odwrotnie. Zdrowa dla ludzi natomiast jest czekolada, ale oczywiście z umiarem i niesłodzona, czyli ta, którą nazywamy gorzką.

W tamtych czasach czekolada już w Warszawie była, ale tylko w płynnej postaci. U Wedla pojawiła się dopiero trzy lata później. Jak to było?

Wedel zaczynał od bardzo szerokiej oferty – nie tylko wspomnianych produktów „aptecznych” (łącznie z „napojem majowym” na reńskim winie na leczenie hemoroidów!), ale przede wszystkim od ciast, z których był sławny, oczywiście z niemieckich strucli (lipskich), sucharków karlsbadzkich, ale także z bab podolskich czy – przejętych zapewne z kuchni arabskiej – pączków. Najpierw zakorzenił się na rynku, a kiedy to zrobił, skoncentrował się na czekoladzie, która była produktem najdroższym. Stale jednak wypiekał ciasta, a pączki tylko w karnawale, bo taki był zwyczaj…

… z tym, że pączki Wedla odróżniały się od tych, które wypiekali inni cukiernicy.

Tak jest; Wedel piekł inny rodzaj pączków, pączki berlińskie, początkowo w trzech rodzajach – co się jednak zmieniło, bo Carl dostosowywał się do swoich odbiorców. Toczył dialog z klientami: kiedy zobaczył, że ówcześni warszawiacy woleli pączki mniejsze, ale tańsze – zmodyfikował swoją ofertę. Bardzo szybko wprowadzał nowości z Zachodu, takie jak angielskie karmelki owocowe (z prawdziwą esencją owocową). Reklamował się „zagraniczną jakością po krajowej cenie”.
Sedno ówczesnych działań Wedla widać w jednym z ogłoszeń z 1854 roku, kiedy przepraszał klientów za chwilowe pogorszenie jakości, które wynikło z powodu jego nieobecności. Tego rodzaju ogłoszenie pokazywało jednocześnie dwie rzeczy. Pierwsza, to taka, że jakość zawsze była gwarantowana osobiście przez właściciela (wówczas Carla – później Emila i Jana; stąd waga oznaczania wyrobów podpisem „E. Wedel” – to jak podpis malarza na arcydziele). Druga sprawa to fakt, że Wedel reklamował się nawet przepraszając. Jednocześnie bowiem informował, że nie było go, ponieważ wyjechał m.in. do Londynu właśnie po nowe maszyny do produkcji angielskich karmelków.
A niezwykły był nie tylko owocowy smak tych karmelków z 1854 roku, ale ich kształty – spod dziewięciu „maszynek” wychodziły dropsy „w kształcie gruszek, ananasów, malin, rybek, żołędzi, serduszek, pastelek, flakoników” oraz w kształcie „Jenny Lind”, ówczesnej idolki, znacznie większej niż dzisiaj wszystkie gwiazdy seriali Netflixa razem wzięte. Pamiętajmy, że były to czasy, gdy świat wydawał się znacznie większy niż dziś – do USA płynęło się tygodniami statkiem, a jednak Jenny Lind była znana i w Ameryce, i w Europie. Ta gwiazda operowa miała nawet zainspirować Andersena do napisania baśni „Królowa Śniegu” – a Wedel w Warszawie miał karmelki w jej kształcie. Nadzwyczajna reklama, niewątpliwie przyciągająca uwagę.

Wracajmy do czekolady.

Jak Pani już wspomniała, Carl zaczął produkować czekoladę kilka lat po otwarciu firmy, ale na początku była to czekolada pitna. Zresztą te lata, kiedy Carl Wedel sprowadza się nad Wisłę, to jest czas powstawania tej czekolady, jaką znamy dzisiaj, czyli czekolady w tabliczkach, która dopiero zaczynała być tworzona dzięki maszynie parowej. To także była reklama – maszyna parowa była ówczesną najnowszą technologią – to tak, jakby dziś produkować coś w kosmosie . Nic zatem dziwnego, że fabryka Wedla przez długie lata reklamowała się jako „Pierwsza Parowa Fabryka Czekolady”. Ale wówczas podstawową formą czekolady była gorzka albo deserowa, z niewielkim dodatkiem cukru. Dopiero w latach 70. XIX wieku zostaje wynaleziona czekolada mleczna. Ostatni z Wedlów, Jan, jest rówieśnikiem czekolady mlecznej, bo urodził się w tych samych latach. Rodzajów czekolad było wiele. Najdroższa była czekolada „cesarska” (precyzyjnie mówiąc, jej nazwa brzmiała „Par excellence Chocolat «Imperial» z podwójnym smakiem wanilliowem”), kosztująca tyle, co ponad 60 jajek czy ok. pół wiadra gorzałki (ówczesna miara objętości, ok. 6 litrów). Tańsza była czekolada „królewska” („Superfin Chocolat «Royal» mocno z wanillią [!] zaprawną”), dalej szły czekolady „najdelikatniejsza” i „delikatne”. Im mniej delikatna była czekolada, tym tańsza. Przypuszczalnie chodziło o stopień jej zmielenia. Trudno było uzyskać gładki, jednolity smak. Jednak nawet ta najtańsza czekolada („Delikatna Paryzka Nr 3”) kosztowała w czasach powstania styczniowego tyle, co równowartość ponad 33 funtów najtańszego razowego chleba, co stanowiło więcej, niż dniówkę robotnika.

Jak już jesteśmy przy czekoladzie, to daleko później, czyli 22 stycznia 1931 roku powstaje „Jedyna”. Co ona Panu mówi?

Z pewnością ta czekolada powstała wcześniej, ale tego dnia został zarejestrowany znak towarowy i etykieta. Ma Pani rację – niedługo „Jedyna” będzie obchodziła swoje stulecie. Przypomina ona o wielu niesamowitych smakach sprzed wojny – irysach, delftach, czekoladzie dla diabetyków, czekoladzie z tranem, a nawet wedlowskiej… gumie do żucia marki „Jim”.

Nie chcę zbyt wiele zdradzać z tego, co znalazło się w książce, ale czy może Pan powiedzieć, kto ze znanych osób w XIX i na początku XX wieku gustował w wedlowskich czekoladkach?

To zadziwiające, jak cukiernia Wedla zakorzeniła się w świadomości i kulturze polskiej. Była miejscem spotkań wielu osób, co potwierdza mnóstwo źródeł. W cukierni Wedla lubili bywać Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz. Karol Szymanowski przychodził jeszcze jako dziecko, ze swoim ojcem. Podobnie kilkuletni Jarosław Iwaszkiewicz, który zostawił bardzo piękne wspomnienia ze swoich wizyt. Z kolei już w roku 1939, tuż przed tragicznym wyjazdem z Warszawy, swoją ostatnią, mrożoną czekoladę u Wedla wypił Witkacy. Było to miejsce, które kojarzyło się niemalże domowo. Do Wedla chodziło się, bo on tam zawsze był; podążał za ludźmi. Ta cukiernia zawsze była blisko. Kiedy centrum miasta było na Miodowej – tam była cukiernia. Kiedy centrum miasta przeniosło się na południe, Wedlowie przenieśli tam cukiernię. Mieli niesamowite wyczucie lokalizacji, nie mówiąc już o tym, że nie ulegali pokusie pójścia na skróty: zawsze stawiali na jakość. Zachowała się wypowiedź Jana Wedla, który już po wojnie powiedział, że przepisem na sukces jest to, żeby sprzedawać tylko to, co smakuje temu, kto to produkuje. To piękne określenie dotyczące w ogóle sukcesu: żeby robić to, co się lubi. A wszyscy Wedlowie lubili swoją pracę: zarówno produkcję słodyczy, jak i ludzi, bo ważnym uzupełnieniem działalności zawodowej Wedlów była ich działalność dobroczynna. Wedlowie zawsze dzielili się swoimi pieniędzmi z innymi, ale nie tylko. Angażowali swój czas na pomoc potrzebującym.
Stale się rozwijali, odwoływali się do tradycji, mądrze łącząc ją z nowoczesnością – i nie zależało im wyłącznie na zarobku, czuli się odpowiedzialni za swoich pracowników i współobywateli. Od początku włączyli się w działalność dobroczynną, której poświęcali pieniądze i czas.

Wedlów było trzech: ojciec Carl, syn Emil, wnuk Jan. Janowi poświęcił Pan w książce najwięcej uwagi. Dlatego, że o Janie najwięcej wiadomo?

O Janie zachowało się najwięcej źródeł, ale on też był aktywny przez największą część trwania tego imperium, bo już od lat 90. XIX wieku.

Który z nich dla Pana jest najciekawszą postacią?

Najbardziej zagadkową jest niewątpliwie Carl, dlatego, że jest najmniej źródeł, które go dotyczą. Ale każdy z Wedlów jest ciekawym człowiekiem. Każdy z nich budzi sympatię. Tym niemniej staram się pokazać całość postaci. Jan Wedel, przy całej swojej ofiarności i pasji...

… był najlepiej z Wedlów wykształcony.

Tak, był doktorem chemii; doktorat obronił w 1899 roku w Szwajcarii. Jego kolegą był Chaim Weizman, późniejszy prezydent Izraela. Poznał tam, również na wydziale chemii, Ignacego Mościckiego. Ale chodziło mi raczej o to, że bywał też bardzo gwałtowny w reakcjach, co opisuję w książce.

Ale również bardzo skromny. Ujęło mnie to, że on pierwszy kłaniał się swoim pracownikom.

Tak jest; ale jeśli pyta Pani, który z Wedlów był dla mnie najciekawszy, to najciekawsze dla mnie wydaje się to, że oni wszyscy potrafili przezwyciężyć swoją mentalność i potrafili się uczyć. Potrafili się przyznawać do błędów. Byli przecież warstwą przemysłowców. A wówczas, przed I wojną światową myślenie było takie, że kiedy robotnicy chcieli podwyżek, właściciel uważał to za kradzież swojego majątku. Warunki pracy były zupełnie inne niż dzisiaj. Pracowało się po kilkanaście godzin dziennie (w weekendy trochę krócej), bez prawa do urlopu, bez prawa do emerytury. Kiedy pojawiły się pierwsze protesty socjalne, budziły one szok wśród właścicieli. Pierwsze rządy II RP, a rządziła wtedy lewica, ukształtowały pod tym względem nowy krajobraz, do którego trzeba było się przystosować. I trzeba przyznać Wedlom, że bardzo szybko się do tego dostosowali. Nie wszystko było jak w bajce, dochodziło do konfliktów, w książce dokładnie opisuję zmagania Jana Wedla ze związkami zawodowymi. Mimo wszystko ostatecznie Jan wyszedł daleko poza ustawowe obowiązki. Zapewne jednak nie byłoby tego, gdyby państwo nie narzuciło wcześniej przymusu w postaci praw socjalnych, których trzeba było przestrzegać. Do tego dołożyła się presja związków zawodowych oraz entuzjazm socjalistki Zofii Żołędziowskiej. W samym Janie była też jednak i życzliwość do ludzi. Wielu przemysłowców nie zrobiło przecież tego, co Wedel. Największym odkryciem było dla mnie właśnie to, jak Wedlowie potrafili się uczyć. To bardzo krzepiąca historia.

Było coś jeszcze – Emil Wedel wybrał polskość, Jan nie podpisał volkslisty.

To prawda, tylko że wybrali polskość wtedy, kiedy ta Polska była słaba. To jest paradoks. Polska była podzielona trzema granicami, nie było państwa polskiego, społeczeństwo było solidarne i współtworzyło niezależne instytucje, jak chociażby szkolnictwo społeczne (pensje z wykładowym językiem polskim) równoległe do szkolnictwa państwowego. Jan nie uległ późniejszym naciskom w czasie okupacji, ale zrobił to tak dyplomatycznie, by nie zaszkodzić pracownikom, by firma mogła działać – i także ratować ludzi z więzień, i pomagać m.in. wypiekiem chleba. Szczegółowo opisuję to w książce.

Ciekawe jest też to, że kiedy Jan wraca ze świata, wykształcony, to nie dostaje fabryki po ojcu, ale musi zacząć pracę w niej i to od podstaw. Nic za darmo.

To było charakterystyczne dla tej rodziny, Emil także zaczynał jako pomocnik ojca. Jan, który wraca jako doktor, a to znaczyło więcej niż dziś profesor, ma przed sobą karierę naukową, a nie jest nawet współwłaścicielem firmy, tylko zaczyna od dołu, żeby wszystko poznać. Podobnie swoich siostrzeńców, których szykował na następców, wysyłał do różnych działów fabryki, aby zaczynali od zera. Jeden z nich jeszcze po wojnie pracował w drażerni jako zwykły robotnik. Żaden z Wedlów nie przyjmował firmy nagle, musiał nastąpić długi czas kilkunastu lat współzarządzania z ojcem. Nie było nagłych zmian kursu, co też jest istotne.

Co Wedel ma wspólnego z Romanem Dmowskim?

Zadziwiające, że nikt do tego nie dotarł wcześniej. Otóż dzisiejsza fabryka Wedlów stoi w miejscu dwóch dawnych kamieniczek ojca Romana Dmowskiego, które zostały zlicytowane w roku 1898. Wtedy kupił je Emil Wedel. Ponad trzydzieści lat później w tym miejscu powstała fabryka, która istnieje do dzisiaj. Wedlowie spłacali długi po Dmowskich... Myślę, że to ciekawy trop, aby poszukać tu więcej, bo niezwykle interesujące mogą być sprawy majątkowe rodziny Dmowskich i ich wpływ na mentalność ideologa „narodowego egoizmu”.

W książce pokazuje Pan, że Wedlowie to coś więcej niż czekolada. Czym dzisiaj jest w Polsce nazwisko Wedel?

Oczywiście kojarzą się z tradycyjną polską marką – ale wyjątkowe jest to, że ich historia pokazuje właśnie tradycyjną wielokulturową polskość, i patriotyzm polegający na wyjściu poza egoizm, na dobroczynności, na dzieleniu się swoim majątkiem, na współpracy dla wspólnego dobra, nie uzależnionej od żadnej partii. Generalnie chodziło o to, aby zmieniać rzeczywistość na piękniejszą. Czy to w słodyczach, w ich opakowaniach, w kamienicach przypominających dzieła sztuki (ale także w projektowanym osiedlu dla pracowników), czy przez działalność charytatywną, kiedy poświęcali swój czas na dbanie o biedniejszych ludzi. Wedlom nie chodziło tylko o zarobek. Oni potrafili się dzielić i pomagać. Dla mnie więc nie kojarzą się tylko ze słodyczami, ale są wzorem patriotyzmu. To bardzo piękna historia.

J&J: Dostałam skrzydeł, te skrzydła mnie niosą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie