Literatura tylko dla wybranych

Redakcja
Materiały prasowe
Pisarska skłonność do zaczerniania papieru skatologią i dziwactwami trwa niezależnie od czasów. Nasi antenaci zaśmiewali się ze "Sztuki pierdzenia", ale my też mamy swoje typy - pisze Mariusz Grabowski.

Mają swoje losy książki i różne przeznaczenie. Na przykład dziełko XVIII-wiecznego handlarza końmi, nauczyciela łaciny, a przy okazji literata Pierre'a Thomasa Nicolasa Hurtauta miało służyć rozrywce czytelników. Już z tytułu można wywnioskować, że była to jednak rozrywka z gatunku skatologicznych. "Sztuki pierdzenia", mimo że opatrzonej podtytułem "esej teoriofizyczny i metodyczny, na użytek konstypantów, smutasów, dam melancholijnych oraz wszelkich niewolników przesądu", nie prezentowano zapewne z dumą w domowych bibliotekach. Chowano raczej przed oczyma gości i podczytywano pod kołdrą, kiedy nikt nie widział.

"Sztuka pierdzenia" zrobiła w połowie XVIII w. prawdziwą karierę. Byli tacy, którzy co pikantniejsze fragmenty odczytywali znajomym po obiedzie

Zresztą nie zawsze - zachowały się przekazy, że w niektórych salonach czytano jej fragmenty gościom, ociężałym po sutych posiłkach. Ponoć wzbudziwszy śmiech, ułatwiała trawienie. Cóż, nasi antenaci w kwestiach dobrego smaku mieli zdanie cokolwiek odmienne od naszego. Hurtaut wykorzystał to bezlitośnie i - jak donoszą historycy - zarobił na swoim dziełku spore pieniądze. "Pierdzenie jest sztuką, a zatem jest w życiu użyteczne" - zanotował w przedmowie, co doskonale streszcza ideały epoki, w jakiej żył. Nic co ludzkie nie jest nam obce, a że wstydliwe? To tylko kwestia definicji. Z równą otwartością pisarze tworzyli wówczas traktaty o wykorzystaniu odchodów czy społecznych pożytkach ze spółkowania, a Mirabeau, rewolucjonista i libertyn, spisał obsceniczny raptularz swoich seksualnych dziwactw.

Dziś "Sztuka pierdzenia" nie wzbudza już takich emocji jak przed kilkuset laty. Co najwyżej polityczne, na przykład wtedy gdy jej wydawca Janusz Palikot demonstracyjnie zadedykował ją Antoniemu Macierewiczowi. To jednak dalekie od intencji Hurtauta, który chciał ludzi bawić, a nie konsternować. A przy okazji skrywane ludzkie przypadłości nieco zrehabilitować. Piśmiennictwo francuskie nie omijało, jak już wiemy, problemów cielesnych, nawet Kartezjusz pozwalał sobie w rozprawach na somatyczne wycieczki, podobnie Wolter. Dlaczego sprawy żołądka, wymuszającego na człowieku swoje prawa, miałby być mniej znaczące niż kwestie duszy? No właśnie, dlaczego?

Hurtaut pomyślał swoją rozprawkę jako quasi-filozoficzny traktat. Podzielił zjawisko puszczania gazów na rozdziały, nadał mu metodologiczny polor i dodał stosowne komentarze. I tak dowiadujemy się, że istnieją pierdnięcia pocieszne, dziewicze, wieśniackie, krawieckie czy przynależne rogaczom. Ponadto, że nadciągające pierdnięcie można przewidzieć, a nawet mu zapobiec, choć - zaznacza autor - nie jest to zdrowe. Szczyty komizmu osiąga zaś wtedy, gdy z całą powagą zaczyna rozwodzić się nad składem chemicznym tego niezbyt przyjemnie woniejącego zjawiska i dowodzi, że częste pierdzenie powoduje pojawienie się piegów. Sensu - jak widać - nie ma to za grosz, ale można sobie wyobrazić, że u pobratymców Haurtauta musiało wzbudzać nie lada radochę.

"Pierdzenie tworzą wiatry dobywające się raz dźwięcznie, innym razem bezdźwięcznie" - zapisał autor książki, ale do kanonu medycznych odkryć nie trafił. Jego działo zaliczyć za to można do zbioru książek o najbardziej dziwacznej tematyce. Hurtaut ma zresztą na koncie - jeśli wierzyć specom od historii literatury - także i inne cuda, choćby "Esej medyczny o upławach miesięcznych" i "Angielski rzut oka na ceremonie ślubne". Ale to dzięki "Sztuce pierdzenia" doświadczył nieśmiertelności, nawet jeśli jest ona spowita niebyt miłą aurą. Ów zbiór książek o dziwacznych tytułach i przeznaczeniu to sam w sobie niezły temat na radosny doktorat na którymś z postępowych uniwersytetów. A także okazja do niejednej literackiej zgrywy. Tak było na przykład kilka lat temu, gdy opublikowano wykłady niejakiego Jeana-Baptisty Botula "Życie seksualne Immanuela Kanta", przejazd przez intymności królewieckiego mędrca. Co prawda po jakimś czasie okazało się, że staruszek Kant żadnego życie seksualnego nie posiadał, ale i tak paru filozofów, niektórzy nawet z Sorbony, dali się podejść. A rozprawa Botula zapewne do dziś pyszni się w bibliografii niejednej dysertacji.


Mariusz Grabowski

Więcej w weekendowym wydaniu dziennika "Polska" lub na prasa24.pl

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
spokojny
Dziś już nikt nie musi „odczytywać pikantniejszych fragmentów pod obiedzie”. Dziś mamy publiczne Polskie Radio, w którym co pół godziny słyszę teksty „a mój dziadek może kupić sobie co chce, bo ma używany papier toaletowy, czyli obligacje WC” a inny dziadek nadaje teksty typu „chcesz być łysy jak Fronczewski, zażywaj biosteron do grobowej deski”. A przy niedzielnym obiadku ktoś znowu proponuje czopki doodbytnicze firmy Lekam. Smacznego. I to jest ta misja? I do tego przeboje Kunickiej typu „kiedy gra orkiestra dęta znaczy jesteś bardzo wzdęta, więc na rzyganie weź Gaspertin kochanie”. Wywalić mi te wstrętne reklamy z publicznych mediów, bo za to podatków płacić nie chcę!
Dodaj ogłoszenie