Literackie odkrycia 2011 roku

Katarzyna Olczak
Rafał Gdak
Udostępnij:
2011 rok był dziwny. Na rynku pojawiło się sporo interesujących pozycji, a jednak żadnej nie mogę uznać za literackie odkrycie. Znalazłam jednak książki, po lekturze których czułam się nieczysta emocjonalnie. Obciążona niewygodnymi problemami, wiedzą, bez której żyło mi się łatwiej. A w obecnym świecie łatwiej przecież znaczy lepiej.

Na półkach w księgarniach stanęły długo wyczekiwane Dzienniki 1964-1980 Jarosława Iwaszkiewicza, Listy Stanisława Lema i Sławomira Mrożka. Do rąk mogliśmy wziąć kilka głośnych biografii, przede wszystkim Miłosza Andrzeja Franaszka i Danuty Wałęsy (Marzenia i tajemnice). Uwagę szerszej publiczności zwróciły także Złote żniwa Jana Tomasza Grossa, Cesarz Ameryki Martina Pollacka, Cmentarz w Pradze Umberto Eco, najnowsza powieść Stephena Kinga Dallas '63, Mapa i terytorium Michela Houellebecqa. Warto przyjrzeć się Drwalowi Michała Witkowskiego, Bornholm, Bornholm Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, Minotaurowi Benjamina Tammuza, Światu nie mamy czego zazdrościć Barbary Demick. Ja jednak przede wszystkim na nowo odkryłam polską literaturę.

Lubię książki, które wstrząsają moim uporządkowanym światem. Takie, które odkładam w trakcie czytania, bo jestem zmęczona emocjonalnie. Bo nie podoba mi się to, czego się o sobie dowiedziałam. I jednocześnie takie, po które zaraz sięgam z powrotem. Bo odkrywanie mrocznych zakamarków duszy jednak jest fascynujące.

Studia polonistyczne wywołały u mnie przykry efekt: skutecznie zniechęciły mnie do polskiej literatury. Celem moich profesorów było zachęcenie, ba, raczej zmuszenie studentów do przeczytania wszystkiego. Mój cel był inny: czytanie tego, co warto przeczytać. Skutkiem tej pięcioletniej wojny podjazdowej stała się wrogość do rodzimych tytułów. Popadły one u mnie w niełaskę, z której myślałam, że nic ich nie wydobędzie.

W 2011 roku zagłębiłam się w świat polskiej szkoły reportażu. I przepadłam. Nie tylko ja, bo reportaże i literatura faktu od kilku lat przeżywają swój renesans i na razie nic nie wskazuje na to, aby szybko to miało ulec zmianie. Wojciech Tochman, Paweł Smoleński, Mariusz Szczygieł, Jacek Hugo-Bader, Witold Szabłowski - to śmietanka, słusznie zbierająca należne im zachwyty. Joanna Wojciechowska, Ewa Winnicka, Katarzyna Surmiak-Domańska to panie, które pewnie udowadniają, że dziennikarz w spódnicy to równie dobry, a czasem nawet i lepszy, dziennikarz od tego, noszącego spodnie. Do tych kobiet dołączają nowe.

W ubiegłym roku nakładem wydawnictwa Dobra Literatura ukazał się zbiór Każdy zrobił co trzeba. Sześć kobiet przejechało się po Polsce, odwiedziło miasteczka i większe miejscowości, aby odnaleźć… zwykłych ludzi. Wielu zapyta: "Po co? Przecież zwykli ludzie otaczają nas wszędzie". To prawda. Są na ulicach, w autobusach, pociągach. Są w szkołach, urzędach, przychodniach. Biegną, żeby po pracy szybko zrobić zakupy. Żeby zdążyć obejrzeć ulubiony serial. Biegną, bo inni też biegną, a w obecnych czasach jakoś głupio wyłamywać się z szeregu i nigdzie nie spieszyć. Jednak poza nimi w molochach kłębi się masa ludzi, których nie dostrzegamy. Bo tak wygodniej, bo łatwiej, bo co nas oni obchodzą. I o nich właśnie jest ta książka.

Kolejny ciekawy tytuł także wydała Dobra Literatura. Mowa o Gdy nie nadejdzie jutro Pawła Skawińskiego. To książka o Indiach, ale nie tych znanych z bollywoodzkich filmów, pełnych przepychu, bogactwa, kolorów, smaków. To książka o nastoletnich dziewczynkach sprzedawanych do pracy na ulicach przez własnych ojców. O młodych kobietach bezkarnie gwałconych i mordowanych przez policjantów, żołnierzy, funkcjonariuszy CPRF. O podziałach kastowych. O biedzie, slumsach, dilerach, szmuglerach, odorze, jaki wydobywa się z rynsztoków, toczących nieczystości w przeludnionych miastach. O życiu w prawdziwych Indiach.

Jedną z lepszych książek 2011 roku było Po Syberii Colina Thubrona. To nie powinno nikogo dziwić - autorem jest jeden z najciekawszych powojennych pisarzy brytyjskich, mężczyzna, współpracujący z "The Times Literary Suplement" (kopalnia inspiracji!), "The New York Review of Books", członek Królewskiego Towarzystwa Literackiego. Thubron jest geniuszem. Jego Rosja jest niezwykła. Ponętna, malownicza, pełna kontrastów. Autor prowadzi nas za rękę po bezdrożach Syberii, pochylając się z zachwytem nad skarbami tej fascynującej krainy, obnażając jej absurdy, ganiąc decyzje władz, przez które ludzie żyją tam w skrajnej biedzie. Przysłuchuje się, podróżuje, poznaje historię. Zachwyca się surowością klimatu, siłą mieszkańców, którzy przez dziesięciolecia potrafili opierać się systemowi i przekazywać z pokolenia na pokolenia wiarę w Boga. Podziwia wytwory miejscowych artystów, relikty przeszłości. A jednocześnie nie unika ciężkich tematów: rozmawia z wygnańcami, alkoholikami, szaleńcami, wyrzutkami. Pokazuje przerażającą biedę, stagnację, życie w na wpół wymarłych miastach. Zapis tych rozmów okrasza odwołaniami do historii kraju, kontynentu, historii literatury. Jest niezwykłym erudytą.

W podobny sposób próbuje pokazać Rosję Jacek Hugo-Bader. Czy czytając na wygodnym fotelu Dzienniki Kołymskie również poczuję się tak, jakbym właśnie przemierzyła kilkadziesiąt tysięcy kilometrów? Choć ta pozycja całkowicie różni się od reportażu Thubrona, mniej w niej literackości, więcej surowego zapisu i obecności autora, po lekturze fragmentów wydaje mi się, że tak.

Nie wolno zapominać o innych twórcach, niesłychanie zdolnych zresztą. Warto sięgnąć po pozycję Jędrzeja Morawieckiego Głubinka. Reportaże z Polski. Wbrew pozorom, książka nie dotyczy Wschodu, ale zapomnianych prowincji na południu Polski. Prowincji równie barwnych jak nasz kraj. Spotkamy się w nich z zacofaniem i ubóstwem, chorobami i przemocą, ale i z wyobraźnią, pozwalającą przezwyciężać trudy codzienności, z pasją, a nawet heroicznością.

Po Morawieckim zachęcam do lektury Miedzianki. Historii znikania Filipa Springera

. To reportaż, ale iście detektywistyczny. Springer udaje się na Dolny Śląsk, do zapomnianego miasteczka, które przez 600 lat leżało w pobliżu Jeleniej Góry. Tętniło życiem, bawiło się, radośnie witało nowych mieszkańców i opłakiwało starych. Po wkroczeniu Armii Czerwonej Miedzianka zniknęła, a nad rejonem zawisło wielkie tabu. Zniknęli mieszkańcy, domy, ogródki, zakłady, warsztaty, sklepiki. Springer przez kilkadziesiąt miesięcy mozoli się i trudzi, aby odkryć tajemnicę. Efekt tego śledztwa przeczytacie w Miedziance. Mnie ono wciągnęło.

Na co czekam w 2012 roku? Z niecierpliwością na Modlitwę czarnobylską fantastycznej Swietłany Aleksijewicz, nowe wydanie Cygan to Cygan Lidii Ostałowskiej, Mokradełko Katarzyny Surmiak-Domańskiej. I na wiele innych, które dopiero odkryję w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie