Lewandowski: Przez traktaty buduje się Unię jutra, ale pożar trzeba ugasić już dziś

Redakcja
- Delegowanie na Brukselę surowego nadzoru nad polityką gospodarczą państw członkowskich, czyli przekazanie części suwerenności, jest groźne tylko dla tych, którzy chcą znowu zadłużać swoje narody. Polska, która surowsze reguły dyscypliny zapisała sobie w konstytucji i własnych ustawach, jest ostatnim krajem, który powinien się obawiać dyscypliny i sankcji nałożonych przez Brukselę - ocenia Janusz Lewandowski, komisarz UE ds. budżetu, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Unijni przywódcy zdają się przedkładać wypracowanie porozumienia politycznego nad uspokojeniem rynków. To właściwa kolejność?
Liderzy UE zrozumieli, że zagadka rynków finansowych kryje się w polityce. Bogata Europa ma dostateczne zasoby, by wyjść z kryzysu. Musi jednak odpowiedzieć na kryzys zaufania co do zespolonej woli politycznej wyrwania się z niemocy oraz zdolności liderów poszczególnych państw, by je wyprowadzić z równi pochyłej - życia ponad stan. Bogate Włochy zyskały na wiarygodności wraz z umocowaniem premiera Montiego, który uosabia odpowiedzialność za przyszłość kraju. Bez tego żadne sztuczki i deklaracje na szczeblu UE nie umożliwią sfinansowania 300 mld euro, po rozsądnej cenie, potrzebnych krajom euro w roku 2012.

Czytaj też:Tusk o "diabelskiej alternatywie". "Doprowadzą UE do ruiny, a swoich pieniędzy i tak nie uratują"

Francji zależy na tym, aby ograniczyć Unię do Eurolandu. Niemcy zdają się bardziej myśleć w kategoriach całej Wspólnoty. Czy uda się uniknąć podziału Unii na dwie prędkości?
Szczyt Unii rozstrzyga nie tylko o finansach. Stawką jest rzeczywiście zwartość wspólnoty 27 krajów. Propozycje, z jakimi idą Herman Van Rompuy i José Manuel Barroso na ten szczyt, a które ja gorąco popieram, nie są całkiem zgodne z wizją zarysowaną przez tandem Merkel - Sarkozy. Nie ma tam wzmianki o wyodrębnieniu siedemnastki euro, jest natomiast pragmatyczna metoda nowelizacji traktatu lizbońskiego poprzez tzw. protokół nr 12. Jest to kreatywny sposób na uzyskanie postępu w dyscyplinowaniu polityki gospodarczej krajów członkowskich poprzez jednomyślną zgodę na forum Rady, bez potrzeby uruchomienia pełnej procedury zmiany traktatu wymagającej ratyfikacji w 27 krajach.

Podkreśla Pan znaczenie zapisów w traktatach - ale Nicolas Sarkozy już zapowiedział stworzenie nowego. Czy tę jego zapowiedź należy traktować tylko w kategoriach kampanii prezydenckiej we Francji?
Oczywiście, kalendarz polityczny Francji mobilizuje Nicolasa Sarkozy'ego do aktywności na arenie międzynarodowej. Tym bardziej, im bardziej chroni to Francję przed obniżeniem ratingu finansowego i osłabieniem mocarstwowych aspiracji tego kraju. Recepta francuska - ucieczka do przodu w gronie sygnatariuszy nowego porozumienia międzyrządowego - dzieli nieuchronnie Europę. Nawet jeśli Polska zostanie doproszona do udziału, bez prawa głosu, oznacza to początek końca metody wspólnotowej w kształtowaniu przyszłości UE. Tzw. federalizm międzyrządowy, będący dla mnie sprzecznością samą w sobie, popychałby grupę państw do dublowania instytucji oraz regulowania i harmonizowania tych obszarów integracji, które żywo interesują całość 27 krajów. Na przykład wspólny rynek, prawo pracy, podatki i umowy z krajami pozaeuropejskimi. Zatem trzeba być uczestnikiem, a nie widzem remontu UE. Jeśli tak, jeśli Niemcy chcą mieć gwarancje traktatowe, że PIN kod do ich karty kredytowej nie wpadnie w niepowołane ręce, to męka noweli traktatowej wydaje się lepsza niż nowy układ międzyrządowy.
Odniosłem wrażenie, że gdy przed chwilą mówił Pan o tym, że czeka nas kolejny szczyt, który ma "zbawić" Europę, usłyszałem w Pana głosie sarkazm. Słusznie?
Tak. Dotąd Europa grzęzła w półśrodkach i zapowiedziach. Żadna zapowiedź przyszłej architektury Unii Europejskiej nie jest wystarczającą odpowiedzią na obecne problemy. Żadna wizja długofalowa nie ugasi obecnego pożaru. Portugalia, Grecja, Irlandia, Włochy, Hiszpania mają teraz realne problemy z obsługą własnego zadłużenia i nie uleczy ich wizja naprawionej eurostrefy, o ile nie zapiszą w prawie wspartym przez polityczną wolę przełomowych reform pokazujących drogę do odzyskania wiarygodności. Muszą przekonać, że staną kiedyś na własnych nogach! Tylko wtedy sens mają bieżące unijne akcje ratunkowe, a te z kolei uwiarygodniają długofalowy plan naprawy. Tylko pakiet, w którym jest praca domowa zagrożonych krajów, energiczne interwencje EBC i EFSF wraz z MFW na dziś oraz prewencja na jutro chroniąca przed powtórką z kryzysu wyzwoli Europę z opresji. Jesteśmy w niedoczasie, żadne półśrodki nie zaradzą.

Czytaj też:Tusk o "diabelskiej alternatywie". "Doprowadzą UE do ruiny, a swoich pieniędzy i tak nie uratują"

A jaka reakcja była właściwa? Zwiększenie funduszu stabilności EFSF?
To warunek konieczny, ale niewystarczający. I nie ma gwarancji, że do tego dojdzie, w postaci realnego zasilenia kapitałowego, a nie finansowych sztuczek i chodzenia po prośbie w Pekinie i Waszyngtonie. Te i inne metody kupowania czasu mają sens tylko wtedy, gdy nie zmarnuje czasu Grecja, a zwłaszcza Włochy, bo los euro rozstrzyga się w Rzymie, a nie w Atenach. Dosłownie tam, bo przez traktaty buduje się zdrową Unię jutra, a pożar trzeba gasić teraz.

Czytaj też:Pakiet "Merkozy'ego", czyli jak Francja i Niemcy uratują strefę euro

Tyle że na zmianach traktatu zależy przede wszystkim Niemcom. Berlin wie, że to on musi wziąć na siebie odpowiedzialność za gaszenie pożaru na południu Europy - ale chce mieć zagwarantowane, że te kraje będą przestrzegać zasad.
Niemcy najpierw chcą mieć gwarancje przestrzegania zasad gospodarności, zanim rozpatrzą przychylniej sposoby uwspólnotowienia strat Południa za pośrednictwem Europejskiego Banku Centralnego, a nawet euro-obligacji. W kulturze tego narodu, jakże odmienionego po wojnie, mieści się wiara w literę prawa, a nie prawo siły. Stąd żądanie o odgórne, traktatowe wymuszanie dyscypliny finansowej w krajach podejrzewanych o gospodarczą niefrasobliwość. Dobrze, że w poniedziałek doszło do uzgodnienia stanowiska Berlina i Paryża, bo bez tego szczyt Unii byłby bezpłodny, a skutki tej niemocy katastrofalne.

Czy będzie zgoda na rozszerzenie mandatu EBC jako "lender of last resort"?
W miniony czwartek prezes Mario Draghi prezentował się w Brukseli, zapowiadając, że będzie przestrzegał traktatów, które nie przewidują przemiany EBC w euro-Fed, czyli odpowiednik amerykańskiej Federalnej Rezerwy. Jako "bank banków" ECB stawia sobie za cel udrożnienie kanałów kredytowych w Europie, zgadza się na interwencję na wtórnym rynku obligacji rządowych, ale nie nieograniczony druk pieniądza. Co będzie w przyszłości, zobaczymy, ale dziś także ECB walczy o swoją wiarygodność, co ma związek z zaufaniem do jego dyrekcji ze strony nielicznych już najwyżej notowanych krajów (AAA ). To ważniejsze, aniżeli podpowiedzi z Warszawy, które - co do roli ECB - oklaskuje wiele stolic, ale budzą sprzeciw Berlina.
Podkreśla Pan, że Unia cały czas nie jest w stanie podjąć decyzji, które opanowałyby bieżącą sytuację. Tyle że Francji i Niemcom pozostało bardzo mało czasu. Bez ugaszenia pożaru poniosą klęskę w wyborach.
Dobrze więc, że właśnie słyszymy twarde deklaracje tandemu "Merkozy". Brak reakcji sprawi, że ciężar kosztów spadnie na kraje już zagrożone, ale rykoszetem uderzy w całą Wspólnotę z siłą, jaką zaczynają wyliczać eksperci i nieobliczalnymi skutkami dla całego kontynentu. Mówi się, że dzisiejsi liderzy Europy siedzą na plecach olbrzymów, którzy najpierw odgruzowali kontynent po wojnie, a potem budowali Wspólnotę bez granic, złożoną z suwerennych narodów, które mają wspólne instytucje, ale nie tracą swej tożsamości. Liczę, że dzisiejsi premierzy, prezydenci i decydenci z Brukseli nie chcą zapisać się w historii jako bezsilni świadkowie rujnowania tego wspaniałego dorobku poprzednich pokoleń. Najbliższe tygodnie będą rozstrzygające. Powtarzam, to nie jest jednodniowy show, ale proces! Delegowanie na Brukselę surowego nadzoru nad polityką gospodarczą państw członkowskich, czyli przekazanie części suwerenności, jest groźne tylko dla tych, którzy chcą znowu zadłużać swoje narody. Polska, która surowsze reguły dyscypliny zapisała sobie w konstytucji i własnych ustawach, jest ostatnim krajem, który powinien się obawiać dyscypliny i sankcji nałożonych przez Brukselę. To kaftan bezpieczeństwa dla nieodpowiedzialnych polityków w krajach, które naraziły na szwank powodzenie całości.

Czytaj też:Tusk o "diabelskiej alternatywie". "Doprowadzą UE do ruiny, a swoich pieniędzy i tak nie uratują"

Jak długo można tym krajom dokręcać śrubę? Bo wydaje się, że tamtejsze społeczeństwa, zwłaszcza Grecy, już są na granicy wytrzymałości.
Mamy przed sobą eksperyment dyscypliny narzucanej we Włoszech i w Grecji przez technokratów, a w innych krajach przez nowe stare rządy, przy sprzeciwie ulicy. Najsłabszym punktem planów uzdrowienia UE jest znalezienie sposobu na ożywienie gospodarki, w warunkach cięcia wydatków publicznych. Przede wszystkim trzeba znaleźć nadzieję, czyli miejsca pracy dla młodego pokolenia zasilającego szeregi oburzonych. Pewną odpowiedzią jest budżet UE, a w nim fundusze strukturalne, czyli pieniądz inwestycyjny. W Polsce to zadziałało!

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Czytaj też:Pakiet "Merkozy'ego", czyli jak Francja i Niemcy uratują strefę euro

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie