Lewandowski: Kopacz chce poprawić otoczenie dla biznesu. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić...

Agaton KozińskiZaktualizowano 
Janusz Lewandowski
Janusz Lewandowski FOT BARTEK SYTA/Polskapresse
- Jesteśmy w sezonie wyborczym, a w takiej sytuacji różne obietnice składają właściwie wszystkie demokratyczne rządy. Premier Kopacz pod tym względem nie jest wyjątkiem - mówi polityk Janusz Lewandowski w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Europosłowie urządzili niemalże rzeź niewiniątek w czasie przesłuchań kandydatów do Komisji Europejskiej. Kilku z nich otrzymało żółte kartki, a Węgier i Słowenka - czerwone. Kandydaci byli słabi czy eurodeputowani wyjątkowo ostrzy?
Przesłuchania kandydatów na komisarzy nie są formalnością. W dodatku wkrada się w to polityka, czyli porachunki miedzy parlamentarnymi frakcjami. Dla europarlamentu jest to okazja, by okazać swoją siłę, a w tym roku - także pewną frustrację z powodu nowej struktury Komisji.

Na papierze wygląda ona bardzo interesująco, wręcz inspirująco.
Ale przestała pokrywać się ze strukturą komisji w europarlamencie. Dla przykładu ja jestem w komisji PE ds. przemysłu i z tego powodu brałem udział w przesłuchaniach sześciu kandydatów na komisarzy. To dowód mniejszej przejrzystości Komisji co do podziału pracy między komisarzami. A na to nakłada się słabość niektórych kandydatów - albo źle przygotowanych, albo dźwigających ciężar swego zaplecza politycznego, jak np. Węgier rozliczany przez lewicę za politykę Orbána...

Elżbieta Bieńkowska została w jednym z zestawień oceniona najniżej spośród komisarzy przesłuchiwanych w ubiegłym tygodniu. A w Pana prywatnym rankingu kto wypadł najsłabiej?
Dla mnie zaskakujący był słaby występ Słowenki Alenki Bratušek, gdyż ona powinna spodziewać się grillowania przede wszystkim za sposób, w jaki została kandydatem na komisarza - sama się na to stanowisko mianowała, odchodząc z funkcji premiera Słowenii. Słowenia musi wskazać nową osobę. Inni kandydaci mogli być zaskoczeni nowym dla nich zakresem odpowiedzialności, choćby Günther Oettinger, który wcześniej zajmował się energetyką, a teraz ma odpowiadać za gospodarkę cyfrową - ten zresztą zdał egzamin.

A jak Pan ocenia potencjał nowej Komisji? Czy jest ona w stanie ruszyć Europę w ciągu najbliższych pięciu lat?
Komisja jest nade wszystko strażnikiem traktatów i metody wspólnotowej. Musi czuwać, by Unia nie pękła na strefę euro i non-euro i nie pokawałkowała się na rozmaite porozumienia międzyrządowe. Byłby to koniec wspólnoty 28 krajów. Jeśli zaś chodzi o potencjał i zdolność działania, to nowa struktura - według pomysłu Junckera - jest eksperymentem. Od dawna rozważano pogrupowanie komisarzy w tzw. klastry, nad którymi czuwają wiceprzewodniczący bez teki. W Polsce wicepremierzy i ministrowie bez teki się nie sprawdzili. Zobaczymy, czy takie rozwiązanie wypali w Brukseli.

Teraz, gdy słucham Pana wywodu, między wierszami słyszę, że nie jest Pan zachwycony nową Komisją.
Wierzę, że doświadczony Juncker wie, co robi. Zobaczymy, jaką moc mają nadzorcy pozbawieni oparcia we własnej administracji. Byłem przez pięć lat w KE i stawiam znak zapytania co do roli tego kogoś, kto np. będzie formalnie nadzorował Elżbietę Bieńkowską, dla której będzie pracowało 1500 osób. Podoba mi się natomiast wola deregulacji Unii Europejskiej. Już w tym roku wskazaliśmy ponad 50 propozycji legislacyjnych, które można wycofać, bo są niepotrzebne, a czasami irytują ludzi, zanadto ingerując w ich życie codzienne.

Ale czy to wystarczy, by ruszyć Europę z posad? W ubiegłym tygodniu szefowa MFW Christine Lagarde rzuciła, że czeka nas "era mierności" w europejskiej gospodarce, przede wszystkim w strefie euro. Komisja zdoła to przełamać czy Europa stanie się wielką Japonią?
Jestem przeciwny mnożeniu nadmiernych oczekiwań wobec nowej Komisji. Odpowiedzialność za sytuację gospodarczą w UE ponoszą przede wszystkim rządy poszczególnych państw. Sama Bruksela ma skromne instrumenty po temu, by rozkręcać gospodarkę. Ale faktem jest, że ostrożny optymizm co do ożywienia europejskiej ekonomii z początku tego roku nie znajduje dziś pokrycia w faktach - stąd właśnie wzięły się te ponure przepowiednie pani Lagarde. Były podstawy do umiarkowanego optymizmu, skoro z siedmiu krajów objętych programami pomocowymi zostały tylko Grecja i Cypr, deficyty budżetowe zredukowano średnio z 7 proc. w roku 2010 do 2,5 proc w roku 2014. Niestety, o ile na początku 2014 r. szacowano, że kraje UE będą się w tym roku rozwijać średnio w tempie 1,6 proc. PKB, to teraz mówi się zaledwie o 0,8 proc.
Co poszło nie tak?
Po części to konsekwencja sytuacji na innych kontynentach, które wcześniej napędzały światową gospodarkę, otwierając rynki zbytu dla Europy. Dziś ten napęd pochodzący z Chin, Indii, Brazylii czy Meksyku jest słabszy. Także chodzi o Rosję, ale to jest pochodna napięć politycznych. Konieczne sankcje, jako odpowiedź na agresje Kremla, przyszły w najmniej stosownym czasie - kruchego ożywienia gospodarki europejskiej, która dźwiga się z głębokiego kryzysu. Sankcje nie są może tak obciążające w wymiarze ekonomicznym, ale pogarszają klimat międzynarodowy i tym samym zaufanie, które jest przesłanką inwestycji. Unia Europejska inwestuje dziś o 15 proc. mniej niż w 2007 r. To wszystko sprawia, że rewidujemy w dół tegoroczne i przyszłoroczne prognozy, nawet w Niemczech - z 1,9 proc. do 1,4 proc. wzrostu PKB. Druga potęga kontynentalna - Francja - jest w stagnacji, a trzecia - Włochy - w recesji.

Tym bardziej widać, że potrzebny jest policjant, który skłoni kraje UE do odważniejszych reform pozwalających uzdrowić sytuację gospodarczą. Komisja nie może pełnić takiej roli? W przypadku Francji aż się o to prosi - a KE narzędzia do tego od tego roku ma.
Rzeczywiście, Francja ogłosiła, że nie zdoła obniżyć deficytu budżetowego poniżej 3 proc. do 2015 r., uda się to dopiero w 2017 r. Moim zdaniem Komisja nie ma wyboru. Musi reagować, bo Francja nie podejmuje wystarczającego wysiłku strukturalnego. Jeśli KE nie zdobędzie się na reakcję, straci autorytet i trudniej będzie jej wymuszać dyscyplinę na innych krajach, które również mają problemy ze zbilansowaniem własnych budżetów.

Mimo wszystko Paryż to nie Ateny czy Dublin. Bruksela będzie miała dość odwagi, by upomnieć Francuzów?
Jeśli tego nie zrobi, to inni, na przykład grecki premier Antonis Samaras, mają prawo - już to zresztą robią - zarzucić Brukseli nierówne traktowanie krajów członkowskich. Wymuszanie kosztownych politycznie reform na małych i tolerowanie zaniechania w dużych. Nie może być tak w Unii, że duży może więcej. Już raz tak było - w 2003 r., gdy reguły deficytu budżetowego przekroczyły Francja i Niemcy - i wiemy, czym to się skończyło. Dlatego teraz stoi przed KE jedno z najważniejszych wyzwań - egzekwowanie zobowiązań, które podjęły kraje członkowskie, bez względu na ich wagę polityczną i gospodarczą. Zresztą jest to nie tylko wyzwanie dla Komisji, ale także dla Donalda Tuska w roli przewodniczącego Rady Europejskiej.

W Europie Zachodniej jest jedno państwo, które dokonało znaczących cięć - Wielka Brytania. David Cameron tuż po wyborczym zwycięstwie w 2010 r. mocno odchudził i deregulował kraj. Długo wychodziło mu to bokiem, ale teraz Londyn notuje 3-procentowy wzrost gospodarczy. Czemu tak mało się o tym mówi w Europie?
Rzeczywiście, Wielka Brytania może służyć jako wzorzec w sporach o właściwą metodę uzdrawiania finansów publicznych. Równoważenie budżetu polegało w trzech czwartych na oszczędnościach w wydatkach, a w jednej czwartej na dodatkowych dochodach z podatków. Okazuje się to najlepszą metodą dyscyplinowania finansów, bo zasypywanie dziury budżetowej przez wzrost podatków przytłacza gospodarkę.

Cameron już zapowiada, że jeśli wygra kolejne wybory, to obetnie podatki dochodowe.
Będzie mógł sobie pewnie na to pozwolić, bo Wielka Brytania - obok Polski i krajów bałtyckich - ma najlepsze prognozy wzrostu. Londyn to optymistyczne świadectwo, iż chcieć to móc! Pokazuje, że liczą się nie tylko sama gotowość i determinacja w naprawie finansów, ale także przyjazna dla gospodarki metoda...

W etatystycznej Francji przestrzeni do cięć jest więcej niż w Wielkiej Brytanii. Czemu Paryż nie chce zauważyć brytyjskiego modelu?

W Londynie rządzi prawica, w Paryżu natomiast, podobnie jak w Rzymie, mamy rządy lewicowe. Francja i Włochy pod wpływem kryzysu próbują poprawiać otoczenie dla biznesu, ale te działania nie wystarczają. Oba kraje "ważą" zbyt dużo, by unia walutowa znalazła się w lepszej kondycji bez ożywienia gospodarek Francji i Włoch.

Czemu tamtejsze elity polityczne nie mogą wprowadzić koniecznych reform? Może po prostu ich zmęczenie władzą jest na tyle duże, że nie są w stanie?
Francja to nie jest łatwy kraj dla reformatorów, a pożądany kierunek reform ma się nijak do obietnic, które utorowały Hollande'owi drogę do władzy. Są kraje, które na to się zdobyły, jak Portugalia, Łotwa czy Irlandia. Jak powiedział kiedyś Juncker: - Wiemy, co trzeba zrobić, ale nie wiemy, jak wygrać wybory, gdy robimy to, co trzeba...

Strefa euro utknęła, tymczasem 80 proc. polskiego eksportu idzie na Zachód. Czy taka sytuacja nie grozi tym, że także Polska wpadnie w dryf rozwojowy, którego doświadczają nasi partnerzy z UE?
Na początku 2014 r. rysowały się szanse Polski na szybszy wzrost gospodarczy, ale teraz, gdy nasi partnerzy z UE rewidują w dół swoje założenia gospodarcze, trudno o cud szybszego wzrostu. W swoim exposé Ewa Kopacz zapowiedziała poprawę otoczenia dla biznesu, w tym nową ordynację podatkową - tyle że łatwiej powiedzieć, niż zrobić, o czym świadczy odległe miejsce Polski w rankingach wolności gospodarczej.

Poza tym pani premier o ułatwieniach dla gospodarki w exposé mówiła dosłownie chwilę, bardzo długo natomiast rozwodziła się nad tym, co komu da.
Jesteśmy w sezonie wyborczym, a w takiej sytuacji różne obietnice składają właściwie wszystkie demokratyczne rządy.
Premier Kopacz pod tym względem nie jest wyjątkiem. Ale najważniejsze, że składane przez nią obietnice nie rujnują budżetu.

Ale pani premier zapowiedziała miliardowe wydatki, nie wskazując nowych źródeł dochodów budżetu.
Część złożonych przez nią obietnic ma zapewnione finansowanie z funduszy unijnych, które wynegocjowaliśmy na lata 2014-2020. Minister finansów Mateusz Szczurek zyskał wiarygodność w Brukseli, więc podejrzewam, że naprawdę nie spał po nocach, by znaleźć pieniądze w budżecie na pokrycie wydatków zapowiedzianych w exposé.

Można odnieść wrażenie, że rozwój Polski w ostatnich latach jest uzależniony od wpływów z UE. Ale to nie jest studnia bez dna, kiedyś te subwencje się skończą - tymczasem rząd nie przedstawia pomysłów na to, czym je zastąpić. Widzi Pan jakieś rozwiązania?
Odpowiem na pana pytanie, zamieniając się na chwilę w eurokratę. Bruksela od kilku lat zaleca Polsce reformę systemu ubezpieczeń rolników czy obcięcie przywilejów górniczych. Tylko że to są decyzje, za które Bruksela nie bierze politycznej odpowiedzialności. Inaczej niż premier, który jest rozliczany przez wyborców, więc musi kalkulować polityczne koszty podejmowanych reform.

Ale za chwilę wybory, a po nich będzie kilka miesięcy, które będzie można wykorzystać na wprowadzenie niepopularnych reform - tak jak zrobił to David Cameron w 2010 r. Czy polską klasę polityczną stać na wprowadzenie trudnych zmian? Czy nasi politycy też są tak zmęczeni jak ich zachodni koledzy i nie zaryzykują?
Rozmawia pan z weteranem polskich reform, który nie wyrzekł się swoich liberalnych poglądów na gospodarkę. Ja naprawdę nie mam zbyt wielkich oczekiwań co do widzialnej ręki państwa. Polski sukces gospodarczy to przede wszystkim efekt polskiej zaradności, przedsiębiorczości - i to będzie fundamentalne źródło naszych sukcesów w przyszłości. Dlatego uważam, że nowy rząd, który powstanie po wyborach w 2015 r., powinien skupić się przede wszystkim na odblokowywaniu energii Polaków, wedle starego hasła PO. Widzialna i odważna ręka państwa jest natomiast niezbędna, by racjonalizować mocno uzwiązkowiony kompleks energetyczno-górniczy. Można to robić - tak jak w czasach wicepremiera Janusza Steinhoffa - w sposób, który nie wzbudzi gniewu ludu. Oczywiście, trzeba wykorzystać "miodowy okres" po wyborach na fali uzyskanego mandatu politycznego - o ile nie obiecywało się gruszek na wierzbie.

polecane: Flesz - Co piąta transakcja będzie wymagać użycia PIN-u

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3