"Lewa wolna", "Warunek", "Sztukmistrz z Lublina"... Co by tu jeszcze sfilmować, panowie?

Bożydar Brakoniecki
Kadr z filmu "Krzyżacy" Aleksandra Forda
Kadr z filmu "Krzyżacy" Aleksandra Forda Fot. Materiały prasowe
Nasza literatura aż roi się od potencjalnych scenariuszy filmowych. Bożydar Brakoniecki podsuwa przyszłym zdobywcom Oscarów 10 tytułów na ekranowe hity. Pokornie czekają w bibliotekach.

Nie wierzcie reżyserom, że w Polsce nie ma materiału na dobry film, że wszystko zostało już zekranizowane, a to, co pozostało, to nędza i chłam. Krótka kwerenda w bibliotecznych katalogach dowodzi, że jest wręcz przeciwnie. Oto zestaw 10 książek, z których każda jest niemal gotowym materiałem na fascynujący ekranowy przebój.

W 1937 r. nakładem niewielkiej oficyny o dumnej nazwie Instytut Wydawniczy Biblioteka Polska ukazała się najgłośniejsza powieść Stanisława Rembeka - "W polu", ujęte w całość wspomnienia autora z wojny 1920 r. Rembek był wtedy żołnierzem 7. kompanii strzelców w dywizji gen. Żeligowskiego ścierającej się z wojskami Tuchczewskiego na froncie północnym.

Doskonałe opisy krwawych zmagań, odpowiednia dawka grozy, naturalizm posunięty do właściwych granic, świetnie podchwycone dialogi - nie bez powodu autora fetowano licznymi nagrodami. Oczywiście przed wojną, bo komuniści sprawili, że o Rembeku zapomniano na dziesięciolecia. Choć dobrą cenzurkę wystawił pisarzowi Czesław Miłosz w swojej emigracyjnej "Historii literatury polskiej". Tak na marginesie - ekranizacja prozy Rembeka zawsze się opłaca. Wajda zrobił przecież na kanwie jego tekstów "Wyrok na Franciszka Kłosa", a Juliusz Machulski "Szwadron". Opłacało się, prawda?

Tuż przed wybuchem wojny, gdy Rembek pławił się w blasku pisarskiej sławy, w Warszawie ukazał się powieściowy pamflet pod intrygującym tytułem "Niemcewicz od przodu i tyłu". Jego autorem był niedoszły doktor historii, a później legendarny zagończyk Karol Zbyszewski, który na tle XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej sportretował klasyka ówczesnej poezji i polityki. Sportretował tak złośliwie i soczyście, że luminarze nauk historycznych do dziś z obrzydzeniem biorą książkę Zbyszewskiego do rąk. A szkoda, bo to przecież pierwszorzędny materiał na film odbrązawiający sarmacką historię.

Podobnie jest z "Przygodą w Warszawie" Stefana Kisielewskiego, który - tu uwaga dla tych, którzy zbytnio przywiązują się do stereotypów - był nie tylko dziennikarzem, publicystą i posłem "Znaku", ale też często dawał się porywać muzom. "Przygodę..." napisał w 1959 r. (drukowana była w odcinkach w "Tygodniku Powszechnym") i jest to kryminalna przypowieść o tajemniczym gangu terroryzującym stolicę. Rzecz przypomina po trosze "Złego" Leopolda Tyrmanda, skądinąd także nigdy niezekranizowanego.

Rok po powieści Kisielewskiego Isaac Bashevis Singer (nasz człowiek, rodem z Leoncina, choć tworzący w jidisz) opublikował "Sztukmistrza z Lublina", barwny fresk z życia polskich Żydów początków XX w. Głównym bohaterem zrobił Yashę Mazura, wędrownego sztukmistrza z wielkim apetytem na kobiety. Co ciekawe, w 1979 r. izraelski reżyser Menahem Golan porwał się na książkę Singera, ale zrobił to tak źle, że koniecznie trzeba poprawić to, co spaprał u noblisty.
Za to "Lewa wolna" Józefa Mackiewicza, opowieść o wojennym pograniczu polsko-litewskim z lat 1918-1921, to filmowy samograj. Wymaga od reżysera jedynie wrażliwości i szczypty zamiłowania do legendy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sam Mackiewicz przyznawał, że pisząc "Lewą wolną", inspirował się "Cichym Donem" Szołochowa, w czym zresztą nie ma nic dziwnego, bo z kogo miał czerpać absolwent elitarnego gimnazjum klasycznego im. Winogradowa w Wilnie?

"Lewą..." Mackiewicz wydał na emigracji w 1965 r. Trzy lata później, także emigracyjnym sumptem, ukazała się "Sowa, córka piekarza", ostatnia powieść Marka Hłaski. Historycy twierdzą, że pierwotnie nosiła tytuł "Pójdź za nim przez dolinę" (tak nazywa się niemieckie wydanie), ale Hłasce wydał się zbyt biblijny. Pal zresztą licho tytuł, opowieść o pisarzu, który przeżywa niezwykły romans z kobietą, której męża aresztowało UB, to prawdziwe wyzwanie dla twórców psychologicznych łamigłówek. Po warunkiem, że w rolach głównych obsadzi Magdalenę Boczarską i Bogusława Lindę.

Przenieśmy się w lata 80., kiedy peleton polskiej literatury prowadził Tadeusz Konwicki. Jego książki kilkakrotnie trafiały na ekran, ale na powieść "Bohiń" z 1987 r. do dziś nikt się nie połakomił. Niesłusznie, bowiem w przypominającym puzzle "Bohiniu" znaleźć można wszystko, co u pisarza jest najlepsze: romans, wycieczki w rodzinne legendy, klimat litewskich bajań i szlacheckich gawęd. 220 stronic literackiej kwintesencji.

Teraz kamyczek do ogródka tych, dla których najnowsza polska proza przypomina jałową pustynię. A "Lament nad Babilonem" Wacława Holewińskiego, rzecz z 2003 r., osnuta na kanwie losów Tadeusza Danilewicza, legendarnego "Kossaka", szefa sztabu Komendy Głównej NSZ. To nie tylko kawał doskonale sportretowanej wojenki, ale też próba odkłamania czarnej legendy sprokurowanej Danilewiczowi przez komunistów. A przecież życiorys miał imponujący, brał nawet udział w powstaniu warszawskim i nie dał się aresztować nowej władzy - umarł jako wolny człowiek w Anglii w 1972 r.

Tłem "Warunku" Eustachego Rylskiego również jest wojna, ale napoleońska. Czasy boga wojny rzadko trafiają na warsztaty polskich reżyserów, toteż powieść z 2005 r. może uzupełnić te braki. Bohaterem "Warunku" jest kapitan szwoleżerów Andrzej Rangułt, litewski arystokrata wikłający się w szorstką przyjaźń z pochodzącym z chłopstwa porucznikiem Semenem Horszowskim. Dwaj mężczyźni pałają do siebie uczuciem miłosno--nienawistnym, a w tle płonie Moskwa A.D. 1812 i Wielka Armia Napoleona nieodwracalnie obraca się w nicość.

Losy Rangułta i Horszowskiego połączyła historia. Podobnie stało się kilkaset lat wcześniej, gdy zaingerowała w losy hetmana kozackiego, rotmistrza, a przy okazji kalwina - Samuela Zborowskiego i magnata, wszechwładnego sekretarza Stefana Batorego - Jana Zamoyskiego. Finał tej waśni znamy: Zborowski w 1584 r. został ścięty na dziedzińcu wawelskim za rzekomy spisek na życie króla. Czy tak było naprawdę? W "Samuelu Zborowskim" Jarosław Marek Rymkiewicz dowodzi, że absolutnie nie, że mord na Zborowskim był początkiem końca sarmackiej wolności, ideału, który próbuje wskrzesić na użytek współczesnych Polaków.

Czy ta historyczna baśń nadaje się na ekrany? Jak najbardziej, co bardziej malowniczo wygląda w kinie niż rycerska krew u podnóża wawelskiej wieży? Wypada teraz poczekać, aż ktoś odważy się wziąć wizję Rymkiewicza na reżyserskie barki.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Z
Zbyszko 3 cytryny
...kwestia z kadru widocznego na zdjęciu: "mój ci jest"!
3
nie tylko jeden, ale kilka Oscarów będzie!
Już na to, nasi starsi bracia, z niepokojem czekają.
U
Uważny czytelnik
Po nadziejach na Oscara dla "80 milionów" nie mam żadnych wątpliwości.
Zdobędziemy Oscara, kiedy zaczną go przyznawać cateringowi - polski film nie istnieje (poza "polskimi serialami")
Dodaj ogłoszenie