reklama

Leszek Herman: Pisanie książek przypomina projektowanie budynku

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
Zaktualizowano 
Brzmi to może mało romantycznie, ale konstrukcja jest tak samo ważna w architekturze, jak i w literaturze. W architekturze zaczyna się od ogólnego planu, potem rozwiązuje się szczegóły techniczne, na końcu robi się coraz bardziej precyzyjne rzeczy. I tak samo jest w książce - mówi Leszek Herman, autor kryminałów i powieści sensacyjnych, z zawodu architekt. Niedawno ukazała się jego najnowsza powieść "Sieci widma".

Płynął pan kiedyś promem do Ystad?
Jakiś czas temu. Ostatnio ktoś mnie zapytał, czy trzeba było płynąć promem, żeby napisać „Sieci widma”. Niekoniecznie, bo człowiek płynąc promem, nie ma dostępu do pomieszczeń technicznych, do tego wszystkiego, co opisałem w książce. Musiałem zdobyć informacje z pierwszej ręki, a więc od ludzi, którzy pływają zawodowo. Udało mi się zdobyć dokumentację techniczną promu, korzystałem z przekrojów, rzutów, konkretnych planów, dzięki czemu mogłem wszędzie wejść.

„Sieci widma” to już czwarta pana powieść sensacyjna, trochę nietypowa. Akcja toczy się w bardzo krótkim czasie, a miejsce jest nieco klaustrofobiczne, to prom płynący do Szwecji.
Po części chciałem dać odpocząć moim bohaterom ode mnie, zrobić krótką przerwę. Początkowo planowałem akcję z zupełnie innymi postaciami, ale ostatecznie, żeby móc zmontować pewne sytuacje, pewien scenariusz, potrzebowałem osoby, która będzie w stanie to zrobić. A takimi ludźmi są dziennikarze.

Stąd pojawienie się Pauliny?
Dziennikarze mają dostęp do wszystkich instytucji, mogą uruchamiać pewne wydarzenia, w których zwykłe osoby nie miałyby żadnych szans. I dlatego Paulina, bohaterka poprzednich powieści, została dokooptowana do książki i występuje w drugim planie. Akcja dzieje się na promie w ciągu jednej nocy, natomiast powroty do przeszłości dzieją się na lądzie i bierze w nich udział Paulina.

Łatwiej napisać powieść, która jest tak skondensowana w czasie?
To wymaga technicznej precyzji. Musiałem zrobić bardzo dokładny plan akcji, bo wszystko dzieje się w ciągu jednej nocy, jest szereg bohaterów, którzy muszą się znaleźć w określonych miejscach o określonej godzinie. To musi być bardzo precyzyjne, bo gdy mają miejsce sensacyjne wydarzenia, ważne są relacje, kto z kim się widział, w jakim miejscu i w jakim czasie. Stąd taka godzinowa rozpiska. A prom jest na tyle duży, że przejście z jednego końca na drugi zajmuje 10 minut, jeśli się idzie powoli. I to zaczyna być istotne. Dlatego też zrobiłem sobie takie dokładne zestawienia, liczyłem czas, jaki jest potrzebny, by bohater się przemieścił. To była największa trudność podczas pisania tej książki.

Pan jest z zawodu architektem. Czy konstruowanie książki jest trochę podobne do tego, jak się projektuje budynek czy też planuje przebudowę budynku?
To jest coś, co mnie uderzyło na samym początku, kiedy zacząłem pisać, jak bardzo sztuka projektowania książki i budynku jest podobna. W architekturze zaczyna się od ogólnego planu, potem rozwiązuje się szczegóły techniczne, na końcu robi się coraz bardziej precyzyjne rzeczy. I tak samo jest w książce. Najpierw jest pomysł, ogólna koncepcja, a potem się ją obudowuje, wymyśla plany akcji, bohaterów. Dla mnie to jest podobny sposób myślenia. Przy czym kryminał czy książka sensacyjna charakteryzuje się jeszcze innymi założeniami. Wszystko musi być w niej dokładnie przemyślane i dokładnie skonstruowane. Brzmi to może mało romantycznie, ale konstrukcja jest tak samo ważna w architekturze, jak i w literaturze.

A co jest trudniejsze? Projektowanie czy pisanie?
Jedno i drugie jest przyjemne, jedno i drugie jest fajne. Tyle tylko, że pisanie ma większą tę przyjemną część. Pisanie książki trwa pół roku, rok i generalnie jest to dobra zabawa. Ma się oczywiście miecz Damoklesa nad sobą, czyli umowę i terminy. Ale potem proces edycyjny jest poza mną, poza pisarzem. Natomiast w architekturze czas projektowania jest krótki, a potem następuje udręka z urzędami, z pozwoleniami, z papierami. I to jest masakra. Każdy architekt, który kończy projekt, zderza się z męczącą rzeczywistością.

Z czego byłoby łatwiej panu zrezygnować: z pisania czy z projektowania?
Zacząłem ostatnio się nad tym zastanawiać, jedna i druga praca wymaga takich samych starań. Trzeba mieć czas, chwilę skupienia. I te dwie aktywności zaczynają mi coraz bardziej kolidować. Projektowanie w dalszym ciągu jest przyjemne, tym bardziej że wciąż dostarcza mi pomysłów do książek. Na razie nie podjąłem żadnej decyzji, wiem, że ona jest przede mną. Teraz nie zrezygnowałbym ani z jednego, ani z drugiego.

W którymś z wywiadów określił pan samego siebie jako piszącego architekta. Czy po tej czwartej książce dalej uważa się pan za piszącego architekta, czy może bardziej za pisarza, który projektuje?
Dalej tak siebie nazywam, jestem piszącym inżynierem. Tak mi się cały czas wydaje, tym bardziej że taki inżynieryjny sposób pisania wciąż jest dla mnie istotny. Nawet niektórzy mnie pytają, dlaczego w najnowszej książce jest tyle szczegółów technicznych dotyczących funkcjonowania promu, np. sposobu otwierania drzwi. Mnie to bawi. Kiedy czytam książki czy oglądam filmy, lubię, gdy autor poświęca takim szczegółom uwagę. Mnie to interesuje i to jest super. Ale wiem, że niektóre osoby wolałby to uciąć i przejść do akcji. Z jednej strony architekt to zawód inżynieryjny, a z drugiej strony jest to jednak czynność twórcza. Trzeba znać stronę techniczną, ale też mieć jakiś pomysł.

W projektowaniu i w pisaniu jest jakiś moment na natchnienie?
Architekt łączy umysł techniczny i jednocześnie duszę artystyczną. Najlepiej świadczą o tym przedmioty, jakie są na architekturze - z jednej strony te ściśle techniczne: matematyka, fizyka, konstrukcja, z drugiej strony jest historia sztuki, filozofia, przedmioty artystyczne, praktyczne zajęcia z rzeźby, malarstwa. Wydawać by się mogło, że to nie do pogodzenia, ale jest konieczne. Bo z jednej strony trzeba zaprojektować budynek i mieć świadomość, jaką on ma konstrukcję, a oprócz tego trzeba dobrać kolorystykę, detale, żeby wszystko miało jakiś wymiar artystyczny. Kreatywność jest wymagana w zawodzie architekta. I to sprawia, że architekci często odchodzą do artystycznego działania, np. zaczynają malować. Sporo architektów odchodzi do mody, dlatego, że to się wiąże z widzeniem przestrzeni. Dokładnie tak samo widzi się budynek, jak kieckę czy inne ubrania. Ja akurat wybrałem pisanie. Zawsze mówię, że ludzie, którzy kończyli polonistykę, zajmowali się literaturą, piszą w systemie 2D. Oni potrafią się świetnie posługiwać językiem - ja nie mam aż takich umiejętności. Dla nich język jest głównym tworzywem. Ja, żeby coś napisać, muszę to zobaczyć, wyobrazić sobie i dopiero potem to opisuję. I to jest mój pomysł na pisanie.

Potrafi pan pisać byle gdzie? Czy to jest jednak jakiś rytuał, przyjęty plan, tyle godzin rano, tyle po południu, czy po prostu siada pan do komputera gdzieś między projektami a budową i pisze?
Nie mam rytuałów. Rytuały to pewien komfort, a ja wciąż muszę ten czas wydzierać. Wiele godzin zajmuje mi załatwianie spraw urzędowych, uzyskiwanie pozwoleń, poza tym przebywanie na budowie też zżera czas. Muszę też znaleźć czas na projektowanie, nie odbieram wtedy telefonów, potrzebuję skupienia. Podobnie jest z pisaniem. Nigdy nie byłem nocnym markiem, kiedy mam coś ważnego do zrobienia, muszę wstać wcześnie rano i wtedy mam najbardziej chłonny umysł. Koło 23 wszystko mi się wyłącza, nie potrafię pracować w nocy.

Trudno to wszystko pogodzić?
I tak, i nie. Trzeba sobie samemu wykradać czas, a z drugiej strony, te dwa światy nawzajem się napędzają, bo z jednej strony praca architekta dostarcza mi materiałów do pisania, często niektóre tematy, o które się ocieram, służą mi jako pomysły do książek. A z drugiej strony, po tym, jak zacząłem pisać, mam trochę zleceń od ludzi, którzy przychodzą do mnie jako do pisarza.

Trochę czasu już upłynęło od chwili, kiedy skończył pan pisać „Sieci widma”, bo cykl wydawniczy trochę trwa. Ma pan już pomysł na następną, czy potrzebuje pan oddechu od bohaterów, od pisania?
Zwykle tak jest, że pomysł na następną książkę mam już kończąc poprzednią. Koniec pisania to taka trochę mordęga. Już zaczynam liczyć godziny, bo wciąż są pytania z wydawnictwa, kiedy skończę, zwłaszcza jeśli jest po terminie. Trzeba pozamykać wszystkie wątki i to nie jest przyjemna praca. Najczęściej wtedy mam już w głowie następny pomysł. Ale muszę sobie zrobić przerwę, żeby zmienić sposób funkcjonowania i często wracam wtedy do architektury. Teraz przez całe wakacje popędzałem projekty budowlane.

Tęskni pan czasem za swoimi bohaterami
Mam często myśli: co u nich słychać, co się dzieje w ich świecie. To jest takie trochę dziwne. Pamiętam, że dawniej, kiedy czytałem podobne wypowiedzi pisarzy, uważałem, że to jest jakaś kreacja, że oni się wygłupiają. A to rzeczywiście tak działa. Jeśli stworzy się książkowych bohaterów, to potem myśli się o nich w taki sposób, jakby istniał jakiś równoległy świat, w którym oni żyją. Często bywa też tak, że kiedy piszę jakiś dialog, tracę nad nim kontrolę. Bohaterowie zaczynają rozmawiać o czymś innym, niż założyłem wcześniej, na przykład zaczynają się o coś kłócić. I piszę bardzo długi tekst, który potem muszę skracać. Zwracam honor tym wszystkim pisarzom, z których wypowiedzi się naśmiewałem. Faktycznie, często tak jest, że bohaterowie mają więcej do powiedzenia, niż się pierwotnie wymyśliło.

Wymykają się autorowi?
Zaczynają żyć własnym życiem i trzeba to potem okrajać na potrzeby książki. Szczególnie dotyczy to ulubionych postaci. Oczywiście je mam i o nich wręcz pisze się samo. Zawsze wtedy mam ochotę coś pogłębić, napisać o nich więcej.

Ma pan takich bohaterów, którzy zostali stworzeni jako postaci drugoplanowe, a potem się okazało, że na przykład bardzo lubią ich czytelnicy?
Taką bohaterką jest mama Igora. W pierwszych książkach była przerywnikiem humorystycznym, bo to taka pani, która dzwoni co chwilę do dorosłego syna i doprowadza go do ostateczności głupawymi, „mamusiowymi” pytaniami. I faktycznie, na różnych spotkaniach autorskich miałem pytania, czy mama Igora się pojawi w większym wymiarze. I teraz w książce „Sieci widma” jest bohaterką prawie pierwszoplanową.

To dzięki czytelnikom tak się stało? Czy pan sam poczuł, że ta postać jest bliska, ma potencjał?
I tak, i tak. Podoba mi się ogólnie taki pomysł - wielu autorów tak robi - że w kolejnych książkach postacie drugoplanowe stają się głównymi bohaterami. To jest bardzo fajne, bo buduje nową rzeczywistość.

Ten świat równoległy?
No właśnie. I wtedy czyta się książkę i ma wrażenie, że wciąż jest się w tym samym świecie. Taką drugą postacią, która ma coraz więcej do powiedzenia, jest kolega Pauliny z pracy, Piotrek. Na początku był praktykantem w redakcji, a teraz zaczyna mieć swoje wątki. On jest bardzo wdzięczną postacią do kształtowania scen humorystycznych.

W tej ostatniej książce odszedł pan od tego, co było wyróżnikiem pana książek, czyli tajemnic Szczecina i Pomorza Zachodniego, tajemnic historycznych. Wróci pan do tego?
Miałem ochotę na książkę, która będzie bardziej neutralna. Bo jak się pisze taką powieść miejską, to najlepiej bawią się przy niej właśnie mieszkańcy tego konkretnego miasta. Co nie znaczy, że dla innych nie jest ciekawa. Ale miałem ochotę napisać książkę bardziej uniwersalną. Prom jako miejsce akcji jest czymś, co ściągnie uwagę czytelnika niezależnie od miejsca zamieszkania. Natomiast pewnie wrócę do pisania o Pomorzu. Staram się pisać o tym, na czym się znam, i o tym, co wiem. Gdybym chciał umieścić miejsce akcji w innym mieście niż Szczecin, musiałbym się nieźle postarać, poznać topografię, itp. Każda książka jest przygodą, za każdym razem zastanawiam się, o czym mógłbym napisać i w końcu kiełkuje jakiś pomysł. Siłą rzeczy często jest on związany z Pomorzem Zachodnim, bo tu mam te swoje przygody zawodowe.

Czuje się pan w Szczecinie kimś w rodzaju celebryty? To nie jest miasto, w którym żyje wielu pisarzy, a pan jest z tym miastem bardzo kojarzony.
Może celebryta to za duże słowo. Ale to też nie jest zmiana radykalna, bo ja sporo projektowałem i to takich budynków, które były zauważone...

… jak na przykład Stara Rzeźnia?
Chociażby. Byłem więc obecny w gazetach, na lokalnych portalach, chociaż się specjalnie nie udzielałem. Pojawiała się nazwa pracowni, moje nazwisko. Teraz tego jest ciut więcej, bo pojawiam się jako ja, a nie firma projektowa. Ale faktycznie Szczecin jest środowiskiem dość zamkniętym, ludzie się znają. Natomiast raz czy dwa zdarzyło się, że w sklepie ktoś do mnie podszedł i zapytał: „Dzień dobry, czy pan Leszek Herman?”. I to było coś zupełnie nowego. Bo idzie się do sklepu z poczuciem anonimowości i można kupować jakieś kompromitujące rzeczy, piwo czy wino, a tu ktoś pyta, czy to ja (śmiech).

Pisarz ma przecież prawo do używek. Niektórzy tworzyli wyłącznie pod ich wpływem. Ale czy ma pan poczucie, że przybliżył Szczecin do Polski, do centrum kraju? Kilka osób po przeczytaniu pana książek mówiło mi, że nigdy dotąd nie byli w Szczecinie, ale muszą się koniecznie wybrać.
Mam taką nadzieję. Mimo tego, że tyle lat upłynęło już od końca wojny, że to jest już jakaś abstrakcja, z perspektywy np. Warszawy Pomorze jest wciąż jakimś odległym zachodem. Sam Szczecin jest tak położony, że bliżej jest do Szwecji czy do Berlina niż do Warszawy. Warszawa jest bardziej egzotyczna dla szczecinian, taka jest prawda, niż Berlin czy Kopenhaga. Ze Szczecina do Berlina jeździ zwykły miejski pociąg, a do Warszawy to jest cała wyprawa.

Obecnie pociąg jedzie aż sześć i pół godziny!
A poza tym są całkiem inne problemy. Warszawa patrzy na Szczecin w dalszym ciągu tak, jakby był gdzieś zupełnie na boku. I to w dalszym ciągu jest problemem, szczecinianie zdają sobie z tego sprawę. Ale też widzę coś innego, zwłaszcza jako architekt, że przez całe lata Szczecin czy ogólnie całe Pomorze cierpiało na syndrom prowincji. Zaczyna się to zmieniać, szczecinianie zaczynają szukać wartości w tym odrębnym funkcjonowaniu na zachodzie kraju.

Są też bardziej otwarci na Europę?
Tak myślę. Ale jest coś jeszcze. Historia Gryfitów, a nawet niemiecka przeszłość, staje się czymś wspólnotowym. Tak, jakby Polacy poczuli się gospodarzami tego miejsca. Jeszcze całkiem niedawno traktowało się to w ten sposób, że Polacy to ludność napływowa, a przedtem było to, co było, i to, czego już nie ma. Teraz jest więcej różnych inicjatyw historycznych, na przykład tłumaczone są na polski stare legendy pomorskie, w takiej wersji, w jakiej one brzmiały dawniej. To są bardzo ciekawe zjawiska.

Może to kwestia wymiany pokoleniowej?
Oczywiście, że tak. Dziś część mieszkańców Pomorza to ludzie, których nawet dziadkowie urodzili się już na tych terenach. Czują się całkowicie u siebie.

Leszek Herman: Pisanie książek przypomina projektowanie budynku

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

101piosenek

znam taka historię z promu z ystad. żona pół roku w szwecji dorabiała 14 godzin bez odpocznku, żeby konkretną kasę przywieźć. na promie już sie wyluzowac mogła, sklep bezcłowy to i ceny ludzkie. jakieś młode chłopaki ją poderwały. mąż czeka w porcie w Świnoujściu. wszyscy wysiedli, a żony niema. z kapitanem w kiblu ją znaleźli. pijana, z [wulgaryzm]na, z pieniędzy okradziona. takie to kiedyś kryminały były, ale to stare, zasłyszane nuda. teraz czas na kryminał ze szczecina 2050. coś nowego potrzeba. aż dziw bierze, że prezydent wymyślając koncepcję, nie ogłosił jakiegoś konkursu na opowiadanie o wizji miasta w połowie XXIw. tylko wpompował kasę na produkcję kalendarzy i plakatów z logo 2050.

Dodaj ogłoszenie