Wyszukiwarka wyborcza

Wybory Parlamentarne

Sprawdź wyniki wyborów w Twoim okręgu

Leszek Balcerowicz kontra rząd Donalda Tuska. Wojna na słowa

Andrzej Godlewski
Jan Krzysztof Bielecki i Leszek Balcerowicz w rządowej ławie w Sejmie. Bielecki był wtedy premierem, a Balcerowicz wicepremierem
Jan Krzysztof Bielecki i Leszek Balcerowicz w rządowej ławie w Sejmie. Bielecki był wtedy premierem, a Balcerowicz wicepremierem arch
Tablica, którą w centrum Warszawy odsłonił Leszek Balcerowicz i która pokazuje, że w ciągu doby zadłużenie polskiego państwa rośnie o 150 mln zł i przekroczyło już 730 mld zł. Bardzo irytuje współpracowników premiera Tuska.

Czy krytyka, jaka spotyka ostatnio rząd Donalda Tuska ze strony znanych ekonomistów, to tylko wynik politycznej wojny, czy faktyczne ostrzeżenie przed autentyczną klęską finansów publicznych - analizuje
Leszek Balcerowicz jest z siebie zadowolony. Mówi z uśmiechem, czasem zdejmuje okulary i wskazuje nimi jakieś niewidzialne cele. Na przemian zwraca się a to do publiczności, a to do osób siedzących na podium. - Kryzys kapitalizmu?! Tak mogą mówić tylko niedouczeni politycy i dziennikarze. Jest tylko kryzys w kapitalizmie i to w tych dziedzinach, w których rządzący budowali socjalizm. Są już badania na ten temat, ale trzeba je przeczytać - z każdym słowem coraz głośniej woła twórca planu Balcerowicza. Na twarzy siedzącego na sofie ministra skarbu Aleksandra Grada maluje się wściekłość.

Także przechadzający się wśród publiczności Jan Krzysztof Bielecki jest poirytowany. Jednak Balcerowicz nie popuszcza. - Hiszpańskie i niemieckie banki regionalne, którymi zarządzali politycy, były źródłem obecnego kryzysu finansowego w Europie. Budowanie przez rządy narodowych czempionów prędzej czy później kończy się katastrofą, za którą wszyscy zapłacimy - kontynuuje profesor. Da się wyczuć, że mógłby mówić jeszcze ostrzej, ale się mityguje. Były wicepremier nie podaje żadnych nazwisk i przykładów z Polski, ale wszyscy wiedzą, że chodzi mu o rząd Donalda Tuska i jego próby stworzenia wielkiego PKO BP oraz wzmocnienie PGE. Kiedy kończy, obecni na konferencji ministrowie nie biją mu braw. Aleksander Grad nawet nie zabiera swoich dokumentów z sofy, aby Balcerowicz mógł swobodnie się dosiąść. Za chwilę minister prywatyzacji ostro zaatakuje człowieka, która jest symbolem polskiej rewolucji wolnorynkowej.

Wrześniowa impreza Orlenu, której uczestnicy mieli fetować 20 lat transformacji gospodarczej w Polsce, stała się miejscem towarzyskiego skandalu oraz rozwodu liberalnych polityków i ekonomistów. Jak do tego doszło? Przyczyn jest kilka. Jedne są natury psychologicznej, inne biznesowej, a jeszcze inne politycznej. Trudno powiedzieć, które są najważniejsze i jakie będą ich skutki.

Balcerowicz szaleje
Leszek Balcerowicz już dawno się przyzwyczaił, że z zasady to on jest szefem, a kiedy mówi, to inni słuchają. Mimo że w rządzie Tadeusza Mazowieckiego był wicepremierem, to ówczesny premier podporządkował się jego polityce gospodarczej. Spośród swoich ówczesnych doradców Balcerowicz z uwagą słuchał głównie Jeffreya Sachsa, a innych ekspertów, w tym Jacka Rostowskiego, traktował jak uczniów. Niewiele inaczej było w gabinecie Jana Krzysztofa Bieleckiego - tam również ekonomiczny ton nadawał Balcerowicz. Kiedy został przewodniczącym Unii Wolności, Donald Tusk i inni politycy z dawnego KLD byli jego partyjnymi podwładnymi i nieraz poczuli ciężką rękę profesora.

Wśród strategów Platformy Obywatelskiej chyba coraz silniejsza jest świadomość, że metody, które wystarczają na "opozycję spod krzyża", mogą nie być skuteczne wobec "opozycji od rozumu"

- Po utworzeniu rządu Tuska Balcerowiczowi wydawało się, że stanie się ekonomicznym guru dla tego gabinetu. Bardzo się rozczarował, kiedy nie tylko premier, ale nawet minister finansów nie chcieli postępować zgodnie z jego radami - mówi osoba, która współpracowała z Balcerowiczem. Miał on liczyć na podobny układ jak ten powstający wokół prezydenta Bronisława Komorowskiego, który nie odrzucił swoich dawnych mentorów, a Tadeusza Mazowieckiego mianował strategicznym doradcą. - Dziwię się, że Balcerowicz na to liczył. Przecież Tusk ma niezwykłą zdolność do ignorowania głosu elit, czego Unia Wolności nie potrafiła robić - komentuje bliski różnym liberalnym środowiskom Lech Jażdżewski, redaktor naczelny miesięcznika "Liberté!".
Urażony Balcerowicz jest groźniejszy niż Balcerowicz spokojny. Zaraz po emocjonalnej debacie z Aleksandrem Gradem były wicepremier zbierał w kuluarach orlenowskiej konferencji podpisy pod listem otwartym broniącym przed naciskami premiera szefowej Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, która krytycznie wypowiadała się o zakupie Energi przez PGE. Jednak Balcerowicz nie byłby sobą, gdyby zadowolił się defensywą. Tak jak przed dziesięcioma lat regularnie oskarżał prozwiązkowych polityków z koalicyjnego AWS o psucie państwa, tak teraz zarzucił swoim dawnym politycznym przyjaciołom niszczenie demokratycznych instytucji. - Wzywamy rząd do poszanowania zasad nowoczesnego podziału władzy i powstrzymania się od wywierania wpływu na niezależny organ regulacyjny - brzmiało ostatnie zdanie apelu, który za namową Balcerowicza podpisało grono znanych ekonomistów.

- On był strasznie natarczywy w zbieraniu tych podpisów. De facto emocjonalnie mnie szantażował. Gdy powiedziałem, że nie odpowiada mi ton listu, stwierdził, że popieram wrogów wolnego rynku, chwilę odczekał na moją reakcję i zaraz potem pobiegł namawiać kogoś innego - wspomina ekspert, który odmówił Balcerowiczowi. Ale wybitnego ekonomistę stać na jeszcze większą brutalność. W gronie bardziej zaufanych osób potrafi określać rządowe pomysły tworzenia silnych polskich koncernów finansowych i energetycznych mianem narodowego socjalizmu. Nieoficjalnie politycy rządowi nie pozostają mu dłużni. - Kiedy my 30 lat temu pisaliśmy o zaletach wolnego rynku i walczyliśmy o wolność i prawa obywateli, on umacniał komunizm w Polsce. To dogmatyczny neofita - można czasem usłyszeć w okolicach kancelarii premiera.

Bielecki się cofa
Tak jak w rządzie słychać zdziwienie z powodu agresywnych wystąpień Balcerowicza, tak ludzie z jego środowiska nie mogą się nadziwić przemianie Jana Krzysztofa Bieleckiego. - Konkurs o tytuł pierwszego reformatora jest niedorzeczny. Co z tego, że premier za swoje reformatorskie działania wybierany jest Człowiekiem Roku, skoro pod jego rządami rozpada się Polska? - mówił niedawno w wywiadzie dla "Polski" Bielecki. W ten sposób szef Rady Gospodarczej przy premierze odrzucał apele ekonomistów o głębsze reformy w finansach publicznych i sektorze zdrowotnym. Po raz kolejny wypowiedział się przeciw nowym gospodarczym terapiom szokowym oraz opowiedział się za polityką stopniowych zmian i tworzeniem silnych polskich firm w kluczowych sektorach. - Bielecki stał się takim etatystą, ponieważ miał fatalne doświadczenia z pracy z Włochami w Pekao SA. Płacili mu gigantyczne pieniądze, ale go nie szanowali - mówi osoba bliska Balcerowiczowi.

Jeśli jednak wojna z ekonomistami przybierze na sile, może się okazać, że nie są to lojalni sojusznicy. Dziś rząd może liczyć przede wszystkim na zagranicznych ekspertów i inwestorów

Były premier zapewne zgodziłby się z częścią tej tezy. Niejednokrotnie przecież mówił, że pracując w międzynarodowym koncernie, przekonał się, iż nadal liczą się narodowe interesy, a kapitał - szczególnie w czasie kryzysu - ma narodowość. - Jeśli wielkie korporacje będą traktować Polskę wyłącznie jako sieć dystrybucji, to w naszym kraju nie będą powstawać nowe technologie, a Polacy nie będą potrzebni jako twórcy innowacji, lecz jako konsumenci - mówił na tej samej konferencji, na której Balcerowicz potępiał kapitalizm polityczny. Ale przy każdej możliwej okazji Bielecki zdecydowanie odrzuca osobiste motywacje, które każą mu krytyczniej patrzeć na globalny kapitalizm. - To bzdura, że popierałem przejęcie BZ WBK przez PKO BP, bo chciałem zostać prezesem tego wielkiego banku. To była po prostu dobra okazja, by polski bank rozepchnął się na rynku - stwierdza kategorycznie.
Nie jest jednak tajemnicą, że ostatni dzień lata, kiedy oficjalnie poinformowano, iż Alessandro Profumo (prezes Unicreditu i były szef Bieleckiego jako prezesa Pekao SA) odchodzi ze stanowiska, nie był smutnym dniem dla byłego premiera. Przez pierwsze lata współpraca między obydwoma dżentelmenami układała się harmonijnie, jednak finansowe kłopoty Unicreditu sprawiły, że narastała nerwowość we władzach banku. - Profumo szukał gwałtownie gotówki i zaczął chodzić na skróty. Szefów narodowych oddziałów zaczął traktować per noga i potrafił publicznie wykrzykiwać, że jak ktoś ma zastrzeżenia i nie podoba mu się w banku, to niech się wynosi - mówi osoba dobrze znająca realia w tej instytucji. Niechęć do włoskiego kapitału sprawiła, że Bielecki zakochał się w polskim? - Liberalizm gospodarczy nie jest synonimem doktrynerstwa. Za dwa lata przekonamy się, kto w sprawie BZ WBK miał rację - zaznacza z przekąsem Bielecki.

Rybiński ante portas
Każdy, nawet największy dług prywatny, w porównaniu z tym publicznym, to mały pikuś - komentowała niedawno na swoim blogu Maria Czubaszek. Znaną satyryk przestraszała tablica, którą w centrum Warszawy odsłonił Leszek Balcerowicz i która pokazuje, że w ciągu doby zadłużenie polskiego państwa rośnie o 150 mln zł i przekroczyło już 730 mld złotych. Z tym przesłaniem posłańcy Balcerowicza wkroczyli również do świata wirtualnego. Na Facebooku stworzyli stronę pt. Koalicja na rzecz zmniejszenia długu publicznego, która ma już ponad 1700 fanów, przeważnie młodych.

Ale nie tylko Balcerowiczowi udało się przebić z krytyką rządu do masowej wyobraźni. Wraz z nim tej sztuki dokonał jego dawny zastępca w NBP Krzysztof Rybiński. Jako podstawową jednostkę polskiego zadłużenia ustanowił on jednego gierka, który już teraz stał się mniejszy od jednego tuska. Od prawie dwóch miesięcy ten szlagwort Rybińskiego krąży po mediach i irytuje ministrów Donalda Tuska nie mniej niż Balcerowiczowski licznik. - Rybiński był kiedyś dobrym ekonomistą, a stał się teraz zacietrzewionym publicystą i populistycznym politykiem. Jeśli chce radykalnych zmian, to niech założy partię - mówi jeden ze współpracowników premiera, prosząc o zachowanie anonimowości.

Rybiński czuje, że wpychanie go w polityczny kąt ma osłabić siłę jego argumentów. Dlatego unika jakichkolwiek skojarzeń z "IV RP Smoleńską" i przedstawia siebie jako sprawiedliwego szeryfa, który pierwszy sprzeciwił się nieodpowiedzialnej władzy i który pociągnął za sobą innych obywateli. - Ja już nie jestem sam. Jest już cała falanga ekonomistów, którzy nie godzą się na to, co robi rząd - mówi i ma rację, bo inni już podążają jego śladem. Niedawno ośmiu znanych ekonomistów w ankiecie dla "Dziennika Gazety Prawnej" mocno skrytykowało politykę gospodarczą rządu i oceniło ją na dwa z minusem (w tym gronie nie było ani Rybińskiego, ani Balcerowicza, ani nawet Stanisława Gomułki, który już dwa lata temu wyprofilował się jako krytyk ekonomicznych działań i zaniechań ekipy Tuska). - Jeśli szef BCC Marek Goliszewski dziś mówi, że już nie zagłosuje na PO, to na kogo zagłosuje? Jakaś dziwna biegunka słowna opanowała tych ekonomistów - mówi współpracownik Tuska.

Rząd kontratakuje
Jak bardzo poirytowani są ministrowie, dało się odczuć w ostatnich wypowiedziach m.in. Michała Boniego. - Licznik Balcerowicza może niebezpiecznie zmienić sposób patrzenia na Polskę na rynkach międzynarodowych. Do tej pory traktuje się nas jako kraj z dużym deficytem sektora finansów publicznych i może zbyt dużą ostrożnością reformatorską, ale nie jako kraj, któremu grozi bankructwo wywołane przez zbyt duży dług publiczny - mówił niedawno "Rzeczpospolitej" szef doradców premiera.

Balcerowicz jako ktoś, kto doprowadza do obniżenia ratingów i w ten sposób prowokuje problemy fiskalne państwa i podwyżki podatków dla obywateli? Dlaczego licznik, który bije także w Ameryce i Niemczech, ma zaszkodzić właśnie Polsce? - Jestem zaskoczony reakcją ministra Boniego i jego żądaniem, że Balcerowicz musi milczeć - broni swojego szefa Andrzej Krajewski, prezes Fundacji Obywatelskiego Rozwoju. To zaskoczenie jest trochę na wyrost, bo podobnie oskarżycielskie tony wśród rządowych urzędników dało się słyszeć już na początku 2009 r. Wtedy dotyczyły one Mirosława Gronickiego. Także ten były minister finansów miał przez swoje krytyczne wobec rządu wypowiedzi osłabiać wiarygodność Polski, a tym samym zwiększać koszty obsługi długu zagranicznego.
Do arsenału środków obrony przed kłopotliwymi ekonomistami należą też wytykanie niedostatecznej fachowości oraz zarzuty o nieczyste intencje. - Kto w Europie słucha dziś Balcerowicza i kto się jeszcze na niego powołuje? A czy pan wie, ile razy w swoich prognozach mylił się Rybiński, który przepowiadał recesję w Polsce? - mówi jeden z wysokich urzędników. - Chciałbym, by w przypadku Balcerowicza w grę wchodziła tylko ideologia - dodaje inny oficjel, zawieszając znacząco głos. Już wcześniej pojawiały się wśród współpracowników członków rządu opinie, że nieprzejrzyste powiązania z bankami czy funduszami inwestycyjnymi mogą być w niektórych przypadkach przyczyną ostrych ataków na gabinet Tuska.

- Ekonomiści kształtujący doktrynę i dominujący w publicznej debacie mają interesy związane z wizjami, które głoszą. Większość z nich pracuje na uczelniach, ale pieniądze zarabiają w sponsorowanych przez firmy think tankach albo doradzając prywatnie. Powstało coś w rodzaju akademicko-biznesowego perpetuum mobile - na ten fragment wywiadu Francisa Fukuyamy w ostatnim wydaniu "Polityki" wskazuje mi z triumfem w głosie jeden z ministrów. Czy to ostateczny dowód na nierzetelność niezależnych ekonomistów? Wśród ekspertów wypowiadających się o polityce energetycznej rządu już dawno wykształciła się grupa prezentująca jako własne argumenty Gazpromu. Mimo wszystko łatwiej zidentyfikować tam lobbystów niż tych ekspertów od finansów publicznych, którzy osobiście mieliby być zainteresowani np. spadkiem kursu złotego czy wzrostem oprocentowania polskich obligacji.

Wojna się nie kończy
Jednak o wybuchu konfliktu między ekonomistami a politykami zdecydował nie tylko brak woli wielkich reform czy ewentualnie jakieś niejasne interesy. Przez dłuższy okres rząd nie wykazywał znaczących chęci do dialogu z ekspertami i przedsiębiorcami, wychodząc z przekonania, że w każdych warunkach może liczyć na ich poparcie. - Ale my nie chcemy po raz kolejny ratować Polski przed PiS. Przy okazji następnych wyborów parlamentarnych środowiska liberalne postawią PO twarde warunki poparcia - zapowiada Lech Jażdżewski, a jego słowa powtarzają m.in. ci, którzy organizowali kampanie profrekwencyjne. Zdaniem Jażdżewskiego, klasa profesjonalistów oraz pokolenie 20- i 30-latków traktowani są przez rząd jako dojne krowy, które w każdej sytuacji będą finansować państwo rządzone przez PO.

Wśród strategów Platformy chyba coraz silniejsza jest świadomość, że metody, które wystarczają na "opozycję spod krzyża", mogą nie być skuteczne wobec "opozycji od rozumu" (jak mawia o Balcerowiczu Andrzej Krajewski). Nieskuteczne okazało się zarówno ignorowanie tych krytyk, jak i ich totalna negacja. Teraz ma być więcej dialogu, przynajmniej z niektórymi środowiskami i to nie tylko z udziałem Michała Boniego. W ostatnią środę członków Business Centre Club do działań rządu przekonywał Jan Krzysztof Bielecki i zrobił to z sukcesem. - BCC popiera program Bieleckiego - ogłosiła natychmiast po spotkaniu organizacja, mimo że były premier nie przewiduje na razie pełnej prywatyzacji w sektorze finansowym i energetycznym, a jedynie zapowiada lepszy nadzór rządu nad spółkami Skarbu Państwa.

Możliwe, że równie dobrze rządowi uda się spacyfikować nastroje w innych organizacjach pracodawców. Ich przedstawiciele zasiadają przecież w komisji trójstronnej i zależy im na współpracy z rządem. Jeśli jednak wojna z ekonomistami przybierze na sile, może się okazać, że nie są to lojalni sojusznicy. Dziś rząd może liczyć przede wszystkim na zagranicznych ekspertów i inwestorów. Dopóki ci pierwsi pozytywnie oceniają politykę Tuska i jego ministrów, a ci drudzy kupują polskie obligacje po coraz wyższych cenach, dopóty rządowi nie będzie straszny Balcerowicz & Co.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Z
Zenek

Ciekaw jestem, dlaczego Pan Balcerowicz nie umieścił takiej tablicy w czasie kiedy był wicepremierem i ministrem finansów. Zadłużenie Polski w tamtym okresie też nie było małe. Co Pan na to Panie mądrala !

o
omerta

Kto szanuje łapówkarzy ?

Dodaj ogłoszenie