Łapówki są paliwem polityki

Jarosław Flis, doktor politologii UJ
To już nasza tradycja, że każda kolejna partia, która wygrywa wybory w Polsce, dorabia się własnej afery korupcyjnej. Problem nie leży tylko w uczciwości rządzących.

Korupcję powodują również wadliwe mechanizmy kontroli wewnętrznej w partiach i system finansowania kampanii wyborczych.

Partie nie interesują się, skąd i w jaki sposób kandydaci zdobędą pieniądze na polityczną działalność. Dlatego w Polsce ciągle panuje przekonanie, że łapówki czasem trzeba wziąć. Choć czas najwyższy, żeby to zmienić, łatwo nie będzie.

Każdy, kto zajmuje się biznesem, wie, jak się negocjuje. Inaczej rozmawia się z kimś, kto dysponuje własnym kapitałem, a w inny sposób z pracownikiem najemnym, który zarządza cudzym majątkiem.

Kiedy w grę wchodzą duże i do tego cudze pieniądze, pojawia się zawsze pokusa wzięcia łapówki. Dokładnie tak się dzieje w przypadku polityka, który decyduje o czymś, co do niego nie należy. W dodatku nie ma skutecznego sposobu powstrzymania go przed wzięciem łapówki. Może się bowiem w tej sprawie porozumieć z kolegami - im dać kontrakt, a dla siebie wziąć pieniądze. Twardych dowodów na korupcję nie będzie.

A polityka kosztuje. W Polsce łapówki i nieformalne układy polityków z biznesmenami są często jedynym sposobem dojścia do władzy. Zdarza się, że politycy nie wydają wcale tak zdobytych pieniędzy na luksusy, tylko na kampanie wyborcze.

Najbardziej spektakularnym tego przykładem jest sprawa posłanki Sawickiej, która przecież nie połakomiła się na drogie perfumy, ale chodziło jej o zdobycie pieniędzy na własną kampanię wyborczą.

Żeby przetrwać na scenie politycznej, trzeba mieć duże pieniądze. Skąd je brać? W Polsce ideowców jest zdecydowanie mniej niż biznesmenów. Partie nie mają wielu sympatyków chcących, tak jak się to dzieje choćby w USA, popierać ich programy pro publico bono.

Ludzie, którzy dają pieniądze politykom, oczekują w zamian korzyści. Po wyborach chcą, by politycy wyświadczali im przysługi.

W jaki sposób możemy więc uchronić swoje pieniądze powierzone państwu w formie podatków? Istnieją trzy sposoby rozwiązania tego problemu.

Po pierwsze polityków powinna kontrolować prokuratura i ich własne partie. Ale ten mechanizm nie jest skuteczny. Władze centralne partii przymykają oko na to, do czego zobowiązują się poszczególni politycy w trakcie kampanii wyborczych. Nie sądzę, żeby ktoś pytał kandydata na burmistrza czy na prezydenta miasta, kto i pod jakimi warunkami wpłacił mu określone sumy na kampanię. Bardzo trudno jest formalnie wykazać takie nadużycia.

Polityków kontrolują też media. Dziennikarze z radością wyszukują powiązania partyjnych działaczy z biznesem. Ale faktem jest, że media też potrzebują twardych dowodów, żeby coś opisać, bo łatwo narazić się na proces o zniesławienie. A dowodów korupcji zwykle brakuje.

Trzecia metoda, która wyjątkowo rzadko jest stosowana w Polsce, polega na wewnątrzpartyjnym zainteresowaniu obywatelskim. Sami członkowie patrzą na ręce kolegom, którzy startują w wyborach. Taka kontrola może być najbardziej skuteczna, gdyby wprowadziły je polskie partie. Dlaczego? Gdyby partie nie składały się tylko z ludzi, którzy liczą na stanowiska we władzach, trudniej byłoby działaczy przekupić. Wiadomo, że w partyjnym gronie nie sposób ukryć korupcję.

Ale w polskich partiach nie ma miejsca dla obywateli, którzy chcą brać udział w życiu politycznym, nie zajmując żadnych stanowisk publicznych. W tej chwili człowiek, który nie chce zostać posłem, radnym czy asystentem posła, tak naprawdę nie ma w partii nic do roboty.

Dlatego PO, PiS czy SLD powinny być organizacjami masowymi na wzór amerykański. Trzeba je poszerzyć, pozostawiając szeregowym członkom decyzje w sprawie ustalania kandydatów w wyborach. Dzięki temu powstanie duża grupa członków partii, których nie da się kupić obietnicą stanowisk.

Nasza polityka jest nie tylko zbyt elitarna, ale i zbyt mętna. Środki przekazywane na kampanie powinny być udokumentowane i rozliczane, a informacje o finansach - publikowane w przejrzysty sposób. A w tej chwili każdy polityk zbiera pieniądze sam i musi przy tym nawiązywać nie zawsze korzystne dla państwa kontakty z rozmaitymi biznesmenami. Nie sposób kontrolować tego z Warszawy.

* Jarosław Flis, doktor politologii UJ, ekspert w dziedzinie zarządzania w sektorze publicznym

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie