Ładownia "Azteki". Jak „Dwójka” złamała embargo na eksport...

    Ładownia "Azteki". Jak „Dwójka” złamała embargo na eksport broni do pograżonej w walkach Hiszpanii

    Andrzej Fedorowicz

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Statek na kotwicy w gdyńskim porcie

    Statek na kotwicy w gdyńskim porcie ©NAC

    Polska podpisała porozumienie zakazujące sprzedarzy broni do Hiszpanii, ale jednocześnie desperacko potrzebowała pieniędzy. Dlatego w 1936 r. zaczęła łamać embargo - pisze Andrzej Fedorowicz, dziennikarz.
    Statek na kotwicy w gdyńskim porcie

    Statek na kotwicy w gdyńskim porcie ©NAC

    Dziewiątego września 1936 roku z portu Gdańsk-Westerplatte odpłynął statek „Azteca”. W jego ładowniach znajdował się milion granatów ręcznych GR31, dwanaście milionów sześćset tysięcy sztuk nabojów, dziewiętnaście tysięcy trzysta sztuk karabinków PWU29, dwieście ręcznych karabinów maszynowych PWU28 i trzydzieści ton prochu - wartych łącznie sześć milionów czterysta tysięcy złotych. Oficjalnie celem rejsu były Meksyk i Chiny.
    W rzeczywistości broń przeznaczona była dla objętej wojną domową Hiszpanii. I chociaż w Pałacu Saskim - siedzibie Sztabu Głównego Wojska Polskiego i wojskowego wywiadu „Dwójki” - zrobiono wiele, by ukryć prawdziwego adresata ładunku, nie było pewności, czy operacja się uda.

    Ujawnienie celu rejsu „Azteki” mogło skończyć się międzynarodowym skandalem. Tego samego dnia, gdy statek opuścił Westerplatte, Polska przystąpiła do powołanego z inicjatywy Francji międzynarodowego Komitetu ds. Nieinterwencji w Hiszpanii (ICAARNIS) z siedzibą w Londynie. Jego zadaniem było pilnowanie przestrzegania embarga na dostawy broni, pod którym polski MSZ podpisał się miesiąc wcześniej. W przypadku zdemaskowania ładunku i celu rejsu „Azteki” władze w Warszawie, oprócz oskarżeń o łamanie międzynarodowego zakazu, narażały się na jeszcze jeden zarzut.

    Pałac Brühla w Warszawie
    Pałac Brühla w Warszawie Domna publiczna/Wikipedia


    Wbrew deklarowanym przez polskich polityków sympatiom dla generała Franco nielegalnie wysyłana broń przeznaczona była dla jego przeciwników - wojsk „czerwonego”, republikańskiego rządu w Madrycie. Dlaczego polski rząd zdecydował się sprzedawać uzbrojenie władzom, które oskarżał o bolszewizm? Powodem były pieniądze. Rządząca od zamachu majowego w 1926 roku sanacyjna ekipa miała pecha. Trzy lata po przejęciu przez nią władzy, jesienią 1929 roku, na świecie wybuchł największy w historii kapitalizmu kryzys. Ceny w rolnictwie spadły o dwie trzecie, płace o ponad połowę, a bezrobocie sięgnęło czterdziestu trzech procent. Chociaż na świecie „Wielka Depresja” zaczęła wygasać w 1933 roku, w Polsce trwała dłużej. Dopiero w 1935 roku, gdy Eugeniusz Kwiatkowski został ministrem skarbu i wicepremierem odpowiedzialnym za gospodarkę, rozpoczęły się mające nakręcić koniunkturę państwowe inwestycje, takie jak budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego.

    Jednak bilans gospodarczy II RP za 1935 rok wciąż był fatalny; dochód narodowy wynosił zaledwie dwanaście i pół miliarda złotych, niespełna połowę kwoty sprzed kryzysu. Wywołane finansową zapaścią bieda i masowe bezrobocie spowodowały radykalizację nastrojów. W siłę rosły nacjonalistyczne organizacje polskie i ukraińskie, a z drugiej strony - komunistyczne. Sanacyjne rządy, obawiając się niepokojów społecznych, zamachów terrorystycznych, a nawet rewolucji, wprowadzały coraz ostrzejszy policyjny reżim. Zdecydowały się nawet na izolowanie bez sądu przeciwników politycznych i osób uznanych za zagrażające porządkowi publicznemu w obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej na Polesiu.

    W 1936 roku mimo pierwszych gospodarczych sukcesów wicepremiera Kwiatkowskiego kraj był wciąż politycznie rozdarty. Kiedy więc 17 lipca w Maroku Hiszpańskim rozpoczęła się rebelia wojsk generała Francisco Franco przeciw legalnemu republikańskiemu rządowi w Madrycie, która następnie przekształciła się w krwawą wojnę domową, ówczesny premier Felicjan Sławoj Składkowski obawiał się podobnego scenariusza w kraju. Tym bardziej, że dla wsparcia obu walczących stron masowo zaczęli wyjeżdżać ochotnicy z Polski. W celu ich inwigilacji, ale także zdobycia informacji ściśle wojskowych.

    Oddział II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego kierowany przez pułkownika Tadeusza Pełczyńskiego uruchomił placówki wywiadowcze od Paryża i Barcelony po Hamburg i Stambuł. Szybko okazało się jednak, że najwięcej roboty „Dwójka” będzie miała w samej Warszawie. Powodem byli przybywający do stolicy kurierzy obu walczących stron wyposażeni w pełnomocnictwa do zakupów broni. W grę wchodziły gigantyczne pieniądze. Potrzeby samej armii generała Franco oceniano na miliard ówczesnych złotych, jednak to republikański rząd w Madrycie dysponował rezerwami walut szacowanymi na osiemset milionów dolarów. I to właśnie on miał stać się najważniejszym klientem polskiego wojska i firm zbrojeniowych.

    Hiszpańskie pieniądze nie tylko mogły ustabilizować znajdujące się w opłakanym stanie finanse państwa, ale też pomóc w nakręceniu gospodarczej koniunktury, co z kolei przyczyniłoby się do złagodzenia społecznych napięć. Problem był w tym, że już w sierpniu 1936 roku Polska podpisała się pod międzynarodowym embargiem na eksport uzbrojenia do Hiszpanii, a jej władze nie chciały przyznawać się w żaden sposób do wspierania „czerwonego” reżimu.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo