reklama

Kudrycka: Są pieniądze na naukę

RedakcjaZaktualizowano 
Chcemy wyzwolić  wśród wyższych uczelni rywalizację o jakość, a nie tylko o liczbę studentów
Chcemy wyzwolić wśród wyższych uczelni rywalizację o jakość, a nie tylko o liczbę studentów Fot. Wojciech Barczyński
- Chciałabym, by była to epoka nowych szans dla ambitnych i utalentowanych młodych ludzi - mówi prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego, w rozmowie z Mirą Suchodolską.

Dwaj młodzi polscy naukowcy dokonują odkrycia, które trafia na okładkę ''Nature'', a ministerstwo przygotowuje rewolucję, która szeroko otwiera podwoje uczelni i laboratoriów właśnie dla młodych. Zaczyna się nowa epoka?
Chciałabym, by była to epoka nowych szans dla ambitnych i utalentowanych młodych ludzi. Takich jak Grzegorz Niedźwiedzki i Piotr Szrek, którzy odkryli, że pierwsze zwierzęta czworonożne wyszły z wody na ląd jakieś 20 mln lat wcześniej, niż do tej pory sądzili naukowcy. W Polsce, w Górach Świętokrzyskich, odkryli ślady życia sprzed 400 mln lat! Dokonując tego, ci młodzi naukowcy przełamali też dotychczasowy schemat myślenia, który w Polsce jest nadal dosyć powszechny, że to profesorowie mają patent na dokonywanie odkryć tej rangi. Traktuję to odkrycie symbolicznie - dowodzi, że przełomy w nauce nie zależą jedynie od stopni naukowych i tak zwanej dojrzałości, a bardziej od umiejętnego wykorzystania talentów.

Ideą naszej reformy jest właśnie uwolnienie talentów - studentów, naukowców i grup badaczy, którzy dzisiaj muszą funkcjonować w okowach biurokratycznych standardów i nie zawsze dobrych uczelnianych praktyk. Po raz pierwszy od 20 lat spójnie i systemowo reformujemy naukę i szkolnictwo wyższe, pięć ustaw ''o nauce'' jest już w Sejmie, a rząd przyjął założenia reformy szkolnictwa wyższego. Moment jest dobry, ponieważ towarzyszy mu strumień dodatkowych środków, przede wszystkim z funduszy unijnych.

Są duże pieniądze na naukę?
W 2009 r. zakontraktowaliśmy dodatkowo ponad 11 mld zł, a tylko w ostatnim tygodniu podpisaliśmy umowy z sześcioma uczelniami na budowę laboratoriów i sal wykładowych z supernowoczesną aparaturą, opiewające na ponad 250 mln zł. Uniwersytet Warszawski dzięki naszym dotacjom wybuduje kompleks laboratoriów za blisko 600 mln zł, Politechnika Warszawska za blisko 300 mln zł. Te pieniądze to szansa na laboratoria i sale dydaktyczne na miarę XXI wieku. A jeśli studenci i doktoranci będą mieli szeroki dostęp do nowoczesnej infrastruktury, będę spokojna o przyszłe wyniki badań i liczby patentów.
Wierzę, że wkrótce Polska przekształci się z kraju eksportującego talenty i importującego nowe technologie w kraj, do którego przyjeżdżać będą młodzi, utalentowani badacze zachęceni możliwością uczestniczenia w przełomowych badaniach.

Takim ukłonem w stronę młodych ludzi jest utworzenie Rady Młodych Naukowców?

Staram się, by głos młodych był w polskiej nauce bardziej słyszalny - rzeczywiście wczoraj powołałam Radę, w jej składzie są stypendyści prestiżowych programów, autorzy przełomowych badań. Będą opiniować politykę rządu w sprawach nauki i szkolnictwa wyższego, pomogą w dookreśleniu zasad dystrybucji środków na badania.

Chcemy wypracować lepszy system wyławiania utalentowanej młodzieży. Założyliśmy m.in., że co najmniej 20 proc. wszystkich funduszy na badania musi być adresowanych do młodych. Chcemy też, aby 30 proc. najlepszych doktorantów otrzymywało wyższe stypendia.

Pani minister, kiedy będziecie traktować na tych samych zasadach uczelnie publiczne i prywatne?
Zmierzamy do stworzenia takich warunków, aby liczył się podział na uczelnie dobre i złe, a nie publiczne i prywatne. Już teraz o fundusze europejskie mogą aplikować wszystkie uczelnie. W przyszłości dotacja projakościowa trafiać będzie do najlepszych szkół, które inwestują we własną kadrę naukową i prowadzą studia doktoranckie - także bez względu na status. To jest pierwszy krok ku wyrównywaniu szans obu sektorów. Może dzięki temu wyzwolimy konkurencję wśród uczelni, opartą na rywalizacji o jakość, a nie tylko o ilość studentów.
Prof. Banach, twórca lwowskiej szkoły matematyki, mówił, że źródłem jego sukcesu byli otaczający go wybitni profesorowie oraz trafiający do nich najwybitniejsi studenci i doktoranci. I w tym tkwi sedno: żeby wybitni maturzyści i studenci wiedzieli, gdzie są najlepsze zespoły badawcze i właśnie tam rozwijali swoje talenty. Temu celowi służy koncepcja wyłaniania krajowych naukowych ośrodków wiodących.

Największą wagę przywiązujecie do rozwoju nauk technicznych, bo tu jesteśmy zapóźnieni. Boję się, że stanie się to ze szkodą dla nauk humanistycznych, nastąpi przegięcie w drugą stronę.
Dziś rzadko w Polsce jesteśmy twórcami nowych, przełomowych technologii. Dlatego zdecydowaną większość środków strukturalnych na badania kierujemy do nauk bio-info-techno, aby w przyszłości Polacy nie byli tylko kopistami, ale stali się kreatorami i pionierami innowacyjności. Bez przełomu technologicznego nie dokonamy przełomu cywilizacyjnego. Nie oznacza to jednak, że nauki społeczno-humanistyczne są pomijane.

Planujemy specjalny program finansujący ważne dla kultury i dziedzictwa narodowego projekty, co wpisaliśmy do ustawy o zasadach finansowania nauki. Zwiększamy środki z budżetu państwa na badania podstawowe, w tym humanistyczno-społeczne. Rozwój nauk musi być zrównoważony, abyśmy nie stali się technokratami, którzy ze swoimi laptopami, iPhonami i iPodami zapominają o refleksji nad sensem życia i istotą człowieczeństwa.

Coraz ważniejsze więc stają się interdyscyplinarne kształcenie i możliwość łączenia nauk humanistycznych ze ścisłymi. Przewidujemy uwolnienie uczelni, w pierwszej kolejności tych najlepszych, od sztywnych standardów programowych. Będą mogły tworzyć swobodnie nowe, interdyscyplinarne i unikatowe programy kształcenia. Możemy sobie wyobrazić absolwentów technologii ekologicznych, psychologii antropologicznej czy informatyki w medycynie. To pozwoli wykształcić elastycznych, kreatywnych ludzi, zdolnych sprostać wyzwaniom nowoczesnej gospodarki.

Wasz plan przewiduje też wciąganie biznesu do nauki i nauki do biznesu.

Uczelnie będą mogły wprowadzać do dydaktyki praktyków, przedsiębiorców, kształtować wspólnie z nimi programy studiów. Z drugiej strony - przedsiębiorcy już dziś mogą, dzięki ostatnio wprowadzonym przepisom, fundować stypendia bez opodatkowania oraz w większym stopniu włączyć się do finansowania nauki.

Na razie jesteśmy wśród krajów Unii na jednym z ostatnich miejsc pod tym względem - prawie 70 proc. projektów naukowych finansowanych jest z budżetu państwa, w innych krajach jest na odwrót.
Nowe przepisy przewidują, że nakłady na finansowanie badań przedsiębiorcy będą mogli wliczać w koszty działalności, a każdy wynalazca, który swoje badania prowadzi w symbolicznym ''garażu'', będzie miał szansę otrzymać pieniądze na realizację swojego pomysłu.

To kiedy uda się nam wprowadzić przynajmniej dwie polskie uczelnie do grona stu najlepszych w świecie?

Zależy od tego, na ile sukces ilościowy w szkolnictwie wyższym przekujemy na sukces jakościowy. Cieszymy się, że mamy w Polsce prawie 2 mln studentów. Ale studiują na 455 uczelniach, to więcej niż w Chinach. Rosnąca konkurencja i złe prognozy demograficzne każą intensywniej myśleć o konsolidacji uczelni. Musimy budować silne interdyscyplinarne ośrodki, zdolne do międzynarodowej konkurencji.
Same uczelnie muszą dojrzeć do takich przekształceń - my możemy jedynie inspirować i ułatwiać.

Planujecie stworzyć wirtualny słup ogłoszeniowy, gdzie znajdą się informacje o konkursach na stanowiska na uczelniach w całym kraju.

W naszej reformie wprowadzamy obowiązek organizowania na wszystkie stanowiska akademickie otwartych konkursów. W interesie uczelni będzie zatrudnianie najlepszych, bo wraz z jakością prowadzonych badań przyjdą dodatkowe środki, przyznawane w konkursach według kryterium jakości.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 6

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

p
prof Józef Beton
Przypominając maluczkim , a szczególnie adiunktom którzy są niczym ,bo nie mają habilitacji , o tym że nasz wspaniały systemu nauki jest oparty na solidnych podwalinach którymi są: habilitacja, zatrudnieniowa polityka prorodzinna, rodzinne dziedziczenie katedr, wielo-etatowość samodzielnych pracowników nauki oraz zdolność sprawowania stanowisk kierowniczych przez samodzielnych pracowników nauki do momentu dobrowolnego położenia się na katafalk oraz transparentne przyznawanie grantów. A najważniejsza jest habilitacja bo ona spaja system. A zgodnie z moim nauczaniem szkoły wyższe, są nie po to by zaspokajać rynek potrzeb edukacyjnych studenta na wiedzę, a rynek pracy samodzielnych pracowników naukowych posiadających stopień doktora habilitowanego nauki w Polsce .
. I dlatego wypowiedzi tu zamieszczone mają charakter xenofobicznego ataku sił klero-faszystowskich z zaścianka i winny być ścigane przez Policją Myśli. A żadnych poważnych zmian w nauce nie będzie, bo zbyt dużą kaskę trzepią na wielu etatach posiadacze habilitacyjnego kwitu z papieru czerpanego o mocy: Listu żelaznego , Nagrody Pulitzera i Nagrody Nobla w jednym . . Bo porozumienie ze habilitacja zostaje zapadło przy Stole Okragłym , gdzie Puławianie z Natolińczykami dogadali się jak zmienić ten kraj by nic nie zmienić. A jak Pulawianie z Natolińczykami cos uzgodnią to trzeba tego przestrzegać. Pacta sun servanta. Nieprawdaż maluczcy
K
Krytyk

Nic dodać, nic ująć! Patologia patologię goni: "455 uczelni w Polsce, to więcej niż w Chinach" , u nas niecałe 40 mil. a tam grubo ponad miliard!
Wszędzie na świecie jest limit wieku ( nie więcej niż 70 lat ) dla pełnienia funkcji profesora a u nas obowiązuje reguła: w szkole prywatnej profesor "może wykładać tak długo dopóki przez 45 minut jest w stanie utrzymać kredę w ręce i .... mocz (w pęcherzu )" - to obiegowa już opinia. Oczywiste, że taki profesor dokłada wszelkich starań nie o to co mówi, tylko o to aby dopełnić te wymogi !
Owoce tego są dobrze znane: rażące obniżenie poziomu kształcenia, inflacja dyplomów i pozorowanie badań naukowych.
To wszystko jest konsekwencja tego co nazywa się Czwartym Rozbiorem Polski, który się odbył i odbywa od lat 20-tu.
Jedyną na to radą jest swoiste, polityczne trzęsienie ziemi w Polsce. Niestety jak na razie nic nie wskazuje
aby to mogło rychło nastąpić - PO trzyma się mocno a PiS jest nieruchawe, zaś chłopy, czyli PSL zachowuje się zgodnie z powiedzeniem: " G... no przyklei się do do koła i krzyczy, że jedzie". No jest jeszcze SLD, które raz po raz się rozchodzi, następnie się schodzi - gdy jawi się jakaś szansa na dodatkowe łupy - tak jakby się jeszcze mało nachłapali!

W
W11

Mamy w Polsce ponad 400 uczelni i niemal 2 mln studentów. Powinniśmy być dumni, bo stawia nas to w czołówce krajów europejskich. Jednak jak zwykle, tak i tym razem nie przekłada się to na jakość. Jak i czego uczona jest dzisiaj polska młodzież?
Szperając w internecie doszukałem się też innych danych. A mianowicie: tylko dwie polskie uczelnie znalazły się w rankingu szanghajskim i to ulokowały się w czwartej setce na 500 klasyfikowanych szkół wyższych na świecie, natomiast w zestawieniu europejskim wylądowały poza pierwszą setką.
Marna wiedza, marna kasa
W zasadzie nie potrzeba nawet takich rankingów, by ocenić poziom wykształcenia dzisiejszej młodzieży. Wystarczy przejrzeć fora, na których wypowiadają się młodzi ludzie.
Polszczyzna forumowiczów przyprawia o zawrót głowy, a raczej o mdłości. Błędy ortograficzne stają się normą, interpunkcja - poza kropką nie istnieje - a o pozostałych zasadach lepiej się nie wypowiadać.
Jedyne, czego nie brakuje w dzisiejszych szkołach, to rozbudzania wśród młodzieży ambicji finansowych. Młody człowiek, kończąc uczelnię, chciałby od razu zarabiać duże pieniądze, bo nikt nie powiedział mu na studiach, że za marną wiedzę dostaje się marne pieniądze. Co jest tego powodem?
Nie wiadomo, co kto umie
Wydaje się, że nasz system edukacyjny. Jednak każdy system tworzony jest przez ludzi, więc jest on taki, jacy ludzie go stworzyli.
Kiedyś dostanie się do szkoły średniej wymagało zdania egzaminów wstępnych, teraz są jakieś testy zdawane w gimnazjach i tak naprawdę kadra szkoły średniej nie ma żadnego wpływu na ocenę przychodzących do niej nowych uczniów..
Wiadomo też, że nauczycielowi gimnazjalnemu zależało będzie, by jak najwięcej jego uczniów zaliczyło ten test dobrze, bo ma to wpływ na ocenę jego pracy, a niejednokrotnie również na dalsze funkcjonowanie szkoły.
Szkoła średnia więc postawiona jest w sytuacji z góry narzuconej i na wstępie nie ma żadnej możliwości zweryfikowania wiedzy przychodzących do niej uczniów.
Matura jak klasówka
Edukacja w szkole średniej przebiega dla wszystkich średnio pracowitych miło, przyjemnie i wesoło. Uczyć wiele się nie trzeba, bo jakąż wiedzą może pochwalić się człowiek, który lektury poznaje z opracowanych skrótów, matematyki nie musiał się uczyć, bo nie było jej na maturze, no i sam tak naprawdę wybiera, co chciałby zdawać kończąc szkołę.
Matura przypomina raczej średniej trudności klasówkę sprzed kilkudziesięciu lat. Co np. ma udowodnić maturalny egzamin pisemny z języka polskiego? Temat uczeń dostaje na początku roku szkolnego i całym jego zadaniem jest zreferowanie go. I co to ma być? Umiejętność opowiadania? Takie rzeczy to kiedyś dzieci umiały już w szkołach podstawowych.
Egzamin z języka obcego to parodia. Znam ludzi, którzy po angielsku nie potrafią dogadać się nawet w sklepie, a maturę z tego języka zdali. No cóż, ile trzeba wiedzieć, żeby opisać skromny obrazek i żeby zrozumieć tekst czytany przez lektora?
Koło toczy się w dół...
Bądźmy szczerzy, do zdania angielskiego wystarczyłoby chyba, aby taki uczeń przez okres nauki w szkole średniej obejrzał kilkanaście angielskich filmów. Z nich nauczy się tych kilku słów, by zaliczyć maturę z anglika.
Z taką wiedzą bez najmniejszego trudu, ponieważ można obecnie składać dokumenty na ile uczelni i ile kierunków się chce, młody człowiek trafia na studia. Nie jest tajemnicą, że ilość słuchaczy ma bezpośredni wpływ na finanse uczelni. Co robi więc uczelnia? Zaniża poziom, aby skupić u siebie jak największą liczbę studentów (czyt. środków finansowych).
I tu koło się zamyka. Byle jak wyedukowany nauczyciel „kształci” później nasze dzieci. I jak to z kołem bywa, toczy się samo. Przerażające jest, że w polskim przypadku coraz szybciej i w dół.
Matura sprzed lat
Kiedyś, jak już wspomniałem, naukę w szkole średniej zaczynało się na podstawie zdanego egzaminu wstępnego. Składał się on z pisemnych egzaminów z języka polskiego i matematyki oraz ustnego egzaminu z przedmiotu ustalonego przez szkołę, a nie ucznia.
Natomiast matura kończąca naukę składała się egzaminów pisemnych z języka polskiego, matematyki oraz ustnych - również z języka polskiego, przedmiotu obowiązkowego oraz jednego wybranego sobie przez ucznia. Zasadą było, że na egzaminie pisemnym uczeń ma wykazać się wyobraźnią, znajomością zasad języka i literatury.
Czym więcej napisał, tym na lepszą ocenę mógł liczyć. Nie było ograniczeń jakimiś rubryczkami i ramkami. Na egzaminach ustnych nie było opowiadania obrazów i wygłaszania 15-minutowych referacików po wcześniejszym 10-miesięcznym przygotowaniu (!).
Byle jak, byle co...
Losowało się zestaw 3 pytań, było 15 minut na przygotowanie się i należało zachwycić komisję egzaminacyjną swoją wiedzą i elokwencją. Wszyscy zdawali te same przedmioty, więc późniejsze porównywanie wiedzy poszczególnych maturzystów nie nastręczało nikomu żadnych trudności.
Co więcej: zdana matura nie była sama w sobie przepustką na studia. Absolwent miał możliwość złożenia dokumentów tylko na jedną uczelnię i jeden kierunek.
W końcu matura zwana była egzaminem dojrzałości, więc od człowieka, który ją posiadł, wymagało się dojrzałych decyzji z wszelkimi ich konsekwencjami, a nie jak teraz - maturzyści składają swoje dokumenty niejednokrotnie na kilkanaście zupełnie przypadkowych kierunków.
Wniosek z tego prosty: byle gdzie, byle co, byle studiować i tak oto mamy przypadkowych nauczycieli, marketingowców, politologów itd.
A co to jest logiczne myślenie?
Wracając do głównego wątku: po złożeniu dokumentów należało ponownie zdać egzamin wstępny składający się z egzaminów pisemnych i ustnych.
Przebycie takiego sita egzaminacyjnego eliminowało miernoty. W końcu kiedyś zależało nam na ludziach wykształconych, a nie na posiadających dyplomy.
Młody człowiek po przebyciu takiej ścieżki edukacyjnej ma jednak dosyć wysokie oczekiwania. Spowodowane jest to faktem, że brak matematyki na maturze nie wyrobił w nim prostego zachowania, które zwie się logicznym myśleniem.
Nie dyplom, lecz wiedza
Kiedyś człowiek po studiach zajmował częstokroć eksponowane, wysokie stanowiska, a obecnie pracuje na zmywaku na Wyspach i to pod warunkiem, że uczył się angielskiego, a nie tylko przygotowywał do matury z niego.
Nauczony, że papierek z poprzedniej szkoły otwiera mu drzwi do kolejnej, dedukuje sobie, że dyplom otwiera mu możliwość zarabiania godziwych, dużych pieniędzy.
Jednak wtedy dopiero dowiaduje się, że tak naprawdę zwykło się wynagradzać wiedzę, a nie coraz mniej wart dyplom szkoły wyższej!!!

K
K-23

Liczenie na to, że postkomunistyczna kadra „naukowa” polskich uczelni nauczy studentów jeszcze czegoś więcej, świadczy o wielkiej naiwności pracodawców. Gdyby w roku 1989 (w którym komuna obaliła komunę tak, że i obalony i obalający spadli jak kot na cztery łapy) wprowadzono w Polsce takie same przepisy prawa dotyczące kadry dydaktycznej wyższych uczelni jak w Niemczech, to ostałoby się tej kadry na polskich uczelniach może z 5% jej pierwotnego stanu!
Przypomnijmy w tym miejscu, że po połączeniu dwóch państw niemieckich, z uczelni dawnego NRD wydalono wszystkich „naukowców” bijących pianę na temat marksizmu i leninizmu, oraz tych którzy porobili doktoraty i kariery udowadniając wyższość socjalizmu nad kapitalizmem w każdej dziedzinie Weryfikację „przeżył” 1 (słownie: jeden) naukowiec, z dziedziny „nauk społecznych”. Reszcie pozwolono wspaniałomyślnie wykładać na wyższych uczelniach niemieckich…kafelki.
W Polsce nic takiego nie nastąpiło, wręcz przeciwnie! Najwięksi „ogłupiacze” polskiej młodzieży za PRL-u, fachowcy od marksizmu, leninizmu, stalinizmu, ekonomii politycznej socjalizmu, historii PZPR-u i innych bratnich partii komunistycznych, doktorzy od teorii Miczurina i Łysenki, fachmani od wpływu Lenina na teorie wytrzymałości materiałów stosowanych przy budowie mostów, wybitni specjaliści od teorii socjalistycznych funkcji mieszkania, oraz socjalistycznego współzawodnictwa pracy w brygadach młodzieżowych, oni wszyscy, jak jeden mąż, pociągnęli edukacyjny wózek z PRL-u do III RP, i pchają go ochoczo nadal z efektem opisanym na wstępie.
Guru polskiej ekonomi, prawie że murowany kandydat polskiej „nauki” na laureata ekonomicznej nagrody Nobla, pan Balcerowicz (za komuny lektor marksizmu i leninizmu na wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR), gdyby miał pecha „robić” w nauce w NRD, zostałby tam potraktowany tak samo jak i pozostali „ogłupiacie” i mógłby co najwyżej - tak jak i oni - wykładać na uniwersytetach…kafelki o ile by potrafił, w co wątpię.

Aby zdjąć z polskich uczonych czasochłonny i absorbujący obowiązek śledzenia aktualnych „tryndów” w pyskowaniu, obowiązek ten w całości scedowano na ich oficerów prowadzących w SB. Tym prostym sposobem kadra naukowa polskich uczelni mogła się zająć badaniami naukowymi i dydaktyką (w zakresie wyżej wymienionym), zaś oficerowie prowadzący SB, podpowiadali swoim TW (tajnym współpracownikom), na kogo mają pyskować, bądź komu zgotować owację na stojąco. W wyniku tej zgodnej współpracy, polskie uniwersytety stały się kuźnią kadr dla SB, czy też może odwrotnie, co położyło podwaliny pod dzisiejszy boom edukacyjny III RP.

t
taki_jeden

Jakże się cieszę, bo mam nadzieję, że i ja będę mógł skorzystać z tych dobrodziejstw, które szykujecie dla nauki polskiej. Tzn. rozumiem, że dostanę pracę jako FIZYK, nie jako fizyko-informatyk, który aby wypełnić pensum, musi masę czasu przeznaczyć na przygotowanie się do zajęć z przedmiotów informatycznych, jak np. programowanie. Jeśli ktoś uważa, że zajęcia z programowania są proste, to niech jeszcze weźmie sobie pracę naukową w fizyce - zobaczymy, jak mu się spodoba. Chcę być FIZYKIEM, czyli prowadzić zajęcia WYŁĄCZNIE z fizyki i chce się zajmować fizyką. To jak - pomożecie ? TO TAKIE TROCHĘ PROWOKACYJNE PYTANIE, żebyście Wy i społeczeństwo, zdali sobie sprawę, z tego co mówicie. Tylko proszę nie mówić mi o KONKURSACH na stanowisko adiunkta, czy postdoca, gdzie aby mieć szanse na wygranie, trzeba mieć odpowiednio duży dorobek naukowy - jak mam go zrobić, skoro padam "na pysk", po odbyciu zajęć informatycznych ? To tak jakby do lekarza przyszedł chory, a lekarz by mu powiedział: "Ja pana zacznę leczyć, kiedy Pan będzie trochę zdrowszy." PARANOJA.

ż
żbik

Co z tego, że tyle się pisze o nauce - a gdzie ona tak naprawdę jest? Nic się nie zmienia - pracownicy tzw. naukowi chałturzą gdzie się da; wykłady zamiast przez profesorów prowadzone są przez przypadkowych zastępców. Tzw. wydawnictwa naukowe to nic innego jak ciągłe powielanie tego co już wszyscy znają! Wystarczy wejść w internet, aby się dowiedzieć w ilu tzw. wyższych szkołach zatrudnieni są ci sami ludzie - o ich wieku - lepiej nie wspominać! W księgarniach naukowych na jeden temat jest dziesiątki wydawnictw - niestety - byle jakich! Wkoło to samo nic nowego! i nic odkrywczego! - więcej odkrywczych tematów można znaleźć na portalach internetowych i w prasie tzw. popularnonaukowej. Ile można badać konstytucję; biedę; przyszłość itd. itp. - za granty opiewające na setyki tysięcy złotych? To nie ma nic wspólnego z nauką, z poznawaniem niewadomego - ale gonitwa za nowym etatem, za nową chałturą... A niby zatrudnieni są wszędzie, a zastać ich nigdzie nie można - są nieosiągalni sami dla siebie, bo o studentach to już w ogóle się nie mówi. Dlaczego na tzw. Zachodzie Europy wyniki tzw. grantów publikowane są na portalach internetowych uczelni i są dostępne - a u nas w dalszym ciągu - autor, temat i koniec kropka? Z jednej strony ciągła walka o habilitację a z drugiej strony zupełny brak młodej kadry - wszędzie leciwe staruszki i leciwi staruszkowie - ale podobno niezastąpieni... Zresztą jak wszędzie - dopóki nie będzie obligatoryjności w odchodzeniu na emeryturę tak będzie, że starzy z racji pozycji zawodowej będą co cna wykorzystywać młodych, korzystać z ich wiedzy, ale kasa i splendor będzie trafiała na ich konto... i doprawdy - szkoda gadać - wreszcie tzw. KBN zaczynał od kilku osób a teraz to potężnie zbiurokratyzowana instytucja. Już na samym początku powołania jej miała być odpowiedzialna za jakość nauki, a nic nie pozostało z założeń - znów ble ble ble i aby więcej kasy... a jest to kasa niemała...

Dodaj ogłoszenie