Kuczyński: Nowy rok to niewiadoma. Ale Rostowski ma w kieszeni bazookę

Redakcja
Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński Bartłomiej Ryży/Polskapresse
To, co w tej chwili rząd proponuje na najbliższe lata, to dość łagodne ograniczenia. Można dyskutować, czy należy wydłużać wiek emerytalny kobietom aż do 67. roku życia, ale generalnie gabinet Tuska nie zaproponował bardzo bolesnych reform. A proszę pamiętać, że minister finansów cały czas ma w kieszeni bazookę - mówi Piotr Kuczyński, ekonomista, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Polacy na święta znów wydadzą więcej niż roku temu - inaczej, jak wynika z niedawno opublikowanego raportu firmy Deloitte, niż większość mieszkańców Europy Zachodniej. Skąd ten nieustanny zapał Polaków do wydawania?
Proszę wziąć pod uwagę, że w kraju mamy teraz wysoką inflację, tak więc tak naprawdę ten wzrost jest tylko nominalny, gdyż de facto wymusza go fakt, że wszystko w Polsce drożeje. Zatem nie ma się czym specjalnie ekscytować.

Czytaj też: Mimo drożyzny Polacy nadal są rozrzutni. Ale to może być najlepszym lekiem na recesję

Ale mimo to nie oszczędzamy na świątecznych wydatkach. Inaczej niż prawie cała Europa.
Tak, na pewno wybijamy się naszym optymizmem. Powód tego jest bardzo prosty. Mieszkańcy krajów Europy Zachodniej dużo mocniej niż Polacy odczuli pierwszą falę kryzysu. Przede wszystkim głęboko sięgnięto im do kieszeni. Potem nadciągnęła druga fala, która jeszcze mocniej dała się we znaki Europejczykom. Ale nas to wszystko w dużej części ominęło. Pierwsza fala przeszła przez Polskę stosunkowo spokojnie, dotknęło nas wprawdzie spowolnienie gospodarcze, ale żadnego dramatu nie doświadczyliśmy. Druga fala przyniosła na razie tylko obostrzenia, zapowiedziano cięcia, ale też nie uderzyła mocno w nasze kieszenie. Tak więc tak naprawdę Polacy do tej pory tego wielkiego kryzysu nie odczuli. Oni tylko słyszą o nim w mediach, od ekspertów czy polityków, ale nie ma on realnego przełożenia na ich życie. Dlatego nie boją się wydawać - stąd te wzrosty wydatków na święta.

Wydaje mi się, że sytuacja nie jest tak różowa, jak Pan ją maluje. W ubiegłym roku rząd podniósł stawkę VAT, poza tym kryzys przełożył się na mocny wzrost zadłużenia państwa - widzi to każdy, kto mija licznik długu publicznego zainstalowany w centrum Warszawy przez Leszka Balcerowicza.
Naprawdę uważa pan, że przeciętnego Polaka interesuje zadłużenie państwa? Bo ja twierdzę, że 99,99 proc. mieszkańców naszego kraju kompletnie nie zwraca uwagi na jego wysokość. Nawet jeśli zerkną na licznik długu - wywoła on w nich co najwyżej chwilową ekscytację, ale po chwili o tym zapomną. Dopóki Polacy nie poczują tego długu we własnej kieszeni, to nie będą zwracać na niego uwagi. Tak samo z podwyżką VAT.

Czytaj też: Financial Times: Optymistyczni Polacy wciąż wydają pieniądze... i zapobiegają recesji

Ją odczuł każdy, przecież tym podatkiem obciążony jest każdy produkt.
Niedawno przeczytałem, że przeciętna polska rodzina wyda na święta 2 tys. zł. Rząd podniósł podatek VAT o jeden punkt procentowy - a więc święta zdrożały z tego powodu o 20 zł. Czy jest to suma, która może kogokolwiek powstrzymać przed zakupami, skłonić go do oszczędności? Moim zdaniem nie. Dlatego absolutnie nie zgadzam się z tezą zawartą w pana pytaniu, że Polacy odczuli kryzys. Oczywiście, nie oznacza to, że popieram podnoszenie VAT. Taka podwyżka uderza w konsumpcję i może podkopać wzrost gospodarczy. Ale w dłuższym terminie, na pewno nie w perspektywie najbliższych świąt. Obciążenia musiałyby wzrosnąć dużo bardziej, by miały wpływ na wysokość wydatków.

Czytaj też: Polacy w kryzysie nie sięgają po używki: Spada sprzedaż alkoholu, papierosów i kawy
Polska jako jedyna w Europie nie wpadła w recesję w pierwszej fali kryzysu. Tylko czy byłoby to możliwe, gdyby nie udało się zachować przez ostatnie lata niczym niezmącony optymizm Polaków, którzy ani na trochę nie zaczęli oszczędzać na zakupach?
Przez pierwszą fazę kryzysu przeszliśmy stosunkowo suchą stopą - mówię "stosunkowo", bo jednak nasza gospodarka mocno zwolniła. Przełożyło się to jednak nie tak mocno na poziom konsumpcji. Odczuliśmy kryzysy niej przede wszystkim dlatego, że Polska jest dużym krajem, a więc ma duży rynek wewnętrzny. W ten sposób generujemy 60 proc. naszego PKB, pozostałe 40 proc. daje nam eksport. Jednak nie znaczy to, że jest on gwarancją ciągłego rozwoju. Większość Polaków jest biedna, wydają tyle, ile zarabiają, bo tylko w ten sposób są w stanie się utrzymać. Nie za bardzo mają z czego oszczędzić. Trzeba pamiętać, że duża część polskiej konsumpcji jest niejako przymusowa. Na tym właśnie polega jej polska specyfika.

Czytaj też: Mimo drożyzny Polacy nadal są rozrzutni. Ale to może być najlepszym lekiem na recesję

Tyle że sumy wydawane na konsumpcję cały czas rosną.
Ale ten świąteczny wzrost (jeśli spojrzy się w stosunku rocznym, to sprzedaż rośnie ponad dwa razy szybciej niż inflacja) jest właściwie taki sam jak poziom inflacji w Polsce, de facto więc konsumpcja świąteczna pozostaje na tym samym poziomie. Owszem, nie maleje, ale przede wszystkim dlatego, że Polacy cały czas nie odczuli skutków kryzysu - tłumaczyłem ten mechanizm przed chwilą.

Rząd od dłuższego czasu ostrzega, że druga fala kryzysu Polski już nie ominie. Przezorność kazałaby zacząć mocniej oszczędzać - ale wtedy załamie się konsumpcja, a za nią wzrost PKB. Jest jakiś sposób, by wyjść z tego błędnego koła?
Owszem, to błędne koło. Ale proszę wziąć pod uwagę jeszcze jeden element. Z badań opinii publicznej wynika, że 70 proc. Polaków nie ma z czego oszczędzać - tak przynajmniej deklarują. Ci ludzie oszczędzać więc nie będą. Pozostałe 30 proc. może oszczędzać i im rzeczywiście odkładanie pieniędzy należałoby zalecić. Tylko jeśli zaczną tak robić, popyt wewnętrzny osłabnie - a to zaszkodzi polskiej gospodarce.

Czytaj też: Financial Times: Optymistyczni Polacy wciąż wydają pieniądze... i zapobiegają recesji

Jak rozwiązać ten problem?
Nie ma rozwiązania, nie ma magicznego sposobu, który by pozwolił uniknąć takich problemów. Można co najwyżej apelować do Polaków: wydawajcie, kochani, bo inaczej gospodarka się zawali. Innego sposobu nie ma. Ale jednocześnie też taki apel sprawi, że ci, którzy go posłuchają, pozostaną bez zabezpieczenia na wypadek problemu. Bo właśnie przed takim dylematem teraz stoimy: wydatki i związany z tym wzrost PKB kontra bezpieczeństwo Polaków. Jedynym wyjściem byłoby rozpędzenie tych sektorów gospodarki, które do tej pory nie były w pełni wykorzystywane, a które pomogłyby zwiększyć zatrudnienie. Problem w tym, że takich działów nie widać, rezerwy zostały już uruchomione. Dotyczy to przede wszystkim inwestycji infrastrukturalnych, które ostatnio bardzo przyśpieszyły, bo śpieszyliśmy się, żeby zdążyć z drogami, kolejami i stadionami na mistrzostwa Europy.

Czytaj też: Rośnie bezrobocie, ale Polacy nic sobie z tego nie robią. Kupują na potęgę
Polska jest zagrożona kryzysem, który odbije się na poziomie konsumpcji - mimo to minister Jacek Rostowski zakłada wzrost PKB w przyszłym roku o 2,5 proc. Nie nazbyt optymistyczne te założenia?
Wszyscy wiedzą - i eksperci, i rząd - że przedstawiony projekt budżetu jest obciążony poważnym ryzykiem popełnienia błędu. Ale przyszły rok to jedna wielka niewiadoma, a państwo musi mieć jakiś projekt budżetu. Minister przedstawił więc własną koncepcję, ale też podkreślał, że pewnie trzeba ją będzie nowelizować w przyszłym roku. Ten 2,5-procentowy wzrost jest nieźle wymyślony. Nie jest to nazbyt optymistyczna koncepcja, ale też nie nadmiernie pesymistyczna. Wszystko zależy jednak od tempa rozwoju strefy euro. Jeśli ona w 2012 r. zanotuje 0,5 proc. wzrostu PKB, to my na pewno nie będziemy mieli 2,5 proc. A jeśli wpadnie ona w recesję - wielu ekonomistów tego nie wyklucza - to polska gospodarka też znajdzie się w poważnych kłopotach. Takiego scenariusza dziś jednak zakładać nie możemy, dlatego właśnie uważam projekt ministra Rostowskiego za wyważony.

Czytaj też: Mimo drożyzny Polacy nadal są rozrzutni. Ale to może być najlepszym lekiem na recesję

Minister finansów zapowiada też, że w przyszłym roku uda nam się zejść z deficytem budżetowym poniżej 3 proc. PKB. W pierwszej fali kryzysu rząd zwiększał zadłużenie, gdy nagle spadły dochody. Czy teraz będzie umiał dokonać mocniejszych cięć w sytuacji, gdyby wzrost gospodarczy był niższy od zakładanego?
To, co w tej chwili rząd proponuje na najbliższe lata, to dość łagodne ograniczenia. Można dyskutować, czy należy wydłużać wiek emerytalny kobietom aż do 67. roku życia, ale generalnie gabinet Tuska nie zaproponował bardzo bolesnych reform. A proszę pamiętać, że premier cały czas ma w kieszeni bazookę.

Czytaj też: Rośnie bezrobocie, ale Polacy nic sobie z tego nie robią. Kupują na potęgę

Co Pan w ten sposób nazywa? Bo nie za bardzo widać duże rezerwy, które nagle można uruchomić.
Za taką bazookę uważam te 5 proc. składki rentowej, którą obniżono pracownikom za rządów PiS. Minister zawsze może do niej wrócić - tak jak wrócił w przypadku składki płaconej przez pracobiorców. Ten ruch pozwoliłby pozyskać do budżetu co najmniej kilkanaście miliardów złotych rocznie. Kolejne kilkanaście miliardów może dać zysk NBP - bo tej pozycji nie wpisano do budżetu. Tak więc uważam, że w przyszłym roku rząd się obroni, uda mu się nie przekroczyć założeń, które wpisał do budżetu.

Czytaj też: Financial Times: Optymistyczni Polacy wciąż wydają pieniądze... i zapobiegają recesji

Na razie rząd zapowiedział, że w razie problemów podniesie znów VAT o jeden punkt procentowy.
To byłaby błędna decyzja. To nie da wielkich zysków, a odbiłoby się negatywnie na popycie wewnętrznym. Powtórzę raz jeszcze: dużo lepszym rozwiązaniem jest przywrócenie dawnych stawek składki rentowej i progów PIT.

Rozmawiał Agaton Koziński

Cały wywiad przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Wideo

Komentarze 11

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

c
cezar
Władza się wyżywi? Zawsze. Posłowie dostaną podwyżki! Po 500 zł dla każdego parlamentarzysty na prowadzenie biura. W sumie na swoich asystentów, szoferów i limuzyny będą mieli 12 150 tys. zł miesięcznie.

Premier mówi o ciężkich czasach, minister finansów przekonuje o kryzysie w całej Unii Europejskiej. A co robi nasz parlament? Szykuje dla siebie podwyżki. I to nie małe! Na wczorajszej komisji regulaminowej i spaw poselskich politycy dyskutowali o budżecie Sejmu na przyszły rok. I zdecydowali, że przydało by się im więcej pieniędzy na prowadzenie biur.

– 500 złotych więcej to byłaby już ulga – mówiła ostatnio posłanka Platformy Obywatelskiej Janina Okrągły (56 l.). I wczoraj późnym popołudniem marzenia pani poseł się spełniły. Koledzy z Wiejskiej zdecydowali, że właśnie taką kwotę dorzucą sobie w przyszłym roku. – To dobrze, to się cieszę – powiedziała Faktowi wczoraj posłanka Okrągły.
E
Enoen
ludzie produkują towary / usługi po to, aby je sprzedać. A czym jest sprzedaż ? Czy nie transakcją ? Aktem kupna / sprzedaży ? Czyli nie przypadkiem konsumpcją patrząć od strony kupca (klienta) ?

Nie słyszałem o kimś kto by produkował i nie chciał tego co wyprodukował sprzedać.
o
opornik
Trzeba przypomnieć powiedzenie które "chodziło po ulicy" za komuny, kto jest pierwszy "w kolejce do dziobania" ?
s
szycha
Rostowski w kieszeni ma dziurę.
p
polo
To nagroda, za zdradę Polski i służalczość wobec "większych i mądrzejszych".
p
polo
Okazuje się, że tak.
"Podczas uroczystości kończącej polską prezydencję w UE, przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej oświadczył, że ma plan znalezienia ważnej funkcji w unijnych strukturach dla Donalda Tuska.

- Drogi Donaldzie! Jak pewnie pamiętasz, byłem pierwszym pomysłodawcą tego, by nasz przyjaciel Jerzy został szefem Parlamentu Europejskiego. Miało to miejsce kilka lat temu. Jak widzisz, udało się, choć nikt wtedy w to nie wierzył. Chcę ci powiedzieć, że widzę ciebie w bardzo poważnej funkcji, którą powinieneś objąć za 2,5 roku – oświadczył podczas spotkania Joseph Daul, przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej".
Więcej: niezależna.pl

Potwierdzają się krążące plotki. Ryży szykuje sobie ciepłą posadkę w Brukseli
tym razem za miliardy wyprowadzone z Polski.
p
precz z cwaniaczkami
"Polacy nie odczuli kryzysu" . Chyba POlacy jak pan K. - beneficjenci "przemian" ustrojowych.
P
POdode
A w przyszłym roku wydam jeszcze więcej , a kupię jeszcze mniej! Dlaczego p. Kuczyński - "ekonomisto"- jest za Tuska odwrotnie proPOrcjonalnie ? POdobnie zresztą jak za komuny. W czasach "odczepcie się od generała"Jaruzelskiego - zwłaszcza.
c
cezar
Głównym bohaterem debaty w Parlamencie Europejskim na temat polskiej prezydencji okazał się premier Donald Tusk. Co prawda przez ostatnich kilka miesięcy problemy gospodarcze krajów UE znacząco wzrosły, strefa euro zaś zamiast ku integracji systematycznie zmierzała ku dezintegracji, ale zagraniczni eurodeputowani i tak byli zachwyceni. Głównie z powodu... przemówienia polskiego premiera. - Przekazał pan wizję Europy dumnej ze swoich wartości, ze swojego sukcesu, Europy mającej zaufanie do zdolności wpływu na cały świat. Podzielamy tę wizję - mówił z podziwem szef Europejskiej Partii Ludowej Joseph Daul. - Pan jest tak dobry, że mógłby być pan socjaldemokratą, panie premierze - przymilał się niemiecki lider frakcji socjaldemokratów Martin Schulz. Fotel w Komisji Europejskiej już czeka.
p
polo
Owszem, bo wszystko pod rządami Matołów znacznie podrożało więc i wydatki będą większe.
Już dzisiaj wiadomo, że w przyszłym roku Polacy wydadzą jeszcze więcej.
K
Kazik
Gospodarkę napędza nie konsumpcja ale produkcja, konsumpcja napędza tylko niektóre wskaźniki. Co byłoby gdybyśmy na święta kupilibyśmy o 30% więcej chińskich zabawek niż w zeszłym roku? Podskoczyłoby nasze zadłużenie, a gospodarka w efekcie by zwolniła.
Ekspertami w wydawaniu są są Grecy, Włosi itp, ale jakoś ich gospodarki błyszczą w kryzysie.
A więc nie "wydawajcie", ale "produkujcie" albo "inwestujcie".
Dodaj ogłoszenie