Kuchnia to coś, co podnosi na duchu

Paweł Zarzeczny
Dotarło to do mnie rano. Żyję w kraju Tuska. Ekipa, dwóch mechaników, przyjechała odłączyć mi prąd. Za niepłacenie rachunków.

Odparłem najpierw, że mam chore dziecko, a odcięcie prądu oznacza nie tylko brak światła, ale także brak ogrzewania - więc zwyczajnie dziecko moje może umrzeć.

Odparłem również, że byłem w siedzibie tej firmy, żeby uregulować rachunki. Okazało się, że firma jest. Tylko kasy nie ma. To znaczy nie ma gdzie wpłacić. Nie ma gdzie zapłacić. Kilkuset złotych - tyle warte zdrowie mojego dziecka. Dla PGE.

Oczywiście - wszelkie rachunki za prąd popłaciłem, to dla mnie groszowe sprawy. No, ale urząd prądowy mówi, że zalegam.

Ja na to, że mam rachunki i dowody wpłaty!

Oni, że dowody wpłaty w dupę mogę sobie wsadzić, bo jak do nich nie wpłynęło, to jestem dłużnikiem. I że trzeba wyłączyć.

Boże, już raz za dwie stówki niezapłacone jakiejś firemce (na tej samej poczcie w Zalesiu, nie wiem, czy listonosz nie kradł, naprawdę) jestem w spisie dłużników i nie mogę dostać 30 tys. kredytu nigdzie, żeby pospłacać zobowiązania.

Nieduże.

Koledze 2 tysiaki za chwilówkę

2 tysie sąsiadowi za drewno do kominka

Księgowej 2 tysie za papierkową robotę

Gazowni 5 tysi za to, że mam ciepło

ZUS-owi nie wiem ile, za to, że za wszystko i tak sam płacę, nawet jak zasłabnę - wykupiłem ubezpieczenie.

Urzędowi skarbowemu nic - ostatnio chapnął mi ostatnią wypłatę i zostało z majątku osiemset złotych, może na czas jakiś się przynajmniej uspokoją.

Generalnie, tak jak wy wszyscy, mam przejebane. Nie wygrzebię się z długów, chyba że się ożenię z moją żydowską księżniczką. Ale, jak się domyślacie, jestem przeciwko żeniaczce.

Boże, człowiek, który całe życie ciężko pracuje - nie ma pieniędzy.

Nie ma. To kto ma mieć?

Nie wygrzebię się z długów, chyba że się ożenię z moją żydowską księżniczką. Ale, jak się domyślacie, jestem przeciwko żeniaczce

Ktoś, kto pracuje całe życie na trzech posadach - nic nie ma.

Jak podjechali ci faceci odłączyć prąd, eksmałżonka krzyczy: - Za nic nie płacisz! (coś dodała, coś o biologii)

Kurwa, mam największy kosz na śmieci na swojej ulicy. Cała reszta albo ich nie ma, albo wali do lasu, albo do koszyka wielkości portfela.

Na mojej ulicy mieszkają ambasadorowie, generałowie policji, piosenkarze, właściciele wyższych uczelni (ten na wprost ma kort tenisowy, ale kosza na śmieci nie ma, a jak), cała ta banda jest żenująca do bólu.

No dobra, ale to mnie chcą odłączyć prąd.

Pal sześć, odłączajcie.
Miałem napisać o… kuchni.

Bo nie ma jeszcze tematu, którego nie ruszałem. Kuchnia, o, coś nowego!

Bo oglądam telewizję. A tam Magda Gessler radzi, z jakimś francuskim fagasem (przydupasem?), jak gotować.

I te biedne Polaczki, jak ja, wpatrzone w nią i w jakiegoś cymbała, Michała jakiegoś tam.

Gotują.

Akurat jak patrzyłem - ostrygi w karcie i kawior.

Czyli coś, czego Polak ani nie spróbuje, ani nie zobaczy nigdy w życiu.

Ostrygi. Wiecie, jak smakują?

Jak gile z nosa. A z cytryną, jak gile z nosa z cytryną.

A kawior?

Jak skwaszone śledzie.

A wiecie, jak smakują najlepsze - waszym zdaniem - homary?

Mój przyjaciel, kelner Darek z Delfina, trzymał homary w terrarium (nie wiem, czy nie pomyliłem). I mawiał: - Wiesz, Pawełek, przychodzi frajer i wybiera lobstera… za kilkaset złotych. Proszę, żeby pokazał. On wali palcem, ten, ten, ja go biorę, efektownie, na zaplecze. Po czym ładuję gościowi kotleta na talerz, z mrożonki. A jak już wyjdzie i pięćset zostawi, homar z powrotem do akwarium!

To jest polska kuchnia, naiwniacy.

Nawet ta Magda Gessler, niebożę.

Jej plus, żeby we wszystkich lokalach wymyć kible. Umyć talerze. Ręce!

Ale jej poziom gotowania - dramat.

W ogóle - podobno powinna zrezygnować z nazwiska - w Gesslera się wżeniła. Zresztą wart Pac pałaca - jakieś dziesięć milionów złotych długów za czynsze w Wawie. Ja mam tysiąc, i chcą mi wyłączyć prąd…

No dobra, Gesslerowa uczy podawać ostrygi i kawior, w sam raz zabiedzonym Polakom, którzy wpatrują się w telewizory jak ćmy lecące do światła, na zgubę…

Tymczasem - jakie były moje pierwsze potrawy?

Kasza manna. Ohydna, z kluchami, przypalona…

Byłem tak chudy i niedożywiony, że w szkole podstawowej dostałem kartki na obiady. Bezpłatne.

Oczywiście nie zjadłem ani razu. Były okropne. Może dwa razy się złamałem. Żeby posiedzieć koło koleżanki. Nazywała się Bożena i mieszkała na Puławskiej.

Zastanawiałem się, jak przejść po drzewie do jej mieszkania. Rośnie do dzisiaj.

Miałem 6 lat.

Aha, parę razy zjadłem barszcz czerwony z ziemniakami. Do dzisiaj uwielbiam.
Jezu, kuchnia to coś, co podnosi na duchu, nie dmuchanie i nie jazda na nartach.

Jak byłem biedny - leniwe. Kostka sera białego, trochę mąki, jajko i cukier…

Ziemniaki ze smalcem, z mlekiem…

Ja nie wiem, skąd te ostrygi i kawior. Ostrygi to szajs. Kiedyś zaprosił mnie najlepszy polski kucharz Sowa na sylwestra z ostrygami, wprost z Paryża. Smakowały jak gile z nosa. Ludzie powyjadali wszystkie... kurczaki.

Zresztą byłem ostatnio u niego w nowej knajpie. Gicz cielęca, kaczka, winko… przypadkowo byłem z przyjaciółką. I ona mówi: - Ten Sowa to twój kolega, to go poproś…

No i na swoją zgubę go poprosiłem…

- Wie pan co, ta cielęcina fatalna.

- Niemożliwe, z Nowej Zelandii, 72 godziny w temperaturze 72 stopni!

- Kaczka dno!

- To specjalność kuchni, niemożliwe.

- Wino korek. Korek! (znajoma, Austriaczka, "korek" mówi jak Lucjan Kydryński, korrrrrek)

No i Sowa zbiegł. Przyznał się tylko do złej kapusty, źle sparzonej wodą, faktycznie.

Ale dwieście trzeba było zapłacić. Za eksperyment. I Robert, którego bardzo szanuję, polecił swój kącik wędlin. Mówi:

- Kupcie kilka plasterków, to jak pergamin. Mam na przykład czarne świnie, które jedzą tylko żołędzie. Pyszna szynka!

Wychodzę, faktycznie jest lada, zajebista sprzedawczyni i ta szynka. Czarna. Patrzę, ładnie wygląda (i sprzedawczyni, i mięsiwo), ale nauczony doświadczeniem patrzę na cenę:

60 złotych.

Tak mi przelatuje przez głowę - może za drogo.

40 złotych za jakąś myśliwską, ok. 60 złotych za jakąś nadzwyczajną - niech będzie.

No i patrzę jeszcze raz. A tu jest 60 złotych. Za 10 deko.

Kliknij, aby czytać pozostałe felietony Pawła Zarzecznego

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
koszerny
panie redaktorze nie dość że efekt jo-jo powrócił , to jeszcze takie rzeczy z tym motocyklem
Z
ZZZ
Całe szczęście, że zakluczyli tego knura
Ś
Świadek
Komentarz na jednej ze stron:

Pan Zarzeczny wyjeżdżał autem z drogi, prowadzącej z ośrodka rządowego w Łańsku, po całonocnej imprezie (był tam na zaproszenie sponsora). Wyjeżdżał z podporządkowanej na główną. Nie ustąpił pierwszeństwa motocyklowi, prawdopodobnie nie zauważył go. Doszło do kolizji (na szczęście bez bardzo poważnych konsekwencji). Red. Z. oddalił się z miejsca wypadku. Zniknął. Pojawił się na policji po kliku dniach, z dobrym adwokatem. Powinien być sądzony jak ktoś, kto jechał pijany, ale... nie był. Sprawa zakończyła się polubownie. a to Pan Z. pamięta? ""Nie chcialem potracic tego dzieciaka na motorze i uciec z miejsca wypadku pozostawiajac ofiare na pastwe losu, ale prowadzilem w stanie upojenia i nie wiedzialem co robie!" - Pawel Zarzeczny"

Źródło: internet

PS wystarczy wpisać w Google: Paweł Zarzeczny potrącił
O
Obywatel
przyszłoby czterech w kominiarkach i zapłaciłoby za ciebie rachunek Panie Zarzeczny.
E
Emeryt
Niestety znów Pana zakluczyli, szkoda.
Dodaj ogłoszenie