reklama

Ktoś, kogo nie znasz, właśnie czyta w twoich myślach

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Zaktualizowano 
KIRILL KUDRYAVTSEV/AFP/EAST NEWS
Zła wiadomość: Spindoktorzy umieją już czytać w myślach wyborców. Dobra wiadomość: Przeważają opinie, że dla polskich polityków to zbyt drogie i trudne. Znów zła wiadomość: Niestety niekoniecznie musi tak być.

Mówić każdemu wyborcy dokładnie to, co zechciałby usłyszeć. Precyzyjnie wiedzieć, jakie są lęki i nadzieje zarówno milionów, jak i tej jednej, konkretnej osoby. Móc się zwrócić do niej i tylko do niej, i to tak, żeby nikt inny nie słyszał. Ale w tym samym czasie móc mówić też do kogoś innego - już nieco inaczej, lecz znów w sposób idealnie skrojony pod potrzeby i oczekiwania tej właśnie osoby.

To wszystko do niedawna było tylko marzeniem każdego polityka. Marzeniem dotąd niemożliwym do spełnienia. Na szczęście, bo zdolność do manipulowania milionami jednostek oznaczałaby zarazem zdolność do manipulowania całymi społeczeństwami na niespotykaną dotąd skalę.

Ale teraz to już nie tylko marzenie. Za sprawą zaawansowanych metod analizowania danych (o czym szerzej za chwilę) sztab Donalda Trumpa był w stanie najpierw tworzyć szczegółowe profile psychologiczne i światopoglądowe każdego z milionów amerykańskich wyborców a następnie kierować już wprost do każdego nich odpowiednio spersonalizowane komunikaty. Do 2016 roku takie możliwości były poza zasięgiem polityków. Dziś są już na wyciągnięcie ręki - czy raczej ręki trzymającej odpowiednio dużą walizkę pieniędzy. Teoretycznie także w Polsce.

Uruchommy na moment wyobraźnię. To mogłoby wyglądać tak: Jest rok 2019. Zbliżają się wybory parlamentarne. PiS przygotował właśnie swoją wyborczą wunderwaffe - nowy program socjalny, przy którym i 500 Plus wypada blado. Jak każde takie przedsięwzięcie, pomysł budzi rozmaite kontrowersje - nawet wśród elektoratu partii rządzącej, sam elektorat ma też różne inne rozterki i wątpliwości. Ale tym razem nie ma problemu. Każdy dostanie odpowiedni dla siebie, skrojony na miarę, komunikat.

CZYTAJ TAKŻE: Kleptokracja Putina. Karen Dawisha demaskuje gang prezydenta Rosji

Wyborca nieco rozczarowany PiS-em otrzymałby zatem opowieść o wielkim nowym otwarciu i potężnej energii społecznej, którą uruchomi program. Ale już wyborca o jednoznacznie wolnorynkowych poglądach dowiedziałby się - w tym samym czasie - że program socjalny swoją drogą, ale w planach są też ujednolicenie podatków oraz ułatwienia dla firm. Wyborca niezdecydowany i na co dzień nieinteresujący się polityką dostałby serię prostych komunikatów o sporym zastrzyku gotówki, który otrzyma po zwycięskich wyborach. Ale już tak zwany twardy elektorat PiS usłyszałby przede wszystkim, że owszem, wielki program socjalny też się liczy, ale po zwycięstwie nareszcie będzie można ostatecznie rozliczyć „komunistów i złodziei”. Dla każdego coś dobrego - jeśli tylko wie się, czego ów „każdy” dokładnie chce. „Każdy”, jako konkretna osoba - Jan Kowalski czy Anna Malinowska.

W tym samym czasie analogiczną operację na elektoracie mogłaby prowadzić opozycja - dajmy na to Platforma. Wyborców zniechęconych do „starej” Platformy bombardowałaby na przykład informacjami wyłącznie o działaniach najmłodszych posłów PO, którzy w czasach Donalda Tuska byli jeszcze daleko przed sejmową karierą. Wyborców o poglądach lewicowych kusiłaby może propozycjami w kwestiach zwanych światopoglądowymi. Wyborców, którzy wahają się między Platformą a Nowoczesną raczej odwołaniami do liberalnych „korzeni” PO. Podobne przykłady można by mnożyć godzinami. Każdemu według potrzeb - tą zasadą może posługiwać się każdy, kto tylko precyzyjnie zna te potrzeby.

Technologie i metody - psychometria i mikrotargeting - które pozwoliłyby na prowadzenie właśnie w ten sposób kampanii wyborczej w Polsce - już istnieją. Są też z powodzeniem stosowane w biznesie. W zeszłym roku zostały już także na dużą skalę użyte w polityce - najpierw podczas kampanii na rzecz Brexit w Wielkiej Brytanii, a następnie w kampanii Donalda Trumpa w USA. Ale czy znaczy to, że te same technologie i metody zostaną już wkrótce wprowadzone w Polsce, przez polskie partie polityczne?
- Tak, to możliwe. Myślę, że już nawet podczas wyborów samorządowych możemy zobaczyć te technologie w użyciu. I sądzę, że to kwestia już najwyżej miesięcy, zanim podobne usługi zaczną być oferowane na polskim rynku. - mówi Michał Fedorowicz, twórca Polityki w Sieci, analityk politycznych aktywności Polaków w internecie. - Jak na warunki polskiej polityki takie usługi byłyby jednak bardzo kosztowne - zaznacza Fedorowicz. Jak bardzo? - W wypadku stosunkowo prostych wyborów do senatu to koszt rzędu 150 tysięcy zł. Oczywiście na jednego kandydata - szacuje Fedorowicz.

- Pamiętajmy przede wszystkim o ograniczeniach finansowych. Polski system finansowania wyborów jest o wiele bardziej restrykcyjny niż amerykański. Na polskim gruncie byłoby więc bardzo trudno po prostu skopiować rozwiązania ze sztabu Trumpa - chodzi tu i o pieniądze, i o samą możliwość legalnego pozyskania odpowiednich danych. - podkreśla z kolei politolog Rafał Matyja. - Wyobrażam sobie natomiast podobne działania w mniejszej skali. Na przykład stworzenie w oparciu o dane choćby kilku podstawowych profili wyborców reprezentatywnych dla danych grup elektoratu. I potem odpowiednie kierowanie do tych grup - i tylko do nich - odpowiednich komunikatów. - mówi profesor Matyja.

- Szczerze? Tak naprawdę szczerze? Nie wierzę, by w polskiej polityce ktokolwiek zdołał wykorzystać w efektywny sposób aż tak zaawansowane technologie. To kwestia podejścia do polityki w ogóle. - powątpiewa kampanijny praktyk - Łukasz Pawłowski, marketingowiec polityczny, szef Solid Work Group zajmującej się m.in. planowaniem strategii kampanii wyborczych i działaniami w sieci. - Podam przykład sprzed kilku lat, byłem wtedy na spotkaniu sztabu wyborczego w pewnym mieście. Poświęcono tam wiele godzin na bardzo precyzyjne analizy, gdzie dokładnie powinny stać billboardy i które, a gdzie tylko banery. Wydrukowano kilkanaście szczegółowych map, powstał cały plan. Ale kiedy przyszło co do czego - i billboardy trzeba było rozwieszać, nikt już o tym nie pamiętał, wszystkim rządził żywioł - śmieje się Pawłowski. I dodaje - Wyobraźmy sobie teraz, że ta sama ekipa miałaby rozsyłać tysiące personalizowanych wiadomości do konkretnych wyborców. Nie ma szans -kwituje Pawłowski.

Wszyscy dobrze wiemy, że niemal każda forma naszej cyfrowa aktywności jest na różne sposoby rejestrowana przez wyszukiwarki, sieci społecznościowe. Nasze zalajkowania, tweety, historia transakcji, lokalizacji, wyszukiwań, zakupów - to wszystko razem to źródło niezwykle szczegółowej wiedzy o naszych upodobaniach, gustach - i poglądach. To cenna wiedza, która jest dziś głównym majątkiem Facebooka, Google’a czy Twittera. Nad metodami naprawdę efektywnego wykorzystania takich danych w marketingu (nie tylko politycznym) pracują całe zespoły naukowców i informatyków. Dzieje się tak od wielu lat - zarówno w największych firmach technologicznych, jak i na najlepszych uczelniach świata. Te badania przyniosły już wymierne efekty.

CZYTAJ TAKŻE: Kleptokracja Putina. Karen Dawisha demaskuje gang prezydenta Rosji

W świetle reflektorów znalazł się właśnie Polak, dr Michał Kosiński z uniwersytetu Stanforda, który pracując kilka lat wcześniej w laboratorium psychometrycznym uniwersytetu Cambridge stworzył metodę adaptującą znany psychologiczny test osobowości OCEAN do możliwości ery Internetu 3.0. Klasyczny test OCEAN pozwala „mierzyć” osobowość badanego - oczywiście w oparciu o bardzo obszerny i szczegółowy kwestionariusz, który wypełnia się w oparciu o odpowiedzi badanego. W cyfrowej wersji stworzonej przez Kosińskiego kwestionariusz wypełniał się już jednak całkowicie „sam” - wyłącznie na podstawie danych pobranych ze społecznościowych profili badanego. Wyniki okazały się tak samo precyzyjne jak w wypadku klasycznego testu.

Potem Kosiński poszedł znacznie dalej - doskonaląc metody odczytywania z sieciowych danych już nie tylko samych cech osobowościowych użytkowników, ale i ich preferencji czy nawet światopoglądów. W 2012 roku zespół Kosińskiego doszedł do etapu, w którym był wstanie odczytać na przykład: orientację seksualną użytkownika sieci społecznościowej (z trafnością wynoszącą 88 proc.) czy kolor jego skóry (trafność 95) proc. A także to, czy jest demokratą, czy republikaninem (trafność 85 proc.). W kolejnych latach postępy były jeszcze bardziej imponujące. Na podstawie analizy 300 facebookowych „polubień” danej osoby, algorytm Kosińskiego był już w stanie przewidzieć przyszłe zachowanie tej samej samej osoby lepiej niż…. jej partner.
Mniej więcej właśnie wtedy wynikami tych badań zaczęli się żywo interesować późniejsi twórcy firmy Cambridge Analytica - która po kolejnych 4 latach odegrała kluczową rolę najpierw w kampanii na rzecz Brexitu, a potem w ostatnich amerykańskich wyborach prezydenckich. W 2014 roku miały miejsce i próby podkupienia naukowców, i skandal z prawdopodobnym „wyniesieniem” danych i algorytmów - zakończony konfliktem w Cambridge, a następnie emigracją do Singapuru i zmianą nazwiska przez naukowca podejrzewanego o skopiowanie modelu opracowanego przez Kosińskiego.

Historię Kosińskiego opisał w grudniu szwajcarski „Das Magazin”, a jakiś czas po nim polskie media, skupiające się najczęściej na „Polaku, dzięki któremu wygrał Trump”. Tak naprawdę trudno jednak precyzyjnie odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu to właśnie Kosiński przyczynił się do ostatniego przełomu w politycznym marketingu, a w jakim był to skutek ogólnego postępu w rozwoju metod przetwarzania Big Data.

Na czym polega ten przełom? W pierwszej kolejności na zdolności do precyzyjnego „odczytania” z danych modelu psychologicznego i światopoglądowy dowolnej osoby. Następnie konieczne jest przygotowanie odpowiednio sprofilowanych komunikatów uwzględniających różnice pomiędzy wyborcami. Następnie rozesłanie ich pod odpowiednie adresy za pomocą komunikatorów, sieci społecznościowych, telewizji cyfrowej i kontaktu osobistego.

CZYTAJ TAKŻE: Kleptokracja Putina. Karen Dawisha demaskuje gang prezydenta Rosji

- Samo profilowanie nie jest odkryciem, którego dokonano wczoraj. Podobne techniki stosuje się także w badaniu postaw internautów czy stopnia ich osobistego zaangażowania w poszczególne tematy polityki czy debaty publicznej. Weźmy na przykład reformę górnictwa. Możemy tu oczywiście zbadać opinie ogółu polskich internautów. Ale możemy też bez problemu zawęzić obszar takiej analizy na przykład do samych górników. I dość precyzyjnie określić, jakie są ich poglądy na ten temat, jak różnią się w zależności od miejsca zamieszkania, wieku czy nawet w powiązaniu z preferencjami wyborczymi. Istnieją do tego odpowiednie narzędzia i są dostępne na polskim rynku. - mówi Michał Fedorowicz.

Ale to właśnie w kampanii Trumpa zastosowano je w skali nie mającej dotąd precedensu. Rachunek za samo przetwarzanie danych wyniósł co najmniej 15 milionów dolarów - przynajmniej takie koszty zostały ujawnione oficjalnie.

Na potrzeby kampanii Trumpa Cambridge Analytica przeprowadziła masowy skup danych osobowych ze wszystkich możliwych źródeł. Nie tylko tych pochodzących z sieci społecznościowych, ale także z wypisów z ksiąg wieczystych, ubezpieczeń zdrowotnych, list wyborczych, rozmaitych rejestrów biznesowych. Nie gardzono nawet danymi z programów lojalnościowych supermarketów. W efekcie powstała baza danych dostarczająca naprawdę kompleksowej wiedzy na temat amerykańskiego elektoratu. Zarówno na poziomie całego społeczeństwa, jak i na poziomie pojedynczego wyborcy. Dziś przedstawiciele Cambridge Analytica twierdzą, że dysponują już profilem psychologicznym… każdego z 220 milionów dorosłych Amerykanów.

Tu warto pamiętać, że poza pieniędzmi i możliwościami ich pozyskiwania jest jeszcze jedna kwestia, która znacząco różni kampanijną Polskę od Stanów Zjednoczonych. W naszym kraju - z wyjątkiem może wyborów samorządowych w niektórych regionach - właściwie nie mamy tradycji kampanijnego pukania do drzwi wyborców. Partyjne struktury są zwykle zbyt słabe i zbyt mało liczne, by przeprowadzić taką akcję w skali całego kraju. Najsilniejsza politycznie polska partia, czyli Prawo i Sprawiedliwość ma ledwie 30 tysięcy członków. Platforma Obywatelska - po sporej fali odejść - nie więcej niż 20 tysięcy. Samo członkostwo w partii bynajmniej nie gwarantuje, że dana osoba będzie gotowa ruszyć w teren i przekonywać do głosowania. Wynika to z różnych powodów - od stopnia obciążenia pracą zawodową, poprzez całą sferę motywacji do zaangażowania politycznego aż po kwestie osobistych predyspozycji. Dlatego gdyby przyszło co do czego - i działacze partii mieliby ruszyć na ulice, by pukać do domów wyborców, by ich policzyć, od obecnych - i tak skromnych liczb członków partii - należałoby co najmniej odjąć zero. Pewnym wyjątkiem jest masowe wręcz jak na polskie warunki PSL - do partii należy ponad 100 000 osób - ale elektorat ludowców w ponadprzeciętnym stopniu związany jest z lokalnymi strukturami partii - tam swoistym ręcznym „mikrotargetowaniem” od lat zajmują się działacze gminnego szczebla.
Dlatego przed polskimi wyborami raczej nie zobaczymy na ulicach wolontariuszy wyposażonych w aplikację od Cambridge Analytica lub analogicznej firmy, która przed zapukaniem do drzwi danego domu, informowałaby, jakie profile psychologiczne i światopoglądowe mają jego mieszkańcy. Taką aplikacją posługiwali się w ostatnich miesiącach ludzie ze stanowych i okręgowych sztabów Trumpa - pomagała im ona także w dobraniu odpowiedniego schematu rozmowy z danym wyborcą.

Ale w Polsce kampania tak nie wygląda. Działania oparte o mikrotargeting siłą rzeczy ograniczałyby się przede wszystkim do sieci. Nie zmienia to faktu, że i tam byłyby jednak niezwykle efektywne - gdyby tylko zostały zastosowane zarówno z odpowiednim rozmachem, jak i w zgodzie z regułami sztuki. Co to znaczy? W dniu trzeciej debaty prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych sztabowcy Trumpa wysłali aż 175 000 różnych wariacji jego argumentów - przede wszystkim w postaci postów i wiadomości na Facebooku. Komunikaty różniły się tylko detalami, tak aby psychologicznie i kulturowo jak najlepiej trafiały do konkretnych odbiorców: różne były tytuły, leady, zastosowane kolory, różny był dobór zdjęć i materiałów wideo. W efekcie powstała cała paleta przekazów o zróżnicowanym rozkładzie akcentów i znaczeń. Dla każdego, coś dobrego. Polscy politycy wiedzą już o istnieniu tej czarodziejskiej różdżki, za pomocą której mogliby całkowicie zmienić - na swoją korzyść - dotychczasowe reguły rządzące komunikacją z wyborcami. Wiele wskazuje jednak na to, że nie będą mogli po nią szybko sięgnąć. Przeszkodą będą przede wszystkim pieniądze, pod znakiem zapytania stoją też kwestie prawne. Sporo do życzenia zdają się też pozostawiać standardy obowiązujące w polskiej politycznej „kuchni”.

- W Stanach technologie mikrotargetowania są rzeczywiście wysoko rozwinięte, ale i tak podejrzewam, że informacje o oszałamiających wynikach uzyskanych właśnie ta drogą, mogą być cokolwiek przesadzone. Nie zmienia to jednak faktu, że nie widzę szans na efektywne zastosowanie podobnych metod w polskich kampaniach. U nas nadal sporym osiągnięciem pozostaje wydrukowanie zwykłej ulotki bez żadnych błędów - ironizuje Pawłowski.

CZYTAJ TAKŻE: Kleptokracja Putina. Karen Dawisha demaskuje gang prezydenta Rosji

Wszystko wskazuje więc na to, że polscy politycy nie nauczą się szybko „czytania w myślach” wyborców. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że możemy odetchnąć z ulgą. Nie jesteśmy bowiem sami w naszej części świata. A o wpływ na kształt polskiej debaty publicznej walczą dziś naprawdę nie tylko krajowe podmioty. Co więcej, skala środków angażowanych do dezinformowania Polaków czy huśtania polskimi nastrojami społecznymi jest już teraz na tyle znaczna, że jej rozszerzenie o najnowocześniejsze i najbardziej kosztowne metody wcale nie wydaje się nieprawdopodobne.

- To, co najbardziej mnie niepokoi, to myśl, że technologie profilowania i mikrotargetowania wyborców mogą zostać wykorzystane w Polsce nie przez krajowe partie polityczne, ale przez którąś ze światowych potęg o niekoniecznie dobrych wobec nas zamiarach. Rosja czy Chiny sięgając po taką broń nie musiałyby liczyć pieniędzy, ani troszczyć się o legalność pozyskiwania danych. Co gorsza, mogłoby się okazać, że zastosowanie tych metod byłoby naprawdę skuteczne - mówi Rafał Matyja.

Rosja już dziś posuwa się na tyle daleko w działaniach propagandowych i dezinformacyjnych w naszym regionie, że niektóre kraje - jak Czechy - tworzą specjalne agencje do walki z dezinformacją.

- Nie jest żadną tajemnicą, że już teraz obserwujemy różne próby wpływania z zewnątrz na poglądy czy postawy internautów. I to na dość szeroką skalę. Mikrotargetowanie, czy profilowanie wyborców mogą być niezwykle efektywnymi metodami wpływania na polskie sprawy z punktu widzenia obcego państwa. A pamiętajmy tu, że środki jakimi dysponowałoby to obce państwo, byłyby nieporównanie większe od tych, którymi dysponuje choćby najbogatsza polska partia polityczna. To poważne zagrożenie. - mówi Michał Fedorowicz. - To może być realnie niebezpieczne dla suwerenności naszej debaty publicznej i procesu wyborczego - nazywa rzezy po imieniu Rafał Matyja.

Niezależnie więc od tego, czy ktokolwiek w naszym kraju będzie próbował sięgać po metody profilowania i mikrotargetowania wyborców, i tak musimy nauczyć się przed tym bronić.

Żłobki tylko dla szczepionych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 7

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jorge

Najpierw amerykanizacją, potem europeizacją i jakie to czyniono manipulacje, aby wszystkich przekonać do tego, że "albo UE, albo Białoruś".

b
buldog

Rozmawialiśmy o tym trochę na forum Świat GW, nie chce mi się powtarzać przedstawionych tam argumentów. W sprawozdaniach i materiałach reklamowych tych spin doktorów to na pewno wygląda super, ale głosów Trump zdobył mniej, niż Clinton.
Znam firmę, która zamawiała ogłoszenia zgodnie z taką nowoczesną metodologią i dostawała przeciętnie 2 zgłoszenia/reklamę. Po napisaniu ogłoszenia porządnie (bez wspomnianych zaleceń) było ponad 70 zgłoszeń.

Niewykluczone też, że gdyby się wcześniejsi wykonawcy nie trzymali wytycznych autorytetów, byłoby jedno zgłoszenie, albo mniej...

G
Gość

i gładko łykają propagandową zagrychę posmarowaną boksem, doprawioną futbolem.
Jedni wrzucają do komputerowej czarnej skrzyneczki gów.enka prosto z emocjonalnie podgrzanych czerepów,
a inni z tej samej komputerowej czarnej skrzyneczki wyjmują "szczere, prawdziwe złoto".
Takiego totalnego, masowego, postępowego i nowoczesnego skretynienia
w całej swojej historii Świat jeszcze nie widział.
Umysły skażone totalniackim, bolszewickim "kto nie z nami, ten przeciwko nam" spychają na wrogie pozycje,
i zupełnie nie potrafią pojąć, nawet dopuścić wątłej myśli, że nie tylko oni istnieją na tym świecie.
Tezom zawartym w artykule powyżej przeczą wydatki na kampanię prezydencką.
Hillary Clinton445,7 mln $,
Donald Trump 238,4 mln $,
Wszyscy kandydaci Demokratów 679,2 mln $,
Wszyscy kandydaci Republikanów 399,0 mln $.
Źródło: Federal Election Commission, dane do 19 października 2016.
Chyba jednak to nie sztuczki na podatnych na manipulację łebkach przyczyniły się do zwycięstwa Trumpa.
Czyżby odezwał się zbiorowy instynkt samozachowawczy społeczeństwa amerykańskiego?
"Milton Friedman podczas swego pobytu w Polsce w roku 1990 opowiadał, jak to przeżył wstrząs,
kiedy pewnego razu sięgnął po program Partii Komunistycznej USA z lat 20–tych i przekonał się,
że wszystkie ówczesne postulaty tej partii zostały w Ameryce zrealizowane."(SM)

d
dr Marco

zawsze jak idę do lucypera popedałować to najpierw czytam w jego myslach czy mam kupić dyktę czy mózga

S
Snowball

Na 2 stronie najpierw piszecie dr Kamiński, a potem Kosiński

F
Felicja

Minority report film

_V_

DEIR - Wereszczagin. Zapraszam do lektury.

Dodaj ogłoszenie