18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Krzystek: Kłamstwa propagandy PRL dowodziły tylko jednego - dokopali im strasznie

Redakcja
Waldemar Krzystek
Waldemar Krzystek Fot. DARIUSZ GDESZ / POLSKAPRESSE GAZETA WROCLAWSKA
- Nie wierzyliśmy w kłamstwa PRL-owskiej propagandy. Dowodziły one przecież tylko jednego: dokopali im strasznie - mówi Waldemar Krzystek, reżyser i współscenarzysta filmu "80 milionów", w rozmowie z Hanną Wieczorek.

Pamięta Pan, co robił 3 grudnia 1981 roku?
Pamiętam, co robiłem 13 grudnia, ale 3 nie. Pewnie byłem we Wrocławiu albo w Katowicach.

13 grudnia wbił się Panu w pamięć z powodu wprowadzenia stanu wojennego?
Nie tylko. Kończyłem właśnie szkołę filmową w Katowicach i w nocy 13 grudnia wróciłem do Wrocławia, po, hmm, takim przyjęciu w akademiku. Świętowaliśmy z Krzysiem Lange obronę dyplomu. Najpierw na uczelni dziekan gratulował nam, że obroniliśmy jedne z pierwszych dyplomów na uczelni, potem było to przyjęcie, pamiętam, że Maanam śpiewał bezustannie "a planety wirują, wirują...". W nocy wróciłem do Wrocławia, ale wstałem o 10 rano, żeby włączyć radio na "Godzinę Beatlesów" w Trójce. No i radio nie działało, a nad Wrocławiem latał helikopter. Myśleliśmy z żoną, że był jakiś wypadek, bo w tamtych czasach helikoptery rzadko latały nad Wrocławiem. W końcu żona włączyła telewizor, który też nie działał, ale po chwili śnieżenia pojawił się obraz i generał Jaruzelski oznajmił, że ogłoszono stan wojenny. Pojechaliśmy więc na Mazowiecką [tam mieściła się siedziba dolnośląskiej Solidarności - red.], ale była już obstawiona przez ZOMO. Wiedzieliśmy, że wojna się już zaczęła.

Kilkanaście dni później pojawiają się pierwsze informacje o 80 milionach dolnośląskiej "S". Zwrócił Pan uwagę na te doniesienia?
Wszyscy zwrócili uwagę. To były tak ewidentne kłamstwa, że nie dało się ich nie zauważyć. Już wcześniej słyszałem, że Solidarność pobrała z banku te pieniądze. To była normalna rzecz - jak ktoś ma pieniądze w banku i je zabiera, to co w tym niezwykłego? Dopiero ten propagandowy atak, który później nastąpił - że to są złodzieje, malwersanci, że uciekli z tymi pieniędzmi za granicę - pokazał, że jednak rzecz była niezwykła.

Nie uwierzył Pan? 80 milionów to kupa kasy, może skusić nawet świętego.
Każde kłamstwo, żeby mieć pozory prawdy, musi być dobrze skonstruowane. Propaganda PRL-owska wykorzystała takie punkciki prawdy. Kto mógł wtedy, emigrował za granicę, nikogo więc nie zdziwiło, że kolejna osoba "wybrała wolność". Że cała trójka znalazła się w Wiedniu? Zgadza się, tam był obóz przejściowy. Na tych punkcikach prawdy upleciono sieć totalnego kłamstwa. I rozpoczęto nagonkę, dodając, że grozi im najwyższy wymiar kary, jak w aferze mięsnej. Tyle że w moim środowisku nikt im nie uwierzył. Myśleliśmy jedno: - Ale musieli im dokopać. Jeeezu, ale ich to zabolało, że zabrali im te pieniądze. Jak im zależy, żeby teraz te miliony znaleźć.

Był Pan po dyplomie. Czy już wtedy pomyślał Pan, że to świetna historia do opowiedzenia filmem?
Nie, cała sprawa była za świeża. Przygotowywałem się wtedy do filmu dyplomowego, gotowy był nawet jego scenariusz. Z Zespołem OKO miałem robić "Obronę Grenady" Brandysa. Ale przyszedł stan wojenny i dostałem pismo, że w obecnej sytuacji realizacja filmu jest niemożliwa. Ja tak bardzo chciałem robić ten film, że w pierwszym tygodniu stanu wojennego poszedłem na komendę i mówię, że mam bardzo ważny powód, by zadzwonić z ich telefonu. Bo wtedy była taka możliwość, że w razie zagrożenia życia czy innych ważnych spraw można korzystać z milicyjnego telefonu. Kiedy usłyszeli, że muszę zadzwonić do Warszawy, do zespołu filmowego, bo miałem film robić, to oni o mało ze śmiechu ze stołków nie pospadali. A ja myślałem sobie: - Co się, buce, śmiejecie, ja mam film robić, to jest ważna rzecz.

Czytaj także:
* Kaczorowska: Kiszczak wiedział, że miliony Solidarności są w Kościele. Jednak bał się skandalu
* "80 milionów": Film o sensacyjnym epizodzie z dziejów dolnośląskiej Solidarności

Minęło sporo czasu, żeby dojrzał Pan do zrobienia filmu o 80 milionach.
Musiało ileś tam lat upłynąć, a odbyło się to tak, że pewnego dnia Marcin Kurek, producent, spotkał się ze mną i powiedział: - Przecież ty wszystko o tamtych czasach wiesz, byłeś tam blisko, może byś zrobił film o 80 milionach? To była ta "iskra leninowska", która uruchomiła ogień.

Dlaczego więc nie powstał film dokumentalny?
Ówczesne władze telewizji publicznej nie chwyciły tego tematu, uważały, że jest to nieważne. Byłem na takim spotkaniu, na którym jeden z pełniących obowiązki dyrektora powiedział: - Nie czas teraz marnować pieniądze na kręcenie filmów o Solidarności. Kiedy to usłyszałem, poczułem, że nie chce mi się już z nim rozmawiać, przekonywać ich. Do widzenia. Zrobiliśmy więc jedynie wersję kinową, bez udziału telewizji. Czasem mówimy o misji telewizji publicznej. I jeśli się okazuje, że nie mamy robić filmów o wspaniałym, pozytywnym wydarzeniu z historii Polski, to właściwie o czym mamy je robić? Bo stan wojenny i tygodnie go poprzedzające były ciemną nocą. Wszyscy czuli, że coś się ma wydarzyć, byli przerażeni, zmęczeni czekaniem, panowała taka bezwolność. I nagle okazało się, że byli we Wrocławiu ludzie, którzy mieli siłę, wolę, energię, żeby działać, uprzedzili stan wojenny, zrobili wspaniałą rzecz. Jeżeli o tym mamy nie robić filmów, to o czym mają one być?

Nie żal Panu, że nie ma zainteresowania naszą historią? Że tak trudno pozyskać środki na filmy, które dotyczą przecież też dzisiejszej Polski.
To zresztą nie dotyczy tylko tego jednego filmu. Przecież obraz o Annie Walentynowicz robi kto inny, o papieżu nie robimy my. Wszyscy wokół będą robili filmy o naszej historii, a my? Może warto byłoby sprawdzić, co my w tym czasie zrobiliśmy i do czego dołożyliśmy pieniądze. I kto podejmował decyzję. Na całym świecie robi się takie rozliczenia. Kiedy 11 firm producenckich odrzuciło scenariusz "Plutonu" w Stanach Zjednoczonych, a później był to wielki sukces - Oscar, miliony widzów, zresztą film jest do dzisiaj bardzo znany, to właściciele tych wytwórni kazali sprawdzić, kto czytał ten scenariusz i kto go odrzucił. A później wyrzucili z pracy tych ludzi, bo uznali, że się nie nadają do branży, jeżeli nie zauważyli potencjału czytanego scenariusza. W Polsce nie lubimy rozliczeń. A są potrzebne, żeby się ludzie puknęli w głowę, zanim po raz drugi powiedzą coś głupiego. Bo co? Według tego pana Solidarność była nieważna?

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

b
bez emocji

Jak się nie ma innych argumentów to zawsze można sięgnąć do PRL. Teraz z perspektywy czasu można mówić co się chce i co ślina na język przyniesie. Może kiedyś ktoś oceni ten okres obiektywnie , bez zbędnych emocji i chęci zrobienia kariery na epizodach.

G
Gość

Media popieraja jedynie słuszną partię. To jest fakt. Jak bardzo potrafią manipulować informacją, aby otumanić ludzi było widać 11.11.11 Wielki, kilkudziesięciotysięczny Marsz Niepodległości (są szacunki. że było 90 tys. ludzi!) NIE ZAUWAŻONY przez mainstreamowe media! Jak w PRLu! Ani MINUTY z przemarszu, a jedynie pokazy walki prowokatorów policyjnych i kilkudziesięciu ogłupiałych ludków z policją. Faszystowską, niemiecką antifę i lewaków przedstawiano jako uczestników Marszu! Dopiero dziennikarze obywatelscy pokazali jak wyglądał NAPRAWDĘ Marsz Niepodległości. Zobaczyć na youtube, na wpolityce.pl, Nowym Ekranie, niezalezna.pl. O 11.11.11 powinien powstać film, który pokaże jak władza potrafi manipulować przekazem z wydarzeń, opisze dzień, gdy kłamstwo i nienawiść królowało w mediach.

H
HistoryJa

Szwagier widział wczoraj jak po Lublinie łazili "samopowieszeni" i oskarżeni o porwanie i zabójstwo K. Olewnika. Chodzili w towarzystwie "samozastrzelonego" gen. Marka Papały. Tuż za nimi podążał "samoporwany" i "samoutopiony" ks. Jerzy Popiełuszko. Obok szli "samopowieszeni" wicepremier A. Lepper, były dyrektor kancelarii premiera D. Tuska, G. Michniewicz, szyfrant SWW sierżant. S. Zielonka, nieujawniony z imienia i nazwiska oficer SKW, Barbara P. ,funkcjonariuszka ABW...

Czy nie zdziwiło cię, że akurat wczoraj dokonano zmasowanych przeszukań w majątku p. Olewników, a nie dwa dni temu czy za tydzień? Medialnie na to spojrzeć trzeba, medialnie, bo funkcjonariusze do p. Olewników weszli o 6 rano, a 3 godziny po nich premier przedstawił skład nowego rządu prezydentowi. Teraz piszą, że są dowody na fakt "samouprowadzenia".

Czy czasem ta wczorajsza akcja i dzisiejsze informacje nie są sygnałem dla zleceniodawców tej zbrodni, że mogą nadal spać spokojnie???

Dodaj ogłoszenie