Kryzysu jeszcze nie ma, ale ludzie od kilku lat żyją tak, jakby był

Anita Czupryn
Paweł Relikowski/Gazeta Wrocławska
Żyją z obezwładniającym lękiem przed utratą pracy. Niezależnie od stanowiska, pozycji w firmie czy wysokości pensji ich strach jest podobny. Bo kredyty, bo dzieci, bo żadnego zabezpieczenia. To kryzys optymizmu społecznego - pisze Anita Czupryn

Do końca tego roku pracę w Polsce może stracić ćwierć miliona ludzi - alarmuje Główny Urząd Statystyczny. Już w tej chwili w urzędach pracy zarejestrowanych jest prawie 2 mln bezrobotnych - w ciągu ostatniego roku ta liczba wzrosła o ponad sto tysięcy. Lęk przed utratą posady, a co za tym idzie - stałych zarobków, powoduje, że spada optymizm społeczny. To już kryzys czy raczej wygodne słowo wytrych, za pomocą którego pracodawcy usprawiedliwiają oszczędności, cięcia i zwolnienia?

- Kryzys? Jaki kryzys? To przede wszystkim kryzys medialny, który nakręca ludzi, więc przestali kupować. "Nie kupię nowego telewizora, bo mówią, że jest kryzys i ma być coraz gorzej. Nie kupię teraz mieszkania, bo kryzys i będą jeszcze tańsze". A przecież gospodarkę napędza konsumpcja, a ona jest wyhamowana. Rynek wewnętrzny zduszony jest przez wrogą propagandę kryzysową. Banki też się usztywniły. Z jednej strony duszą się od nadmiaru pieniędzy, a z drugiej obawiają się dawać kredyty, zaostrzają kryteria ich udzielania. Ta sytuacja jest chora - uważa poważny biznesmen z południa Polski. Bo on sam kryzysu, jako takiego, nie widzi. - Mam przyrosty w sprzedaży towarów takich jak papier czy materiały biurowe, choć już jeśli chodzi o sprzedaż mieszkań, to mam zastój - przyznaje. Gryzą go za to inne problemy. - Głośno mówi się o bezrobociu, ale ja wciąż szukam ludzi do pracy. Tyle że dobrych pracowników jak na lekarstwo. Płacę firmom headhunterskim za szukanie ludzi do pracy. Przez 24 lata, odkąd prowadzę firmę, nie zdarzyło się, aby moi pracownicy dostali pensję dzień później. Ale tego nie szanują. I nie szanują pracy. Pracownik w każdej chwili może rzucić papierami. Dlatego dla mnie umowy na czas określony są zdroworozsądkowe.

Wielu przedsiębiorców w poszukiwaniu oszczędności inwestuje w systemy automatyczne, licząc, że zwróci im się to, jak zwraca się instalacja gazowa w samochodzie. Stawiają na wydajność i efektywność, co często sprowadza się do zwolnień i podkręcania śruby. Bo zasoby ludzkie są drogie, utrzymanie pracownika coraz kosztowniejsze. Inni, by obniżyć koszty, proponują swoim pracownikom, aby jednego dnia w miesiącu brali urlop bezpłatny. Pracownicy nie mieli wyboru. Właściciel tłumaczy: - Kiedy jest dylemat: albo zwolnienia, albo urlop bezpłatny, mądry pracodawca wybierze to drugie. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że żadne z tych rozwiązań pracownikom się nie podoba.

Jeśli wyskoczy coś nieprzewidzianego, to nie ma zapasu, oszczędności - nic. I to jest ten strach. Tu on mieszka, w tym braku jakiegokolwiek koła ratunkowego. Łatwiej jest parom niż singlom

Malwina, prezeska firmy internetowej, też uważa, że to media nakręcają kryzys. - Pracy jest dużo. Zleceń również. W sprzedaży reklamy internetowej rok do roku mam 150-procentowy wzrost. Nie widzę zahamowania ani spowolnienia gospodarczego. Problem tkwi w tym, że nie mam odpowiednich ludzi do pracy. To niepopularne, co powiem, ale prawda jest taka, że ludziom robić się nie chce. Leniwi są strasznie. Dziś wiele firm chętnie zainwestuje w wykształcenie i wyszkolenie pracownika, aby tylko chciał się uczyć. Ale nie chcą. Kombinują. Daję umowę o pracę, a laski uciekają mi w ciążę. Wydaję na pracownika 1500 zł miesięcznie, a on nie generuje przychodów, przynosi zaledwie 200 zł.

Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej z punktu widzenia zwykłych pracowników. Dorota miesiąc temu wróciła do pracy po urlopie wychowawczym. Pracuje w warszawskiej agencji PR. - Usłyszałam: "Musisz przejść na pół etatu albo cię nie zatrudnię. Kryzys". Zgodziłam się, bo nie miałam wyjścia. Trzęsę tyłkiem ze strachu, bo mam dziecko. Wcześniej żyłam tak, jak mi się podobało. Teraz lęk związany z utratą pracy jest obezwładniający. Boję się powiedzieć w pracy, że dziecko mi choruje - przyznaje Dorota.
Hasło "kryzys" powoduje, że szef może więcej wymagać od pracowników. W agencjach reklamowych klienci, czyli duże firmy, pozrywali długoterminowe kontrakty. Pracy wcale nie jest mniej, ale za mniejsze pieniądze. Firmy zabezpieczają się, generując oszczędności. Maciej, 43-letni współpracownik znanej w Polsce korporacji związanej z mediami i reklamą, na hasło "kryzys" wzrusza ramionami, bo tę śpiewkę w jego firmie słyszy od kilku lat. Pracuje od 11. - Początkowo były to tylko zapowiedzi, że będzie gorzej, że będą cięcia kosztów. Zaczęło się od cięć socjalu, który w naszej firmie i tak był bardzo nikły, oszczędzaliśmy nieco absurdalnie - na papierze do drukarki, na plastikowych kubkach do kawy. Szefowie wciąż zapowiadali, że zrobią wszystko, by nie zwalniać ludzi, że to my tworzymy firmę, że jesteśmy najważniejsi. Nikt z zespołu, poza szefami, nie ma stałej pensji. Nasza wypłata zależy od wykonanych projektów - opowiada. Niegdyś projekty były mniejsze lub większe, niektóre bardzo czasochłonne, za to ambitne, często nagradzane. Jakiś czas temu zapowiedziano im, że te większe, owszem, mają robić nadal, jeśli mają takie ambicje, natomiast ich wycena będzie dokładnie taka sama jak wycena tych małych duperelek. - Idziemy w ilość, nie w jakość. Jeśli pracowałeś nad projektem dwa miesiące, dostajesz za to kasę, z której nie jesteś w stanie przeżyć, masz satysfakcję i zero na koncie. Wielu z nas ogromną trudność sprawiło przestawienie się z dużych projektów na małe głupotki, które tak naprawdę są w stanie wykonać ludzie bez większego doświadczenia. Łyknęliśmy jednak hasło "rynek się zmienia" bez większych dyskusji postraszeni wizją naszych niespłaconych kredytów. Początkowo nikt z bardziej doświadczonych członków naszego zespołu nie obawiał się zwolnienia.

Mieli nawet swoje typy: jeśli ktoś poleci, to X (ciągle ma jakieś wpadki, nie uczy się), Y (leń, obibok, niedokładny), Z (niedawno przyjęty, wg nas nie sprawdza się). Pierwsze zwolnienia przynoszą dezorientację: X, Y, Z na niezachwianej pozycji, zwolniono za to dwóch szefów działów - z doświadczeniem, w miarę dobrze opłacanych. Korytarzowe szeptanki prowadzą do jednego wniosku: najcenniejsi dla firmy będą teraz najtańsi pracownicy. Wkrótce okazuje się, że nowo przyjęte osoby zarabiają dwa razy mniej niż ci starzy, są dyspozycyjne, nie mają specjalnych wymagań ani ambicji, wykonują polecenia bez mrugnięcia okiem. Doświadczenie przestaje być atutem. - Znajomi pukają się w czoło: czego się boisz, ciebie nie zwolnią. Tymczasem widzę, że wokół mnie i innych "starych" atmosfera gęstnieje. Przestajemy dostawać zlecenia do realizacji. Szefowie mówią: Musimy więcej pracować, żeby przetrwać. Jak się okazuje, "my" to tylko my, bo oni sami raczej nie pracują więcej.

Maciej wprost zapytał swojego szefa: Firma zamierza mnie zwolnić? - Wszyscy jesteśmy zagrożeni i musimy się bardziej starać - to cała odpowiedź. W firmie panuje strach. Oczywiście najmniej boją się ci nowi. Najmniej do stracenia, jeszcze nie mają kredytów, jeszcze nie mają dzieci, niepracujących żon, starych rodziców na utrzymaniu.

- Wiesz, co jest w tym najgorsze? Nie niepewność, ale kompletny brak reguł. Dotąd miałem pewność, czy wykonałem dobrze projekt, czy dałem ciała. Teraz ocena projektu zależy od humoru szefów, który na ogół jest zły. Im gorsza ocena, tym gorsza wycena. Nie wierzymy, że wszyscy nagle zaczęliśmy gorzej pracować. Znowu pytamy, czy mają zamiar nas zwolnić. "Robimy wszystko, żeby ocalić ludzi w kryzysie" - słyszymy, ale nikt z nas nie ma takiego poczucia. Być może powinniśmy zwolnić się sami? - zastanawia się Maciej. Wie, że jego koledzy też tak myślą. Wszyscy mają kredyty. Nie, żadne rezydencje pod miastem, żadne wypasione samochody, zwykłe kredyty mieszkaniowe, używane auta za kilka tysięcy, zarabiając nieco powyżej średniej krajowej, nie żyliśmy ponad stan. - Sądziliśmy, że po czterdziestce, inwestując wcześniej w siebie, mając już ustabilizowane życie rodzinne, wyrośnięte dzieci i jakie takie zarobki, będziemy mogli - uczciwie i ciężko pracując - zasłużyć na odrobinę spokoju i pewności jutra, na jasne reguły gry. Tymczasem znów czujemy się jak studenci na życiowym starcie. Tylko głowa już siwa - kończy Maciej.
Niewielkie firmy zatrudniające poniżej 20 osób z kryzysem radzą sobie tak, że tam pracownicy robią wszystko, nie bacząc na oficjalnie przypisany im zakres obowiązków. Renata jest kierownikiem średniego szczebla w firmie inżynieryjnej. Jej funkcje to stanowisko dyrektora do spraw pozyskiwania zleceń, menedżer projektów, kierownik biura i prawa ręka prezesa. - Jestem też grafikiem, informatykiem i czym tam jeszcze. I to mnie różni od urzędasów z sektora publicznego, którzy za porównywalną pensję potrafią głównie pić kawusię - mówi rozgoryczona. Zleceń nie jest mniej, bo firma zajmuje się głównie zadaniami dla samorządów, gdzie budżety są rozplanowane dość regularnie. - W branży ochrony środowiska, zadań przeciwpowodziowych, retencyjnych zawsze są zlecenia - mówi. Inna sprawa, że rynek robi się coraz trudniejszy i ciaśniejszy. - Widzę jednak, jak kurczy się zainteresowanie merytorycznymi szkoleniami . Wynika to po prostu z oszczędności, a te najczęściej tyczą się rozwijania umiejętności pracowników. W tym kontekście zawsze mnie przeraża ilość absolutnie bezsensownych szkoleń, jakie funduje się ze środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki.

Pracownicy w firmie Renaty nie żyją w lęku. - Mamy tyle pracy, że zatrudniliśmy dwoje pracowników - do projektów, które właśnie robimy. Straciła za to pracę sekretarka. Mój dział zawiaduje teraz tym, co robiła. Spokojnie dajemy sobie radę i kiedy idę do jakiegoś urzędu i widzę w kancelarii panie pijące kawusię w pustym sekretariacie, od razu myślę o tym, że ich pensje opłacamy z naszych podatków. Dlatego nie żal by mi było, gdyby armia urzędnicza poszła na bruk. Problemem polskiej administracji (każdego szczebla) jest wydajność. W mojej firmie większość kadry urzędu marszałkowskiego, urzędu miasta czy tutejszych oddziałów instytucji centralnych nie miałaby prawa utrzymać się dłużej niż kwartał.

A jeśli chodzi o cięcia i oszczędności, to fakt, w tym roku nie było - jak się mówi - gruszy i myślę, że raczej nie ma szans na jakieś większe premie noworoczne. Nasze pensje od 2-3 lat są zamrożone. Jednak żyjemy we względnej stabilizacji.

Zdaniem Renaty wszechobecny w kraju lęk o utratę pracy w jej firmie - wbrew pozorom - spowodował zwiększenie odpowiedzialności za firmę. - Nagle ludzie zaczęli dostrzegać, że to oni generują i wpływy, i koszty. Jeśli coś zawalą, opóźnią - wszyscy na tym możemy popłynąć. Jeśli oszczędniej będą gospodarować, zrezygnują z podwykonawcy i zrobią coś samodzielnie - wszyscy zyskają. Nawet oszczędność papieru, tonerów się zwiększyła. Pracownicy wiedzą, że każda niepotrzebna faktura to ryzyko, że będzie zator finansowy. Pod tym względem trochę zagęściła się atmosfera, bo jest nas mniej niż dzieci w standardowej klasie. Dobrze się wszyscy znamy i łatwo zidentyfikować, kto i co zawalił. A że zaciskamy pasa, to wzajemne pretensje bywają bardziej wystrzałowe. Widzę też, że pracownicy przestali traktować pracę działu, którym zarządzam, jako jakiejś fanaberii. Myślę, że dotarło do nich, że muszą ze mną współpracować - żebyśmy pozyskiwali zlecenia, wygrywali przetargi.

Żyją z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Wygaszają niespokojne myśli o tym, skąd wziąć pieniądze i co będzie za miesiąc. Bo od tych myśli można oszaleć, a one w niczym nie pomagają

Renata jest samotną mamą, ma pięcioletnią córeczkę i kredyt na kolejne 15 lat. - Sama muszę nas obie utrzymać, ojciec nie dorzuca właściwie nic. Wspiera mnie mój tata, który dopłaca mi do kredytu - dzięki temu co miesiąc wychodzimy na zero. Nie mam kasy na urlop, bo nigdy nie dam rady odłożyć więcej niż 500 zł. Nie bywam w knajpach, kinach, na festynach. To o córeczce myślę, gdy zastanawiam się, czy zaszaleć i kupić 2 tony węgla, czy raczej tylko 1,5 na razie, bo kosztuje juz prawie 800 zł za tonę. Wiesz, ciężarem jest to, że w Polsce bardzo często żyjemy na europejskiej granicy ubóstwa. Wydatki na żywność i mieszkaniowe to w moim budżecie 90-95 proc. Te 5-10 proc. to ubrania, leki, przyjemności. Jeśli coś wyskoczy, to nie ma zapasu, oszczędności - nic. I to jest ten strach. Tu on mieszka, w tym braku jakiegokolwiek koła ratunkowego. O wiele łatwiej jest moim kolegom i koleżankom, którzy są w parach. Zawsze jest opcja że to drugie pociągnie wózek przez miesiąc albo i kwartał - mówi.
Utraty pracy najbardziej boją się ci, którzy zarabiają grubo ponad średnią krajową i mają wysokie stanowiska. W dużych korporacjach są to specjaliści od procesów, które gdzie indziej nie występują, pracujący w wąskiej branży i nieposiadający uniwersalnych umiejętności ani doświadczenia. To też ci, którzy dzięki dobrym zarobkom weszli na wyższy poziom życia, wzięli kredyty mieszkaniowe i nie mają oszczędności. Żyją z dnia na dzień. Ci, którzy nie mieli nic, wyjechali za granicę. - Ja również bym wyjechał - mówi młody naukowiec, Leszek z Wielkopolski. - Siedzę w Polsce wyłącznie ze względu na synka. Gdyby nie on, nie byłoby tu mnie już od lat.

Historia zmagań Leszka z pracą zaczyna się w momencie, gdy dostał się na studia doktoranckie. - Mój promotor był przez cały czas zbyt zajęty własnymi sprawami, żeby zawalczyć o stypendium dydaktyczne dla mnie. Więc pracowałem jako dozorca. Sprzątałem klatki, od świtu godzinami odśnieżałem (trafiła mi się akurat zima dekady), sprzątałem gówna meneli w przyblokowym śmietniku. A po pracy ubierałem się w garnitur i szedłem na jakąś konferencję albo dawałem wykład w zastępstwie. Zamiatając chodniki, patrzyłem na przelatujące nad głową samoloty i czekałem, kiedy wreszcie znajdę się w jednym z nich i wylecę na wymarzone stypendium do Ameryki.

Wyleciał kilka lat temu. Na rok. - Z ogromną przyjemnością pracowałem jak tytan, zgromadziłem niewiarygodną ilość unikalnych materiałów i całą bibliotekę książek niedostępnych w Europie. Będąc tam, prowadziłem fascynujące dyskusje z miejscowymi naukowcami, pierwszy raz miałem możliwość poprowadzenia cyklu wykładów. Mówili mi, że jestem świetny w tym, co robię. A potem wróciłem. Trochę zaoszczędzonych pieniędzy szybko wyparowało. Synek poszedł do przedszkola i zaczął chorować, więc skoro i tak nie miałem pracy, zostawałem z nim w domu. Wieczorami, w nieogrzewanej przybudówce (także przy mrozach), wciśnięty między pralkę i pudła z narzędziami skrobałem na laptopie swój doktorat.

Brak normalnych, stałych zarobków był jedną z głównych przyczyn ciągłych napięć w jego związku. Z jednej strony ciągłe zostawanie z chorym dzieckiem w domu było oczywiste samo przez się, z drugiej niegenerowanie dochodów już nie tak bardzo. Po obronie doktoratu i kolejnym, tym razem krótkim wyjeździe na stypendium Leszek rozstał się z matką swojego dziecka. - Próbowałem wszystkiego, jeśli chodzi o pracę: aplikowałem do korporacji, biur, wydawnictw, ale też na stanowiska portiera, kasjera, w McDonaldzie. Oczywiście w tych ostatnich nie przyznawałem się do doktoratu, w tych pierwszych też nie zawsze. W korporacjach mnie nie chcą, bo chyba wyczuwają mój wstręt i poczucie obcości w stosunku do tego, czym i jak się zajmują, domyślają się też, że jeśli tylko pojawi się szansa na stanowisko akademickie, zniknę w mgnieniu oka. Poza tym trudno mi udawać entuzjazm, kiedy po raz setny słyszę zestaw pytań, który obraża moją inteligencję. Co do pracy jako kasjer czy portier - nieprzyznawanie się do studiów doktoranckich powoduje, że w CV pojawia się ogromna, podejrzana luka, trudna do wiarygodnego zapełnienia. Po rozesłaniu setek CV przestałem już starać się o tę pracę, bo to strata czasu. Wolę w tym czasie napisać jakiś projekt, szanse na stypendium mam dużo większe. Udzielam korepetycji z języka obcego, ale konkurencja jest ogromna. W szkole językowej mnie nie zatrudnią, bo od lat nie stać mnie, żeby zapłacić za egzamin językowy i nie mam dyplomu. Ludzie z pokolenia moich rodziców i dziadków najczęściej kompletnie nie są w stanie wyobrazić sobie, jak można nie znaleźć normalnej pracy przez tak długi czas. To im się nie mieści w głowach. A tymczasem prawie każdy z moich, zatrudnionych obecnie bliższych przyjaciół, informatyków, deweloperów, montażystów, miał taki epizod - siedzenie przez pół roku, czasem dwa lata na utrzymaniu rodziców albo partnera w poszukiwaniu pracy. Wszyscy pracowaliśmy też kiedyś ze szmatą albo za barem na Wyspach. Zresztą większość z nich to freelancerzy i sami nigdy nie wiedzą, co będzie za miesiąc.
Znajomy dyrektor instytutu powiedział mu wprost, że konkursy na stanowiska na uczelniach najczęściej organizowane są z myślą o konkretnej osobie. No, bo jak tu pracować z kimś, kogo się nie zna? A jeśli okaże się aspołeczny? U naukowców to się zdarza wcale nierzadko. - Ja byłem zbyt zajęty dzieckiem, doktoratem, drobnymi tłumaczeniami i korepetycjami, żeby wyrobić sobie znajomości. Mimo tego z uporem i naiwnością ślę cały czas swoje papiery na te konkursy. Może wreszcie gdzieś się spodobają. Może wynik tego akurat konkursu nie jest z góry przewidziany.

Jego CV naukowe jest, jak twierdzą naukowcy, imponujące. Zagraniczne publikacje w porządnych czasopismach, badania, stypendia, wykłady na uniwersytetach za oceanem. Tymczasem jego aktualna sytuacja wygląda tak: czeka od dwóch dni z niecierpliwością na nową komórkę (właśnie wygasła mu umowa i podpisze nową), żeby mógł ją sprzedać i mieć jakieś pieniądze na najbliższych kilka dni, no i kupić sobie wreszcie dżinsy, bo chodzi w dziurawych. - Mieszkam u przyjaciela, który nie chce ode mnie pieniędzy za wynajem, ewentualnie zgadza się, żebym mu zapłacił coś kiedyś, jeśli będę miał jakąś nadwyżkę. Tylko dzięki niemu mogę być wciąż blisko synka i zostałem ocalony przed ostatecznym upokorzeniem - powrotem do domu rodziców. Szczęśliwie kilka dni temu zgłosiły mi się trzy dziewczyny na korepetycje i przyjęli mój artykuł do jednej z gazet, więc październik jakoś przekulam. Potem zobaczymy.

Od października miał prowadzić zimowy semestr w dwóch uniwersyteckich instytutach, ale właśnie dowiedział się, że pieniądze za to otrzyma dopiero w lutym. - A już myślałem, że będę miał chociaż te 800 zł miesięcznie pewne. Te zajęcia, swoją drogą, nieomal wymusiłem na znajomych dwóch dyrektorach instytutów, bo sami, choć za każdym razem gdy się spotkaliśmy, obiecywali wsparcie, kiedy przyszło co do czego, pozapominali i nie rwali się do przydzielania mi godzin.

Leszek zauważył, że w sytuacji, w jakiej tkwi, zaczął wytwarzać sobie mnóstwo drobnych rytuałów i przyzwyczajeń, żeby zachować jakiś szacunek dla siebie i nie popaść w ostateczną depresję. - Co tydzień robię sobie listę dobrych rzeczy, które mi się przytrafiły. Czasem wpisuję swoje imię i nazwisko w Google, żeby sobie przypomnieć, że przynajmniej w wirtualnej rzeczywistości jestem kimś. Często spaceruję po polach niedaleko blokowiska, na którym mieszkam. Tam, pod otwartym niebem, potrafię sobie wszystko poukładać, wytłumaczyć, znaleźć radość w różnych dobrych rzeczach, które mnie spotykają i otaczają. Codziennie chodzę do Lidla na drobne zakupy. Mam średni limit 10 zł dziennie na wyżywienie (i właściwie wszystko inne), 15 zł w dni, które spędzam z małym, żeby mógł zjeść coś porządniejszego. Codzienne chodzenie na najdrobniejsze choćby zakupy daje mi chyba poczucie normalności, tak jakbym miał pieniądze, normalnie zarabiał i normalnie wydawał.

Leszek, podobnie jak inni rozmówcy, przyzwyczaił się przede wszystkim do tego, żeby żyć z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Wygaszać myśli o tym, jak to będzie, skąd weźmie pieniądze, co się będzie działo za miesiąc. Mówi: - Można od tego oszaleć, a w niczym nie pomaga. Po prostu wiem, że jakoś to będzie i jakoś jest. Z dnia na dzień.

Wideo

Komentarze 13

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

n
nalpal
Za dwa lata, mamy dogonić Grecję !!? Ale będzie się działo !!!
G
GrzegorzZ
Zgadnijcie jaki ma wzrost Hiszpania lub Gracja :D
G
GrzegorzZ
Na pośredniaki nie liczcie na razie :)
G
GrzegorzZ
Niby jak działa ten reżim?
G
GrzegorzZ
POzdrawiam serdecznie ;)
g
gosia
przecież u nas kryzys to norma i stan permanentny. nie wiem jak to będzie gdy prawdziwy kryzys nadejdzie. na razie odkładam sobie na lokatach w getinie i liczę na to,że się w końcu poprawi choć trochę.
31węzłowy Burke
dopuścili do władzy obecny reżim ciemniaków . Czyli dopuścili swoich. No to na co POmatołki narzekacie, na siebie ? Idźcie do lustra , tam zobaczycie swoje prawdziwe oblicza . To wszystko. Ps. Racja Panie Polo, funkcjonariusze propagandy mają w każdym reżimie lepiej . Ale Szechter zwalnia ...
A
Adam
Ludzie boją się zwolnienia, fakt, ale nie dlatego, że jest kryzys. Gdyby go nie było też by się bali. To normalne, nikt nie lubi wymuszanych zmian. Zawsze będą firmy które przeżywają trudności i firmy które się rozwijają. Zawsze będą ludzie którzy będą przeżywać najgorsze chwile w życiu i ludzie którym akurat się powodzi. Czym jest więc kryzys?

Aby wyjść kryzysu wystarczy sobie powiedzieć: jest kryzys, a więc trzeba coś zmienić. A potem to wykonać i ten konkretny kryzys zniknie. Najwyżej pojawi się inny, ale z innym można dać sobie radę tak samo. Aż za którymś razem uda się wyjść z jednego kryzysu i nie wpaść w inny - tak to działa. Chodzi o to, żeby kryzys traktować jako informację, że coś trzeba zmienić (a nie przeczekiwać, bo to powoduje jedynie frustrację i kryzys pogłębia). Przy takim podejściu kryzys jest raczej rzeczą pożądaną, żeby nie wpaść w stagnację.
G
Gość
czy innego absolwenta. Niech pani idzie do pośredniaka.

Zaczynają się kradzieże: BENZYNY. Bieda - brak pracy - brak pieniędzy, by pracy poszukiwać. Młodzież zaczyna KRAŚĆ.

O ogłoszeniach tego pana i innych - warunki stawiaja takie, że mowy nie ma, aby je spełnić! Natychmiast, każdą drobną procedurę absolwent musi znać. Wymagana. ZERO czasu na przyuczenie. Rok lub więcej pracy na podobnym stanowisku. W zamian: NAJNIŻSZA pensja, zlecenie albo inna śmieciówa. Albo NIC.

Ci prezesi zachowują sie tak, jakby sami WSZYSTKIE rozumy zjedli. ZERO szacunku (niewolnik GENERUJE przychodów)

"Wydaję na pracownika 1500 zł miesięcznie, a on nie generuje przychodów, przynosi zaledwie 200 zł." - a jak ma "generować" przychody, skoro ludzie zaczynają liczyć dosłownie kazdy grosz i chodzenie po domach NIC NIE DA? Dzidzia nie widzi kryzysu, ale złą wolę swojego pracownika. No nie kupi sobie nowego BMW z jego pracy, nie kupi.

Tysiące wysłanych CV, nic...
R
Rumcajs.
z debetem na karcie, to zajarzysz.
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Kryzysu jeszcze nie ma, ale ludzie od kilku lat żyją tak, jakby był
B
Bolek bez Lolka
Kto nie odczuwa kryzysu? Prosze o czytanie ze zrozumieniem ;) Mamy tu wypowiedzi wielu ludzi, przypadkowych bohaterow tego zycia, tej historii.
A dziennikarz po prostu daje im dojsc do glosu. Tytul? Jest tylko na sprzedaz. Smutnym jest fakt, ze ludzie nie czytaja ze zrozumieniem:(
j
jak psy Pawłowa
nie odczuwa kryzysu, bo jej za propagandę dobrze płacą. IV władza na usługach władzy. Nie ma nic bardziej obrzydliwego.
p
polo
ponieważ są zawsze dobrze opłacani.
Moja ulubiona czekista "Anita" też.
Ps.
Na zielonej wyspie, gdzie trawa wiecznie zielona, gdzie świeci poddanym Niegasnące Słońce Peru, nie ma, nie było i nie będzie żadnego kryzysu.
Kryzys, to wroga propaganda siepaczy i awanturników spod znaku PiS.
Dodaj ogłoszenie