Kryzysowe wróżenie z fusów

Dorota Kowalska
W szklanej kuli i kartach ludzie szukają tego, czego dziś im brak: nadziei
W szklanej kuli i kartach ludzie szukają tego, czego dziś im brak: nadziei 123rf
W czasach dekoniunktury, kiedy wszyscy liczą straty, jest branża, która przeżywa hossę. Wróżbiarstwo, przepowiadanie przyszłości, numerologia - specjaliści w tych dziedzinach nie narzekają na brak klientów. Ani pieniędzy. Bo kiedy zawiedli analitycy finansowi, gdy straciliśmy zaufanie do ekonomistów, polityków i wszelkich autorytetów, zostaje nam już tylko magia - pisze Dorota Kowalska

Przeczytaj też inne teksty z Magazynu

Ewa, dobra znajoma, zadzwoniła tydzień temu. Zatroskana: syn dostał z matmy kolejną jedynkę, w pracy ogłosili, że jeszcze w marcu będą zwolnienia grupowe, znów wzrosła rata frankowego kredytu, a pani od sprzątania właśnie się rozchorowała. - Idę do wróża - oznajmiła na koniec tej makabrycznej wyliczanki.

- Gdzie? - nie mogłam uwierzyć. Bo Ewa jest osobą racjonalną, pragmatyczną, twardo stąpającą po ziemi. Doradcą w centrali dużego banku, i to zwykle jej ludzie pytali o radę. Ale zupełnie nie przejęła się moim zdziwieniem.

- U mnie w pracy wszyscy już byli. Widzisz, co się dzieje: kryzys, zwolnienia, trzeba wiedzieć, na czym człowiek stoi - tłumaczyła. - Zresztą, tobie też by nie zaszkodziło, jakbyś do niego poszła - poradziła.
Wizyta u wróża poprawiła jej humor. Dowiedziała się, że pracy nie straci, syn poprawi oceny, złotówka w końcu się umocni, a panią od sprzątania powinna zwolnić, bo ta najzwyczajniej w świecie bumeluje.

Zrobiłam rozeznanie wśród znajomych i znajomych znajomych. Wykonałam ponad pół setki telefonów do ogłaszających się w prasie i internecie przepowiadaczy przyszłości różnego autoramentu (Mogę się z panią spotkać w najlepszym wypadku za tydzień, tylu mam klientów - brzmiała standardowa odpowiedź). Rozmawiałam z psychologami, socjologami i osobami "z branży". Wniosek jest następujący: w czasach kryzysu lawinowo rośnie popyt na usługi znawców wiedzy tajemnej. - Jak zawsze, kiedy ludzie tracą kontrolę nad rzeczywistością i próbują ją odzyskać w każdy sposób - komentuje Tomasz Łysakowski, psycholog społeczny.

Trudno tę hossę zmierzyć, gdyż zawód wróża wymyka się oficjalnym statystykom, ale wykonujący go fachowcy potwierdzają: klientów przybywa. Przybywa też, jak twierdzą, konkurencji. Na ustabilizowany od lat rynek, gdzie były podzielone role i wpływy, wdziera się rzesza głodnych amatorów, którzy chcą uszczknąć choć okruszynę z tego smakowitego tortu. Wystarczy stolik, karty, ewentualnie oprogramowanie komputerowe i już można przyjmować klientów. W ramach działalności gospodarczej (np. doradztwo, trening osobowości), lub na lewo, reklamując się za pomocą poczty pantoflowej.

Za wizytę u wróżki (wróża) zapłacić trzeba od 80 do 300 zł. Numerolog za sporządzenie analizy na podstawie daty urodzenia, imienia i nazwiska weźmie 200-400 zł. Portret astrologiczny (tzw. kosmogram) to wydatek rzędu 500 zł. Pieniądze idą często prosto do kieszeni fachowca, bez podatku.
Niedawno państwo postanowiło opanować ten żywioł, umieszczając w krajowym rejestrze profesji i specjalności zawody ezoteryczne.

Wróżbita stoi pod numerem 514903. Opis jego profesji jest taki: "Świadomie wykorzystując wrodzone uzdolnienia do działania w obszarze zjawisk nadprzyrodzonych, dokonuje wglądu w przeszłe i przyszłe wydarzenia przy zastosowaniu ukształtowanych przez tradycję różnych form wróżenia (...)".

Numer 514901, czyli astrolog, to ktoś, kto "bada wpływ poszczególnych planet układu słonecznego i gwiazd stałych na środowisko ziemskie; określa i analizuje zarówno fizyczną, jak i psychiczną sferę zjawisk wywoływanych przez oddziaływanie określonych konfiguracji planetarnych i gwiezdnych w celu uzyskania informacji dotyczących najczęściej człowieka jego zdrowia, psychiki i losu oraz danych przydatnych w innych dziedzinach życia, takich jak meteorologia czy uprawa roślin".

Zapis ten wzburzył środowisko naukowców, którzy na początku marca w liczbie prawie tysiąca osób z fizykiem PAN, prof. Łukaszem Turskim na czele wystosowali do minister pracy, Jolanty Fedak, "List otwarty w obronie rozumu".

- Ten protest to żywa reklama dla naszego zawodu - mówi Ryszard Zawadzki, psycholog z wykształcenia i wróż z 15-letnim stażem. Ma własną firmę i stałych klientów, którzy ustawiają się u niego w długich kolejach, gotowi za 20 minut rozmowy zapłacić 150 złotych.
To u niego była moja przyjaciółka Ewa i mnie też radziła odżałować pieniądze na wizytę. Poszłam w celu, oczywiście, naukowym.

Ryszard Zawadzki przyjął mnie w swoim gabinecie w warszawskim Śródmieściu. Klientów umawia co pół godziny. W poczekalni ścisk.

- Ludzi jest coraz więcej - przyznaje. - Dopytują, czy stracą pracę, radzą się, jak zainwestować pieniądze albo czy wycofać je z lokat - wylicza.

Przychodzą także pracodawcy, bo nie wiedzą, kogo zwolnić z pracy. - Niedawno była szefowa dużej firmy: miała problem, komu wręczyć wypowiedzenie: osobie na etacie czy pracownikowi przyjętemu na okres próbny, ale sprawniejszemu i bardziej zaangażowanemu - opowiada Zawadzki.
To właśnie jest charakterystyczne dla dzisiejszych czasów: lu-dzie pytają głównie o pieniądze i pracę. Wcześniej rynek wróżbiarski ulegał sezonowym modom. I tak np. we wrześniu i październiku poczekalnie zapełniały zamężne kobiety w średnim wieku, które na wczasach poznały interesujących mężczyzn.

- I na urlopie taka kobieta przeżywała trzy orgazmy dziennie, podczas gdy w czasie 20-letniego małżeństwa nie miała go ani razu. Po powrocie do domu zauważyła z przerażeniem, że mąż nie potrafi jeść nożem i widelcem. Spakowała walizki, pojechała do kochanka, a tam drzwi otwiera młoda kobieta z dzieckiem na ręku, a jej ukochany mówi: "Ja pani nie znam" - opowiada wróż.
Więc mężatka z rozdartym sercem biegła do niego z pytaniem: "Ale co właściwie te słowa miały znaczyć?"

Początek roku, to były pytania o przyszłość, kupno mieszkania, inwestycje. A teraz nic, tylko jak żyć, jaki biznes założyć, żeby się opłaciło, przewalutować kredyt czy nie.

Zawadzki mówi, że identyczny trend obserwował na początku transformacji. Wtedy też Polacy garnęli się do magii: nie potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości, nie rozumieli zasad rządzących wolnym rynkiem albo nie mieli w sobie sił i motywacji, by stanąć do wyścigu szczurów, więc potrzebowali rady. Inna sprawa, że co druga szwaczka zwolniona ze szwalni pod Łodzią nagle odkrywała u siebie "trzecie oko".

Zdaniem prof. Anny Mikołejko, socjologa religii i kultury, ludzie chodzą do jasnowidza, żeby ten pomógł im skonstruować inny obraz sytuacji, w której się znaleźli, nadał jej nowe parametry. - Każdy analizuje rzeczywistość. Jeśli jej obraz nie jest dobry, stara się wraz z najbliższymi dostrzec jakieś nowe, korzystniejsze aspekty. Ale jeśli to się nie udaje, idzie do wróżbity po to, żeby mu pomógł inaczej spojrzeć na własną sytuację. W ten sposób próbuje uwolnić się od poczucia beznadziejności i bezradności, bo one niszczą siłę działania - tłumaczy.

Wróż powie na przykład: "W tej chwili tranzyty są niekorzystne" i to już wystarcza, by skoncentrować uwagę na przemijaniu tego, co złe i na tym, że może są siły, które działają poza nami. Takie słowa dają oparcie - często w tym momencie jedyne.

Po takiej informacji coś zmienia się w świadomości, pozwala nam działać, lub spokojniej czekać na moment, który może zmienić nasze życie. Więc kiedy wszystkie środki zawodzą, gdy czujemy się bezradni, sięgamy po metody niepoznane, z nadzieją, że wyjaśnią coś więcej.

Wiara w moc kryształowej kuli dotyczy zarówno tych, którzy pokończyli studia, jak i niedouczonych absolwentów podstawówek, murarzy, nauczycieli i mężów stanu. Bardzo wrażliwy na wiedzę magiczną był na przykład marszałek Józef Piłsudski, który podobnie jak Tadeusz Boy-Żeleński czy Stanisław Ignacy Witkiewicz brał udział w seansach spirytystycznych.

Piłsudski zresztą opowiadał czasami, jak kiedyś, jeszcze na Syberii, podeszła do niego Cyganka i powiedziała: "Carom budiesz (Będziesz królem)". Po latach ta przepowiednia się spełniła, a Piłsudski całe życie pozostawał pod jej wrażeniem. Adolfa Hitlera, czułego na moc tajemną, zafascynowała z kolei legenda podziemnego państwa Agharty. Według legendy zamieszkiwali ją ludzie, którzy posiedli moc zwaną przez nich vril. Pozwalała ona ożywiać umarłych, przenosić się na inne planety, góry zamieniać w morza i itp. Wejście do podziemnego państwa miało być gdzieś w Tybecie, więc Hitler ściągnął do Berlina kilkunastu Tybetańczyków, by pomogli mu znaleźć do niej wrota. Mnichów, którzy popełnili zbiorowe samobójstwo, znaleźli dopiero Rosjanie, którzy weszli do miasta. Po co Hitlerowi moc vril? Miał ponoć nadzieję, że jego charyzma i siła będzie wtedy jeszcze większa.

- Do jasnowidzów chodzili też inni politycy, chociaż się do tego oficjalnie nie przyznają. Ale człowiek jest tylko człowiekiem, a wróżbici, zarówno ci żyjący w średniowieczu, jak współcześni, przede wszystkim pozwalają odzyskać nadzieję - tłumaczy prof. Mikołejko.

Anna, 43 lata, dwójka dzieci i dwa sklepy na Śląsku, poszła do wróża trzy tygodnie temu. Jej sytuacja wyglądało kiepsko: obroty spadły o 30 proc., ekspedientki zaszły w ciąże, szwagier zaproponował otwarcie nowego biznesu. W życiu prywatnym też szykowały się kłopoty: córki wchodzą właśnie w wiek dojrzewania, zaczynają się buntować, a jej się wydaje, że powoli traci nad wszystkim kontrolę.
- Nie wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim radzić - przyznaje pulchna blondynka z wielkimi, niebieskimi oczami.

Wróżkę Sandrę, która stawia tarota, poradziła jej koleżanka. Z kart wyszło, że ma nie wchodzić do żadnego nowego biznesu. Nie dzisiaj, nie w takich czasach. "Musisz sobie radzić" - mówiła wróżka, sugerując, żeby Anna sama stanęła za ladą. A po pracy znalazła czas na dzieci, wokół których krążą ciemne moce.

- Tak zrobiłam. Dzisiaj sama sprzedaję w sklepie, ale zaoszczędziłam na etatach dla kasjerek. Z córkami chodzę do kina, na spacery i więcej z nimi rozmawiam. Szwagrowi powiedziałam, że muszę pilnować tego, co mam - opowiada Anna.

Karolina, jej przyjaciółka i szefowa w dużej firmie usługowej, do wróżki chodzi systematycznie raz na trzy miesiące. - To nie jest kwestia tylko wróżenia - mówi: zadbana, modna i pewna siebie. - My po prostu rozmawiamy. To trochę tak, jak wizyta w psychoanalityka, tylko że nie leżę na kozetce, ale siedzę za stołem z kartami - tłumaczy.

Monika Dymecka, parapsycholog z Gdańska, zauważa, że oprócz kryzysu finansowego, dopadł nas kryzys osobowości i autorytetów. Politykom nigdy nie wierzyliśmy, krach finansowy podkopał w nas zaufanie do finansistów i doradców, z pomocy psychologów wciąż wstydzimy się korzystać.

Ludzie chodzą więc do wróżek, bo nie wiedzą, gdzie szukać pomocy. Kiedyś w gardłowej sprawie zwracali się do komitetu partii, potem do Solidarności albo do redakcji gazet. Teraz ani partie, ani związki, ani media nie zajmują się sprawami zwykłego Kowalskiego, który pogubił się w życiu. No to Kowalscy z nadzieją spoglądają w gwiazdy, karty, źrenice oka i szklaną kulę.

Na Bałtyckie Spotkania i Targi "Od wahadełka do gwiazd", które Dymecka organizuje od 11 lat w Hali Oliwia, kiedyś przychodziły głównie kobiety z nurtującym je pytaniem: Brunet czy blondyn? Teraz coraz częściej pojawiają się mężczyźni: biznesmeni, właściciele dużych firm, politycy z najwyższej półki. Oprócz wróżek szukają specjalistów od feng shui. Co ma feng shui do kryzysu i biznesu? Bo akwaria i fontanny sprzyjają ponoć przypływowi pieniędzy.

- Mam wrażenie, że trochę zwariowaliśmy - śmieje się, także sam z siebie, Wojtek, 40-letni biznesmen z Podbeskidzia. Przetestował z tuzin wróżów i numerologów w całej Polsce, sam nauczył się wróżyć z run i nie jest w stanie dziś obyć się bez tej pomocy w prowadzeniu interesów. Podobnie jego znajomi. - Jak masz, dajmy na to, milion złotych wolnej gotówki i nie wiesz, jak inwestować, możesz pójść do firmy doradczej albo wróża - mówi. I dodaje, że w czasach kryzysu i nieustannej zmiany, kiedy nie działają żadne reguły, woli zawierzyć przepowiedni niż temu, co wyssą z brudnego palucha analitycy.
- Zresztą jest duża szansa, że przed sporządzeniem raportu finansowego sami pognają po radę do któregoś z gabinetów - uśmiecha się Wojtek. - Wiem o tym, bo moi znajomi tak robią. Lepszy dobry wróż niż doradca szarlatan. Pewniej i taniej - dodaje.

Ale historia zna jasnowidzów, których daru nie kwestionowali nawet naukowcy. Prof. Anna Mikołejko przywołuje chociażby nazwisko Józefa Marcinkowskiego, znanego także jako Akhara Jussuf Mustafa, nauczyciela, adwokata, działacza ludowego i autora książki "Pamiętnik jasnowidza".

- Poszła do niego lekarka, pani dr Joanna Jeleniewska-Król, która postanowiła sprawdzić jego dar. Chciała udawać mężatkę (była wówczas niezamężną studentką), założyła pierścionek tak, by wyglądał jak obrączka. Weszła do pokoju, Marcinkowski stał tyłem, nawet się nie obrócił, tylko powiedział: "Nie udawaj, że jesteś mężatką."

Stefanowi Ossowieckiemu, polskiemu inżynierowi i jasnowidzowi, marszałek Piłsudski przysłał zalakowane koperty. A ten ich zawartość odgadywał bez otwierania. Zdolności Ossowieckiego miały się ponoć rozwijać stopniowo: w wieku 14 lat zauważał u siebie telepatyczne odbieranie myśli, na studiach ujawniły się zdolności jasnowidzenia i telekinezy, zaś w wieku 35 lat zamiast telekinezy pojawiła się u niego umiejętność bilokacji. Na seansach u inżyniera Ossowieckiego bywali Ignacy Paderewski i Józef Piłsudski. Jego doświadczeniami interesowali się Karol Szymanowski, gen. Kazimierz Sosnkowski i Juliusz Osterwa.

- Z usług osób obdarzonych właściwościami jasnowidzenia i wróżenia korzystały w czasie zimnej wojny rządy Stanów Zjednoczonych i ZSRR - opowiada prof. Anna Mikołejko. Były oddziały złożone z takich właśnie osób, przygotowujące się do namierzania obcych baz wojskowych i odczytywania intencji wroga.

Więc może i dziś, w zalewie hochsztaplerów, znajdzie się ktoś faktycznie obdarzony talentami paranormalnymi i pomoże nam ustawić nasze życie?

Ja od wróża wyszłam nastawiona pozytywnie. Na początku przestudiował moją datę urodzenia. Wniosek? To dla mnie trudny, przełomowy okres. Siódmy rok cyklu osobistego. Rozłożył na stole karty do tarota. Wybrałam siedem.

- W najbliższym czasie nikt pani nie zwolni, chyba że sama odejdzie pani z pracy. Ale nie warto. Trzeba przeczekać - poradził. Do lutego 2010 roku. Wtedy otworzą się nowe perspektywy i moje życie zmieni się na lepsze.

Na razie mam uważać na krążenie (ponoć jestem obciążona genetycznie), na nogi i dolną partię kręgosłupa. Wystrzegać się kobiet, które, generalnie, nie życzą mi dobrze.

W najbliższym czasie nie umrę, nie rozwiodę się, nie urodzę kolejnego dziecka. Nie kupię też wymarzonego domu z ogródkiem. Ale będzie dobrze. Trzeba tylko przeczekać ten rok. I kryzys.

Współpraca Irena Łaszyn

Koronawirus fake news. Oto największe absurdy.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie