Krystyna Starczewska: Trzeba uczyć współpracy, nie...

    Krystyna Starczewska: Trzeba uczyć współpracy, nie rywalizacji

    Dorota Kowalska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    O swojej drodze do zawodu nauczyciela i podstawowych mankamentach polskiego systemu edukacji - mówi Krystyna Starczewska, polonistka, filozofka, jedna z bohaterek książki „Belfrzy” autorstwa Doroty Kowalskiej, która właśnie ukazała się na rynku.
    Dorota Kowalska, „Belfrzy”, Wydawnictwo Wielka Litera, data premiery: 4.09.2019 rok

    Dorota Kowalska, „Belfrzy”, Wydawnictwo Wielka Litera, data premiery: 4.09.2019 rok

    Pamięta pani swój najgorszy dzień w szkole?
    Tak, przypominam sobie. Ukończyłam studia na polonistyce w 1958 roku i marzyłam o tym, żeby zostać nauczycielką. Wiedziałam, jak rozmawiać z dziećmi, jak rozwijać ich zdolności, zainteresowania. Strasznie chciałam być nauczycielką! Znalazłam pracę w szkole podstawowej w Warszawie na Okęciu. Przeżyłam tam jednak potworny szok. Nie wiedziałam, że można podchodzić do dzieci tak, jak tam podchodzono. Bito je, stawiano do kąta, trzaskano po rękach linijką. Pamiętam taki dzień: jestem w klasie z moimi uczniami i nagle wchodzi do niej chłopiec, a strużka krwi cieknie mu po szyi. Pytam go: „Co się stało? Uderzył cię ktoś na korytarzu?”, a on płaczliwie: „Byłem na rozmowie u pana dyrektora”. Pan dyrektor po prostu targał niegrzeczne dzieci za uszy. Tym razem pociągnął za mocno i naderwał małżowinę uszną.

    Pani żartuje?
    Wcale nie! Co więcej, ponieważ ja nie biłam dzieci i znalazłam inne metody, żeby nad nimi panować, rodzice stwierdzili na zebraniu, że nie życzą sobie, żeby ich dzieci były traktowane inaczej niż pozostałe, bo później im się stawiają. Chodziło zwłaszcza o chłopców. Kiedy ojciec zbił pasem po pupie jednego z moich uczniów, ten powiedział: „A pani nas nie bije, tylko z nami rozmawia”. Ci ojcowie zakomunikowali, że nie zgadzają się z metodami wychowawczymi, jakie wprowadzam, bo to demoralizuje dzieci. W związku z tym, jeśli nie chcę stosować kar fizycznych, powinnam zapisywać na kartce wykroczenia swoich uczniów, a raz w tygodniu przyjdzie dwóch tatusiów i da im w pupę pasem tyle razy, ile będę sobie życzyła.
    Bardzo ważne jest, aby dzieci zrozumiały, że osiągną jakieś wyniki, jeśli uda im się dobrze ze sobą współpracować
    Naprawdę?
    Słowo honoru, tak było. Po historii z chłopczykiem poszłam do dyrektora, zrobiłam awanturę, powiedziałam, że to łamanie elementarnych praw dziecka, że obserwuję stosowaną wobec uczniów przemoc od dłuższego czasu, bo to było chyba półrocze. Dyrektor odpowiedział, że już od dawna chciał ze mną porozmawiać, bo jestem młoda, nie znam się na wychowaniu i nie słucham starszych, doświadczonych nauczycieli, tylko postępuję według własnych zasad i on sobie nie życzy, żebym dalej pracowała w jego szkole, jeśli nie zmienię swojej postawy. To był chyba mój najgorszy dzień w szkole, bo poczułam całkowitą bezradność. Pracowałam do końca roku szkolnego, potem rozwiązano ze mną umowę. A tak dobrze mi się pracowało z dziećmi. One były przyzwyczajone, że się je bije, stawia do kąta, wymusza posłuszeństwo, więc ja, żeby takich metod nie stosować, wymyśliłam, że będę im opowiadać bardzo ciekawą historię z bohaterami w ich wieku i zawsze robiłam tak, żeby najciekawszy moment opowieści przypadał na dzwonek, czyli na koniec lekcji. „ I co dalej? Spadł, jak się trzymał tą jedną ręką balkonu czy nie?” - dopytywały dzieciaki. A ja na to: „Jak będziecie dobrze pracować na następnej lekcji, to na koniec znowu będzie 10 minut opowieści”. Wtedy nie było telewizji, nie było tylu rozrywek co dzisiaj, więc moje opowieści były dla nich bardzo atrakcyjne. Tak się nimi zafascynowali, że byli na lekcjach grzeczni, żeby usłyszeć ciąg dalszy. Poza tym inscenizowałam z nimi lektury, które czytaliśmy - bardzo się wciągnęli w te przygotowywane wspólnie przedstawienia. Wystawiliśmy na przykład dla całej szkoły Balladynę Juliusza Słowackiego; to był dla moich uczniów wielki sukces. Ponieważ chciałam poznać dobrze każdego z nich, odbywałam z nimi indywidualne rozmowy po lekcjach. To było bardzo ważne. Poznawaliśmy się, wiedziałam, kto ma kłopoty z babcią, kto z mamą, kto z tatą - skarżyli się na różne rzeczy. Wiedzieli, że zawsze mogą liczyć na moją pomoc i wsparcie w trudnych chwilach.

    Wszystko pani o nich wiedziała?
    Dużo wiedziałam i dzięki temu mogłam im pomagać indywidualnie. Rozumiałam na przykład, dlaczego ktoś się gorzej uczy, wiedziałam, jakie ma trudności. Po tym incydencie z krwawą strużką na szyi to wszystko runęło. To był moment, kiedy zrozumiałam, że jestem w tym systemie bezradna. Niedawno miałam śmieszne zdarzenie na ulicy: idzie starszy pan z chłopczykiem, ten chłopczyk go o coś pyta, a mężczyzna mu tak ładnie odpowiada na pytanie. Mówię: „Jaki miły dziadek!”. A starszy pan tak na mnie patrzy i pyta: „Zaraz, zaraz, pani Krystyna?”. Mówię: „Tak”. „Ojej, przecież pani byłą moją nauczycielka na Okęciu, jak byłem w piątej klasie, to mnie dyrektor naderwał ucho!”. Ten mężczyzna poznał mnie po tylu latach i tak serdecznie przywitał.

    Wie pani, mam takie wrażenie, że to bicie, nie tak drastyczne, ale tą przysłowiową linijką po łapkach, było w czasach PRL-u na porządku dziennym.
    Tak, było. Bicie, stawianie do kąta, to się zdarzało niemal we wszystkich szkołach.

    Nauczyciel miał wtedy większy autorytet, nie uważa pani?
    Miał autorytet oparty na strachu. Uczniowie się go bali. Tak wygląda wychowanie autorytarne: ktoś ma władzę i siłę, więc muszę się mu podporządkować. Dzieci były zresztą przyzwyczajone do takich metod wychowawczych, bo identyczne stosowali na ogół ich rodzice.
    « 2 4 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo