Krystyna Loska: To nie jest powrót do telewizji, tylko epizod

Anita Czupryn
Zygmunt Wieczorek
Na dworzec w Opolu wjeżdża pociąg, przywożąc wspaniałych artystów. Wychodzi Violetta Villas, wychodzi Danuta Rinn. A dworzec obskurny, wagony sprzed wieku - wspomina prezenterka telewizyjna Krystyna Loska w rozmowie z Anitą Czupryn

Po 18 latach wraca Pani do telewizji, aby poprowadzić w TVP Kultura program "Archiwizja". Proszę przyznać, miała Pani tremę przed tym, jak widzowie Panią przyjmą?

Tremy nie miałam. Ale przede wszystkim nie nazwałabym tego powrotem. Przez szereg lat odmawiałam udziału we wszelkich telewizyjnych przedsięwzięciach. Uważałam, że jeśli się coś zakończyło, to nie można do tego wracać. Ale tutaj powód mojego pojawienia się na ekranie był inny. W tym roku, jesienią telewizja obchodzi 60-lecie istnienia. Kiedy była rocznica 50--lecia telewizji, ja unikałam wywiadów. Mąż powiedział mi wtedy, że powinnam w tym uczestniczyć, bo jestem jedną z osób, które pamiętają początki telewizji. Jego słowa zdopingowały mnie i teraz z przyjemnością z zaproszenia skorzystałam. Ten program to przypomnienie tego, czym żyła kiedyś telewizja, przypomnienie pierwszych programów, transmisji telewizyjnych. Takie programy z wielkim sentymentem oglądają ci widzowie, którzy jeszcze pamiętają tamte czasy. Podjęłam więc decyzję, aby wziąć w tym udział i muszę powiedzieć, że nagrywając poszczególne odcinki, byłam zadowolona. Wiele rzeczy sobie przypomniałam, odświeżyłam pamięć o wielu osobach.

Zatem dla Pani to też była podróż sentymentalna?

Tak, tak, ale powtarzam, w żadnym wypadku nie jest to powrót do telewizji. To tylko epizod, który na pewno będę mile wspominać.

Do tej pory żaden come back wielkiej telewizyjnej gwiazdy nie był specjalnie udany. A przecież takie próby były. Próbowała wrócić Irena Dziedzic, Michał Sumiński czy Adam Słodowy.

Rzeczywiście. Ale dla mnie ważny jest ten jubileusz. I to, że program znalazł się na antenie TVP Kultura, która jednak stara się przedstawiać wartościowe programy. Po nagraniu kilku odcinków wiem, że tak się stało i w tym przypadku. Wybrano najciekawsze rzeczy.

Długo trzeba było Panią namawiać, aby poprowadziła Pani program?

Tu panią zaskoczę. Kiedy zadzwoniono do mnie z TVP Kultura, od razu się zgodziłam. Nie miałam wątpliwości. "Archiwizja" ma podtytuł: "Antena dla prezentera". Pomyślałam, to chyba słuszne, tam powinnam być. Chyba zasłużyłam sobie na to, żeby prezentować to, co kiedyś zapowiadałam, czym kiedyś żyłam. Doszłam więc do wniosku, że zmobilizuje się na ten czas i bardzo chętnie wezmę udział.

Wchodzi Pani po tylu latach nieobecności do gmachu telewizji...

... a tam alarm antyterrorystyczny i ewakuacja pracowników. (śmiech)

Niezłe przywitanie. Ale kiedy szła Pani znanymi korytarzami, którymi chodziła przecież przez ponad ćwierć wieku, poczuła wzruszenie?

Więcej niż ćwierć wieku! Na Woronicza spędziłam 35 lat. Co ciekawe, dziś Telewizja Kultura ma swoje studia tam, gdzie za moich czasów były sale prób. Przypomniałam sobie, że tam właśnie odbywały się nasze próby Studia Gama. Ale to nie były moje główne korytarze. Myśmy pracowali na drugim piętrze, po zupełnie innej stronie budynku. Teraz jednak spotkałam ludzi, którzy z wielką serdecznością mnie witali. I to nie byli tylko ci, którzy ze mną pracowali, bo tych jest już mało, ale ci, którzy mnie pamiętali. Począwszy od strażników, charakteryzatorni czy studia realizatorskiego. To było bardzo miłe - każdy się uśmiechał. Czego przy końcu mojej pracy nie było.

O tym porozmawiamy za chwilę. Ciekawa jestem, jakie wrażenie wywarła na Pani telewizja dziś. Co Panią zaskoczyło, a może wystraszyło?

Odniosłam wrażenie, że telewizja tak bardzo się nie zmieniła. Nie widziałam co prawda dużych studiów. Ale ja "Archiwizję" nagrywałam w niewielkim, bardzo kameralnym, takim, do którego byłam przyzwyczajona, więc właściwie znów znalazłam się w swoich pieleszach, w swoim otoczeniu. Jedyna rzecz, która była dla mnie nowością, to był prompter (urządzenie wyświetlające tekst czytany przez prezentera - red.). Ja nigdy nie używałam promptera i nie miałam z nim styczności.

Podobno nawet kiedy wprowadzono już te urządzenia do telewizji, to Pani nie chciała go używać i wszystko, co zapowiadała przed kamerą, to mówiła z pamięci?

Prompter zaistniał właściwie już po moim odejściu z telewizji. Teraz było to dla mnie nowe doświadczenie - miałam kamerę z prompterem, nie było potrzeby uczyć się na pamięć. Ale starałam się w tego promptera też włożyć trochę serca. Tak, jak zwykle to robiłam, patrząc telewidzom w oczy.

Program "Archiwizja" prowadzi Pani wspólnie z Bogumiłą Wander. Czy po odejściu z telewizji spotykały się Panie prywatnie?

Prowadzimy go na zmianę. Owszem, spotykamy się, ale bardzo rzadko. Właśnie teraz miałyśmy okazję powspominać, jak to ostatnio spotkałyśmy się w Sopocie, zaproszone na festiwal przez stację TVN i tam prowadziłyśmy nocne rozmowy, jak to na festiwalach bywa.

Co zobaczymy w "Archiwizji"?

Zostały wybrane najlepsze rzeczy z poszczególnych lat. Zaczyna się od roku 1965, od festiwalu piosenki w Opolu, sztandarowego programu w tamtych latach. Wie pani, oglądając to, można się serdecznie pośmiać. W reportażu o tym festiwalu pokazany został dworzec, kiedy to wjeżdża pociąg, przywożąc wspaniałych artystów z Warszawy: wysiada Violetta Villas, wysiada Danuta Rinn. A ten dworzec - dziurawy, obskurny, wagony sprzed wieku. Materiałów archiwalnych na pewno nie zabraknie. Niektóre z nich mają techniczne wady, ale patrzymy na to z przymrużeniem oka. Nie to jest istotne, ale to, co zawierają.

Program ma łączyć współczesność z tradycją i przypomnieć widzom, że w prymitywnych warunkach mogły w polskiej telewizji powstawać prawdziwe perełki. Co jest taką perłą dla Pani?

Jest ich wiele. Ale przede wszystkim chodzi o wspomnienia osób, które te programy tworzyły, i osób, które w tych programach brały udział. To byli wspaniali artyści, popularni przez wiele pokoleń, wielu z nich już nie ma, ale można zobaczyć, jak pięknie wygląda Bolesław Mierzejewski (ordynat Michorowski z "Trędowatej" - red.), jak hrabia, pod muszką, przyszedł na wywiad. Być może dla młodych telewidzów będą to rzeczy nieznane, ale radziłabym im oglądać ten program dlatego, że w zestawie są również prezentowane reportaże filmowe i one pokazują, jak wyglądał ten świat 40-50 lat temu i jak my w tym świecie żyliśmy.

I tu Pani wyprzedziła moje pytanie: co z tamtej epoki młodzi ludzie powinni zapamiętać?

Niech zobaczą program, a na pewno się zdziwią. Na pewno niejeden z młodych telewidzów też zapyta: "Mamo, jak to życie było wtedy możliwe?" Ale tak było, dawaliśmy radę. I z biegiem lat patrzymy na to z dystansu, po prostu się uśmiechając.

To teraz zapytam o ostatni Pani dzień w telewizji, przed przejściem na emeryturę. Pamięta go Pani?

Pamiętam. Ale nie lubię wracać myślami do tego czasu. Któregoś dnia stwierdziłam po prostu, że nie znajduję się już w tym środowisku. Byli wokół mnie ludzie bardzo młodzi, bardzo dumni z siebie, którzy jeszcze nic nie zrobili. Byli pewni siebie, nie mając ku temu powodów. Dyskutować z nimi nie było sensu, ponieważ każdy z nich był najmądrzejszy. Pomyślałam: właściwie co ja tu robię? Poświęciłam telewizji 35 lat, widziałam, jak ona rosła, jak nabierała sił, rozpędu. Teraz ten rozpęd zobaczyłam na korytarzach. To już nie był mój świat. Decyzję podjęłam natychmiast. Ale, wie pani, gdybym miała wybierać jeszcze raz, to na pewno poszłabym tą samą drogą. Telewizja to było moje życie. I wystarczy.

Z Pani odejściem skończył się chyba zawód spikera.

W radiu, na stadionach jeszcze bywają. Ale trzeba też wziąć pod uwagę, że przez wiele lat mieliśmy tylko jeden program, potem wprowadzono drugi. Telewidzowie żyli tymi programami. Wiem ze spotkań z nimi, że brali nas, spikerów za kogoś z rodziny. Byli do nas przyzwyczajeni. Dziś programów jest kilkaset. Ale gdy ktoś jest dobry, to go ludzie zapamiętają. Prezenter musi mieć coś takiego, co przyciąga telewidza, musi mieć magnes. To dlatego ja zawsze mówiłam z pamięci, patrząc telewidzom w oczy. Uważałam, że kiedy mówię, patrząc w oczy, to widz mnie słucha.
To jak Pani ocenia dzisiejszych prezenterów?

U mnie dominują wszystkie kanały sportowe i przyrodnicze. To lubię. Uwielbiam biathlon, bo nigdy nie wiadomo, kto wygra.

Powspominajmy złote czasy telewizji. Podobno mężczyźni przed telewizorami marzyli o tym, aby zobaczyć Pani nogi. Ale spikerzy pokazywani byli wówczas tylko od pasa w górę. Czy zdarzyło się Pani do eleganckich żakietów i koszul wkładać przed kamerę bambosze i czy w końcu zdarzyła się taka sytuacja, kiedy widzowie ujrzeli Pani nogi?

Kiedy mnie o to pytano, zwykle odpowiadałam żartem, że mnie się trema objawiała w nogach, w związku z tym występowałam w długich sukniach. Ale raczej, na owe możliwości, byliśmy ubrani w komplecie. Choć raz zdarzyło się to, o czym pani mówi. Pracowałam wtedy jeszcze w TV Katowice. W sylwestra. Kolega był w smokingu, ja w pięknej sukni. Po wiadomościach całość programu była transmitowana z Warszawy. Nas czekała tylko zapowiedź programu noworocznego. Ale przed tym też chcieliśmy widzom złożyć życzenia. Na antenę mieliśmy wejść nad ranem. A że po całej nocy w szpilkach już nie wytrzymywałam, więc założyłam sobie kapcie. A kolega smoking z elegancką muszką zostawił, za to wskoczył w dżinsy. Nad ranem próbowaliśmy wejście na antenę. Nie wspomnę, że jednocześnie próbowaliśmy szampana. Dwie butelki wtedy otworzyliśmy. Wchodzimy na antenę, składamy życzenia i ja kątem oka widzę, że operator oparł się o kamerę i zasypia, a kamera zjeżdża coraz niżej. Nasza zapowiedź skończyła się na moich kapciach i dżinsach kolegi. Mieliśmy nadzieję, że może tego już nikt nie oglądał, bo to była 5 nad ranem. Ale okazało się, że ludzie jednak oglądali. Przyszło dużo listów z pretensjami: czyżby telewizji nie było stać na to, aby prezenterom sprawić spodnie i buty?

Zrobiła się afera?

Naczelny nas wezwał i przywitał retorycznym pytaniem: "Kompromitujecie telewizję?" Ale że miał poczucie humoru, to ja dostałam pieniądze na buty, a kolega na spodnie. A cała historia skończyła się w programie "Spotkanie z Balladą". Zaproszono mnie i Janka Suzina, który zagrał mojego kolegę z Katowic. To też był świąteczny program, przygotowano specjalny ekran, w którym zapowiadaliśmy, po czym ten ekran runął i ja zostałam w kapciach z pomponami, a kolega w dżinsach. Słowem - finał miał miejsce w kabarecie. (śmiech)

Od czasów Pani przyjazdu do Warszawy ciągnie się plotka, że pojawiła się Pani w stolicy razem z ekipą Edwarda Gierka.

Wyjaśniałam to już wiele razy i nawet ostatnio zarzekałam się, że nie będę już o tym mówiła, bo ileż można? Mąż, inżynier górnik przez wiele lat pracował w kopalni Ziemowit jako kierownik robót górniczych. Ze względu na zdrowie przeszedł do pracy w Ministerstwie Górnictwa w Katowicach. Po jakimś czasie został przeniesiony do Państwowej Rady Górnictwa w Warszawie. I to on z górnictwa otrzymał mieszkanie. Przeprowadziliśmy się. Poszłam na rozmowę do prezesa Sokorskiego, a nie, jak się mówi, do Szczepańskiego, z pytaniem, czy ewentualnie znalazłoby się dla mnie miejsce w Warszawie. Przyjął mnie z otwartymi rękami. Było mi naprawdę bardzo miło i wspominam ten moment jako jeden z istotnych w moim życiu. Sokorski przywrócił wtedy etaty spikerowskie, niewielkie, ale poczuliśmy się, że jesteśmy do tej telewizji przypisani. Mąż pracował wiele lat w Państwowej Radzie Górnictwa, a następnie przez 5 lat kierował budową pierwszego odcinka metra, od Kabat do Politechniki. Jest z tego ogromnie dumny. Ja też. Przysłużył się Warszawie.

Ale miał sławną żonę, w kierunku której miliony mężczyzn kierowały westchnienia. Jak się w tym odnajdywał?

W domu nikt z nas nie był gwiazdą. Jesteśmy normalnymi ludźmi. Każde z nas miało swoje zainteresowania. Mąż miał piłkę nożną, ja estradę, publiczność. Ale zawsze spotykaliśmy się w domu i znajdowaliśmy czas na rozmowę. On cieszył się z tego, co ja robiłam, ja cieszyłam się z jego osiągnięć. Najważniejsze w małżeństwie są rozmowy. Jesteśmy małżeństwem 54 lata. Z tego też jestem dumna. Nasze 50-lecie obchodziliśmy w tym samym miejscu, w którym braliśmy ślub. W tym samym kościele, w tym samym zameczku w Promnicach, gdzie była uczta weselna. Ale z gości, których na weselu było mnóstwo, niestety, ostało się chyba tylko 16 osób. Ogromną niespodziankę sprawił nam katowicki arcybiskup Damian Zimoń, który 50 lat wcześniej był wikarym w Tychach i jednym z tych, którzy asystowali przy naszym ślubie. Tym razem sam poprowadził tę uroczystość.

Po 54 latach zdarza się, że mąż Panią czymś zaskakuje?

Znamy się jak łyse konie. (śmiech) Po tylu latach wiadomo, czego można się po sobie spodziewać.

Przez wiele lat mówiło się, że przynosi Pani szczęście polskiej reprezentacji piłki nożnej, bo kiedy Pani zapowiadała mecz, to nasi zawsze wygrywali.

Tak się złożyło. Nie powiem, że czarowałam, choć tak myśleli kibice przeciwnej drużyny. To szczęście zaczęło się od Górnika Zabrze. A potem, kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, przeniosło się na reprezentację. Ale podłoże było takie, że to piłkarze znakomicie grali i wspaniały był trener Kaziu Górski, który mówił, że oprócz zdolności musi być jeszcze łut szczęścia.

Ale gdyby poproszono Panią, aby zapowiedziała mecz polskiej reprezentacji na Euro 2012, zrobiłaby to Pani?

Nie muszę zapowiadać. Ja chodzę na mecze. Byłam na ostatnim z Portugalią. Piękny mamy stadion. Tylko nijak nie mogłam wrócić do domu. (śmiech) Ale nie ma co narzekać. Naprawdę jest piękny. Mimo że jest taki duży, to nastrój ma kameralny, czuje się ciepło. Bardzo mi się podoba. I znów jestem gotowa iść pieszo. Ale z dojazdem do czerwca na pewno zdążymy. (śmiech)

Swoją karierę w telewizji zaczynała Pani jeszcze jako ciemnowłosa spikerka.

Zachowały się jeszcze moje archiwalne zdjęcia w ciemnych włosach. I jestem trochę zła, bo w blond włosach jest mi lepiej. (śmiech) Wtedy były inne warunki techniczne, inne oświetlenie. Koledzy mówili, że trudno im oświetlić ciemne włosy, że lepiej, aby one były jaśniejsze. Nie rzuciłam się od razu na tę jasność, robiłam to stopniowo i w pewnym momencie już nikt nie pamiętał, że byłam brunetką.

W czym tkwi sekret Pani osławionej fryzury? Miała Pani swojego fryzjera?

Skąd! Na początku malowała i czesała mnie charakteryzatorka, ale potem się nauczyłam, jak to należy robić. To pozwoliło mi zaoszczędzić czas. W Warszawie programów było tyle, że pracownie charakteryzatorskie były bardzo zajęte. Dostawaliśmy więc kosmetyki i sami się malowaliśmy, czesaliśmy, ubieraliśmy. Kiedy dziś słyszę o różnego rodzaju wizażystkach, o kilometrach sukienek do wyboru, to włosy mi stają dęba. Może bym wtedy zgłupiała? Myśmy sami o wszystko dbali. Ale taka była wtedy telewizja - chałupnicza, która dopiero się rozwijała.

Wciąż mówi się wiele o tym, jak to TVP jest upolityczniona. Czy w Pani czasach odczuwała Pani to upolitycznienie?

Nie zajmowałam się nigdy polityką, ona mnie nie interesuje, nie znam się na niej i nie wypowiadam się na ten temat.

I nie było nigdy tak, że ktoś Pani nakazał coś przeczytać albo dostała Pani reprymendę, że przeczytała coś, czego nie powinna?

Wprost przeciwnie. Sama raz zwróciłam uwagę na pewną niestosowność. Otóż, przed południem była transmisja z lotniska, z przylotu jakiegoś ważnego gościa ze Związku Radzieckiego. Miałam dyżur, zapowiadałam tę transmisję. A po niej miał iść film. Zerknęłam, co to za film. Okazało się, że jego tytuł brzmiał "Czerwony Kur". Przez interkom zapytałam inspektora programu, czy ten film jest aktualny? "Jaki film?" Radziecki - "Czerwony kur". Krótko mówiąc, nastąpiła zmiana w programie. "Czerwony kur" poszedł w innym terminie. (śmiech)

Podoba się Pani obecna telewizja publiczna?

Podoba mi się mój telewizor. (śmiech) Jest duży.

Ogląda Pani programy swojej córki Grażyny Torbickiej?

Oglądam, żeby móc powiedzieć, co mi się podobało. Ale nie udzielam jej rad. Uważam, że znakomicie daje sobie radę sama.

Pani córka kontynuuje Pani drogę...

... i kropka. Ona o sobie mówi najlepiej sama.

Czytaj także:

Jarosław Wałęsa odpowie za "wykroczenie drogowe"? Policja składa wniosek do szefa europarlamentu

Świebodzice: Zawaliła się hala dawnej fabryki (ZDJĘCIA)

Nie żyje górnik ranny po wstrząsie w kopalni "Marcel"

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jola
Pani Krystyna Loska to Najwspanialsza prezenterka w historii TVP i mimo uplywu lat oglada ja sie nadal z tak wielka sympatia jak kiedys.
Do calosci brakuje tylko cudownego Jana Suzina. Moze TVP Kultura zaprosi go chocby na jeden dzien aby poprowadzil program, marzenie.....
Dodaj ogłoszenie