Krysia z Misia to Krystyna Podlewska. Krysia z Misia opowiada jak film zmienił jej życie. Minęło 40 lat od premiery kultowego Misia

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Rozmowa z Krystyną Podleską, która zagrała jedną z głównych w komedii „Miś”.

Minęło 40 lat od premiery kultowego „Misia”. Ten film zmienił pani życie?
Na pewno. Zmienił jeśli chodzi o dowartościowanie. Dzięki niemu jestem tak mile wspominana i jest w tym tyle życzliwość. Ludzie ten film bardzo lubią i to przechodzi na aktorów. To choćby zmienia życie człowieka, choć nie zmieniło to mojego życia zawodowego. Po „Misiu” nie grałam w Polsce, bo wprowadzono stan wojenny, choć było zainteresowanie moją osobą. Jednak nic z tego nie wyszło. Wiele lat minęło aż znów przyjechałam do Polski. Jestem jednak rozpoznawalna, ludzie uśmiechają się do mnie. To przyjemne.

Czy to prawda, że w „Misiu” zagrała pani przez przypadek?
Tak, ale wersja Stasia Tyma i moja trochę się różnią. Rzeczywiście on razem ze Stanisławem Bareją przyjechali do Londynu. Najpierw kręcili londyńskie sceny. Ale to oni się do mnie zgłosili. Ja nie mieszkałam w Polsce, nawet nie wiedziałam kim są. Zagrałam wcześniej w dwóch polskich filmach, między innymi w „Barwach ochronnych” Krzysztofa Zanussiego. Widać zwrócili na mnie uwagę.

Stanisław Tym opowiada, że spotkał panią w polskim sklepie w Londynie...

To było Ognisko Polskie, a nie sklep. Poszłam się tam z nimi spotkać. Żartuje ze Stasiem Tymem, że gdybym miała zwyczaj, by rzucać się na szyję i mówić : Ja to zagram! To zaszłabym bardzo daleko. Ale ja taka nie jestem...Jednak się spotkaliśmy. Widać przypadłam im do gustu. Śmieje się, że szukali idiotki, a nie kogoś kto będzie grał.

Ten film jest oparty na PRL-owskich absurdach, Pani ich nie znała, bo mieszkała w Londynie. Szybko to pani „załapała”?
Nie mogę powiedzieć, że zupełnie nie orientowałam się w tym co dzieje się w Polsce. Od dziecka tu przyjeżdżałam na wakacje. Jako dziecko wiele rzeczy nie rozumiałam. Polska bardzo mi się podobała. Po rygorystycznej Anglii te polskie absurdy strasznie mnie bawiły. Nie znałam, nie rozumiałam ich powodu. Mnie to bawiło, ale nie musiałam tu mieszkać, stać w kolejkach. W kieszeni miałam brytyjski paszport. Na własnej skórze tych realiów nie doświadczyłam.

Jak przebiegała praca na planie „Misia”?
Warunki były bardzo ciężkie. Ludziom wydaje się, że to komedia i my cały czas na planie dowcipkowaliśmy. Wcale tak nie było. To była praca w ciężkich warunkach. W PRL-u produkcja miała ciężkie zadanie, bo wszystkiego brakowało. Musieli szukać, iść na kompromisy. Wyliczona była taśma filmowa. Była wtedy straszna zima. Nie przyjeżdżał na plan catering. Nie było kamperów, gdzie można było się schronić. Myśmy, by się zagrzać siedzieliśmy w „Nysce”. To nie była kupa śmiechu.

Ma pani ulubioną scenę w „Misiu”?
Każda była pracą. Lubiłam te sceny, gdzie grałam w „Ostatniej paróweczce”...Grałam w historycznym kostiumie co mnie bardzo cieszyło. Lubiłam wszystkie sceny ze Stasiem Tymem. To cudowny partner. Wiele mi podpowiadał. Bardzo go polubiłam. Nie miałam żadnych oporów.

A jaki był legendarny już dziś Stanisław Bareja?

Uroczy człowiek. Nie był to typ, który awanturowałby się na planie. Nigdy nie byłam świadkiem takich scen. Był przytulny, taki misiu...


Opowie nam pani jakąś anegdotę związaną z „Misiem”?

Lubię szczególnie jedną. Jest ona związana z moją osobą. Napisałam list do rodziców, którzy mieszkali w Londynie. Jednego dnia taki list ode mnie mama przeczytała tacie przy śniadaniu. Byłam uradowana, że gram w „Misiu”. Pisałam, że wszystko idzie dobrze. Staś Bareja to wspaniały reżyser, a Staś Tym to wspaniały aktor. Było cudownie. Napisałam, że jedyna rzecz jaka może mnie denerwować to, że niemal wszystkie sceny kręcę w łóżku. Wtedy tata spojrzał na mamę i zapytał: Urszulko czy ona gra chorą?

Podobno grała pani we własnym kożuchu?

To prawda. Wszystkie kostiumy były moje. Muszę przyznać, że moje zachodnie ciuchy robiły w Polsce wrażenie. Gdy miałam 16 lat to zaczęłam się trochę stroić, lubiłam się pokazać. Kiedy jechałam do Polski to mama wyciągała z mojej walizki ubrania. Twierdziła, że nie będę się w Polsce popisywać.

Pani jest też związana z Łodzią. Dziełem pani dziadka Mieczysława Lubelskiego jest pomnik Tadeusza Kościuszki, który stoi na Placu Wolności..

Dziadek stworzył ten pomnik pod koniec lat dwudziestych XX wieku. Potem mieszkał z nami, bo też po wojnie został w Londynie. Tak jak tata nie miał powrotu do Polski. Dziadek bardzo zajmował się mną i siostrą Ireną. Kochał nas. Po wojnie jego dzieła została zniszczone. Podobno początkowo pracował w fabryce sztucznych zębów, bo mógł robić w gipsie. Pan profesor...Ale on nigdy nie narzekał, nauczył się mówić po angielsku. Czytał książki w tym języku. Przelał na mnie swojego ulubionego autora Grahama Greena. Zawsze w niedzielę rano z siostrą i dziadkiem szliśmy do kościoła, a potem na lody i spacer.

Ile miała pani lat, gdy dziadek odbudował w Łodzi pomnik Kościuszki?
Miałam już 13 lat i wiele spraw zaczynałam rozumieć. Niestety dziadek nie był na odsłonięciu pomnika, bo dostał zawału. Znalazł się w jednym z łódzkich szpitali. Mam nawet zdjęcie na którym leży w łóżku otoczony kwiatami. Był bardzo wzruszony, bo łodzianie odwiedzali go, dziękowali. Na szczęście wyszedł z tego zawału. Żył potem jeszcze 8 lat. Ja przyjechałam do Łodzi, dziadek już wyszedł ze szpitala. Obejrzałam pomnik. Mam takie zdjęcie na którym przed pomnikiem Kościuszki siedzimy ja, siostra Irena i dziadek. Byłam bardzo dumna z dziadka. Wiedziałam, że jest kimś specjalnym, choć nie do końca to rozumiałam. To tak jak z Marianem Hemarem. Poznałam go, napisał dla mnie rolę w musicalu „Piękna Lucynda”. Ludzie teraz pytają mnie o wielkiego Hemara. On dla mnie też był trochę misiowaty. Bardzo kochanym starszym panem..

Poznała pani Irenę Bogdańską, żonę generała Andersa, przedwojenną piosenkarkę Zofię Terne...

Bardzo dobrze je znałam. Tak jak Władę Majewską czy Henryka Vogelfängera, czyli Tońcia z Wesołej Lwowskiej Fali. Bardzo lubiliśmy się z jego synem. Tońcio pracował jako profesor łaciny w angielskiej szkole. Niektórzy z Polaków, którzy pozostali po wojnie w Wielkiej Brytanii nie wykonywali swoich zawodów. Choćby sam generał Stanisław Maczek, który pracował w Szkocji jako szatniarz. Ta młodsza generacja się już odnalazła. Nauczyli się języka, pracowali w swoich zawodach. Jak choćby mój ojciec, którzy przed wojną skończył architekturę na Politechnice Warszawskiej. Uzyskał angielskie uprawnienia i pracował jako architekt.

Pani zaś postanowiła wrócić do Polski. Kiedy to się stało?
Było to pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Mój mąż, który wyjechał z Polski, po 18 latach emigracji chciał wrócić do siebie, do Krakowa. Ja która znałam tylko Warszawę też tu przyjechałam. Pod Krakowem mieszkamy już ponad 20 lat.

Nie żałuje pani?

Zupełnie nie! Wielu Polaków chciało, ale nie zdążyło wrócić do ojczyzny,

A pani stała się znana, między innymi dzięki „Misiowi'?

Tylko dzięki „Misiowi”, bądźmy szczerzy...Zdaje sobie z tego sprawę. Wracając do pierwszego pytania „Miś”zmienił moje życie i jest to nobilitujące. Nie przypuszczałam, że pójdę do hipermarketu i ktoś powie: Pani grała w „Misiu”! To bardzo miłe.
Aleksandra Kozeł była słodką idiotką, ale sympatyczną...
Właśnie o to chodziło. Czytając scenariusz pomyślałam, że to niezłe ziółko. Wiele spraw chciała załatwić przez łóżko. Tak naprawdę mogła być bardzo niesympatyczna. Mnie zależało, by nie była zblazowana, wyrachowana. To, że daje się naciągnąć na tę intrygę świadczy, że jest naiwna i głupiutka.

Czego pani życzyć?

Na pewno zdrowia. Ale się trzymam. Zawsze zależało mi, by dbać o siebie. Lubię przyrodę, spacery. Mam już czwartego pieska. Gimnastykuje się, pływam. Spełniam się tłumaczeniami. Marzę by końcowe lata spędzić w ciepłym klimacie..Tęsknię za sceną. Przed epidemią grałam monodram „Mój boski rozwód”, który uwielbiam. Chętnie mnie chciano wystawiać, bo grała przecież Krysia z „Misia”. To jeszcze jedna korzyść z udziału w tym filmie.

Kryzys wieku średniego. Skąd się bierze i czy dotyka wszystkich?

Wideo

Materiał oryginalny: Krysia z Misia to Krystyna Podlewska. Krysia z Misia opowiada jak film zmienił jej życie. Minęło 40 lat od premiery kultowego Misia - Dziennik Łódzki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie