Krowie nie krowie, to kultowe wzgórze

Tomasz Jaroński
Fot. Polskapresse
Valkenburg aan de Geul, bo tak brzmi jego pełna nazwa, to miasteczko w Limburgii. Ledwie 20 tysięcy mieszkańców, ale co za historia. Kolarska przede wszystkim. Pięć razu właśnie tu cykliści rywalizowali o tęczowe koszulki. Chyba najwięcej (razem z Kopenhagą) ze wszystkich miast na świecie. Coś w tym musi być. Pewnie nie nazwa (valk - sokół) przyciąga kolarzy (orłów, sokołów, bażantów - jak chciała Danuta Rinn), ale swoisty klimat, rowerowy właśnie.

Wiosną przejeżdża tu co roku wyścig Amstel Gold Race i choć to najmłodszy z klasyków, to obrósł już legendą. Ta legenda, to i Valkenburg, ale i Cauberg na obrzeżach miasta, niewielki zdawałoby się podjazd, gdzie od kilku lat finiszują kolarze w "piwnym" wyścigu. Po przejechaniu 250 km Cauberg staje się alpejską górą, a nie jakąś zmarszczką dla amatorów. Sądziłem nietrafnie, że Cauberg to "krowia góra", bo obok mety na wzniesieniu pasą się spokojnie holenderskie krowy, ale miła kelnerka w pobliskiej knajpce wyprowadziła mnie z błędu. Cauberg to po prostu Cauberg, a krowa w miejscowym narzeczu to "koe" i tyle.

Pal licho lingwistykę. Krowie, nie krowie, ale Cauberg to wzgórze kultowe. Znam człowieka w Polsce, który wysiadłby z samochodu, by pogłaskać asfalt, na którym ścigali się najwięksi z największych. Ja aż tak ambitny nie jestem, górę przejechałem samochodem w celach poznawczych rzecz jasna, bo w niedzielę rozpoczęły się tu mistrzostwa świata. Przez cały tydzień po Valkenburgu i później na Cauberg (meta za wzniesieniem) wspinać się będą juniorki, juniorzy, młodzieżowcy, panie i panowie. Tuzin wyścigów o medale!

Gdybym nie musiał tkwić w "dziupli" i z Krzysztofem Wyrzykowskim umilać (mam nadzieję) telewidzom relacji, to usiadłbym przy kawiarnianym stoliku w Valkenburgu. Mam wrażenie, że człowiek musi się tam czuć jak w kurorcie narciarskim, tyle że nieco cieplej, no i zamiast "desek" i "parapetów" wszystko ogniskuje się wokół kółek. Na uliczkach trudno spotkać kogoś nieubranego w strój kolarski, a w przeddzień mistrzostw na Cauberg waliły tysiące kibiców. Na rowerach.

I myślę, że dużo chętniej wysłuchałem opowieści Krzysztofa o tym, jak w 1979 r. z Janka Jankiewicza zrobił mistrza świata amatorów (był drugi) i o perypetiach Czesława Langa, który był najmocniejszy w srebrnej drużynie, ale nie pasował do koncepcji składu w wyścigu ze startu wspólnego, niż o valkenburskim zamku, który jako jedyny w Holandii stoi na górze. A zasadzie stał, bo w 1672 r. został zniszczony i nigdy go nie odbudowano.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie