Krasowski: Jeśli płynie jakiś morał z III RP, to taki, że Polacy nie chcą reform

Redakcja
Robert Krasowski
Robert Krasowski Fot. Polskapresse
- Podejrzewam, że historycy Donalda Tuska docenią za to, że zbudował właściwą praktykę sprawowania władzy. To pierwszy polityk, który zdołał stworzyć stabilny system władzy premiera. Przecież wcześniej szef rządu był figurą śmieszną - mówi Robert Krasowski, publicysta, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Co było tematem przewodnim tej kampanii wyborczej?
Nie zauważyłem, aby w tej kampanii chodziło o coś więcej niż o zdobycie władzy. Czyli dokładnie o to samo, o co chodzi w wyborach w krajach Europy Zachodniej, których politycy przestali myśleć w kategoriach haseł ideologicznych, nie realizują wielkiego projektu lewicowego czy prawicowego. Tam wszystkie formacje są z założenia mainstreamowe. Podobnie jest u nas. Partie, które walczą o zwycięstwo w wyborach, rządziły już wcześniej - i chcą ją sprawować także w kolejnej kadencji. Temu podporządkowują kampanię. Zresztą proszę zwrócić uwagę, że poprzednie kampanie były zaburzane przez sytuacje związane z danym momentem. W 2007 r. była to histeria wywołana próbami wprowadzenia IV RP, z kolei w 2005 r. walka z rzekomo kryminalnym układem stworzonym przez SLD. Ale obecnie walczące na scenie partie nie ciągną za sobą wielkiej legendy. One po prostu chcą przejąć władzę. Dlatego kampania jest spokojniejsza.

Donald Tusk wręcz manifestuje swoją niechęć do ideologicznych haseł, ale Jarosław Kaczyński na każdym kroku podkreśla przywiązanie do wartości. W ostatniej książce mówi o potrzebie budowania silnej Polski, w wywiadach powraca do potrzeby rozbicia postpeerelowskich układów.
Ale przecież widzieliśmy Jarosława Kaczyńskiego w czasach, gdy rządził - i wtedy do rozliczeń postkomunistycznych władz nie doszło. Dlatego trudno uznać prezesa PiS-u za polityka rzeczywiście walczącego o realizację jakichś ideologicznych postulatów. Nie uważam, by był on przywiązany do idei, które głosi. On po prostu uderza w klawisze, które dają oddźwięk w jego elektoracie. Podobnie zresztą jak Donald Tusk. Przecież on przez cztery lata na fotelu premiera nie zrealizował dużej części zapowiadanych reform. On zanotował osiągnięcia na innej płaszczyźnie: wyznaczył standard zarządzania Polską, który będzie obowiązywał przez najbliższe dekady. To pierwszy polityk, który zdołał stworzyć stabilny system władzy premiera. Przecież wcześniej szef rządu był figurą śmieszną. Albo partie tworzące koalicję odmawiały mu poparcia, albo na czele gabinetu stawała osoba, która była uzależniona od szefa partii. Dopiero Leszek Miller był przywódcą partyjnym, który na dłużej objął stanowisko premiera. Wcześniej zostawali nimi politycy niższej rangi - a następnie ich regularnie czołgano, rozliczano. To był gigantyczny problem polskiej polityki. Taki system konstruowania rządu właściwie uniemożliwiał realizowanie długofalowych projektów. Zmienił to dopiero Donald Tusk. On świetnie opanował technikę rządzenia, co pozwoliło mu stać się premierem solidnym, stabilnym. Gdyby teraz po wyborach przejął władzę Kaczyński, Napieralski czy Palikot, to każdy z nich by powielał sposób działania Tuska.

Twierdzi Pan, że Tusk stworzył stabilny system rządów. Mam wrażenie, że nie do końca - elementem niestabilnym jest Kaczyński, który zdaje się tworzyć wręcz alternatywny wobec rządowego system władzy i obieg informacji. Pan tymczasem określa prezesa PiS-u terminem "polityk mainstreamowy".
Kaczyński dobrze wie, że może złowić spore poparcie poprzez bójkę z establishmentem. To jedna z najbardziej nośnych form populizmu, stosuje się ją właściwie w każdej demokracji zachodniej. Prezes PiS-u ma natomiast inny problem. On kilka razy naprawdę nacisnął establishmentowi na odcisk i stał się przez niego nieakceptowany. Nie powinien oczekiwać sympatii ze strony TVN czy Polsatu, skoro w przeszłości próbował lustrować kierownictwo tych stacji. Właśnie dlatego prowadzi w ten sposób swą kampanię. Ale jednocześnie bardzo mu zależy na uznaniu, na tym, by okrzyknięto go Jarosławem Wielkim. Pod tym względem jest bardzo mainstreamowy. Właśnie dlatego nie widzę żadnej różnicy między nim a Donaldem Tuskiem.

Czytaj także:
* Prof. Markowski: Platforma może być niedoszacowana w sondażach
* Flis: Te wybory są nieprzewidywalne, bo Polacy dezinformują ankieterów

Czy sądzi Pan, że Tusk lub Kaczyński będą umieli się zdobyć na to, by po wyborach wprowadzić trudne reformy porządkujące finanse publiczne lub reformujące administrację?
Bardzo bym chciał. Ale znów odwołam się do przykładów z Europy Zachodniej. Tamtejsze kraje potrzebują reform finansów publicznych od mniej więcej dwóch dekad - a jednak nic tam się nie dzieje. Między politykami a społeczeństwem panuje niepisana umowa zachowywania status quo i nikt nie chce jej złamać. W Polsce zaczęły obowiązywać podobne reguły.

Nie odbieram tego w ten sposób. Pan zrównuje Polskę z Zachodem, tymczasem mamy różne podejście do rzeczywistości. Widać to choćby po tym, jak długo Polacy pracują - spędzają w pracy o połowę więcej czasu niż Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy. Jesteśmy ciągle zdolni do wyrzeczeń, podejrzewam, że udałoby się także przekonać Polaków do reform.
To proszę przeanalizować ostatnie 20 lat w Polsce. Widać, że każdy rząd, który w tym czasie podjął wysiłek reformatorski, został za to ukarany. Tak się stało na początku lat 90. Po zaledwie półtora roku reform Balcerowicza do władzy doszły SLD z PSL i zatrzymały te reformy, czym zresztą społeczeństwo było zachwycone. Później było podobnie. Jeśli płynie jakiś morał z III RP, to taki, że Polacy nie chcą reform. Takie podejście zabiło zresztą w Tusku potrzebę reformowania. Dawniej to był pryncypialny miłośnik modernizacji, ale po kolejnych porażkach wybił to sobie z głowy.

Ale nie jest tak, że wszystkie zmiany muszą mieć taką skalę jak plan Balcerowicza. Polska wymaga natomiast precyzyjnych operacji w kilku dziedzinach, na przykład likwidacji mundurówek. Czy takie działania będą możliwe po tych wyborach?
Tylko że to jest bardzo ryzykowna gra. Jeden błąd - nawet w działaniach skrojonych na niewielką skalę - może się okazać brzemienny w skutkach i oznaczać nawet utratę władzy. Właśnie dlatego polskie elity robią to, co zachodnie. Choć nie znaczy to, że w polityce nie można nic robić bez podejmowania reform. Można się też zajmować różnymi detalami, których usprawnienie okaże się dużym osiągnięciem. Tylko że to wymaga otoczenia się ludźmi, którzy by byli zdolni takie zmiany przeprowadzać. Tymczasem w Polsce to nierealne - przede wszystkim dlatego, że nie ma takich osób w partiach obejmujących władzę. To konsekwencja złego ładu ustrojowego. Konstytucja i ordynacja wyborcza zmuszają partie do ciągłej rywalizacji czy kompromisów w ramach koalicji - nie ma bowiem właściwie szansy, by któraś formacja rządziła samodzielnie. Jednocześnie premier musi ścierać się z prezydentem, bowiem w ten sposób zaprojektowano polską konstytucję. To sprawia, że polskie życie polityczne składa się z ciągłych potyczek. Dlatego liderzy partyjni - by nie musieć rywalizować także we własnych szeregach - usuwają z własnych ugrupowań każdego, kto może im zagrozić.

Przecież Tusk swój rząd oparł w dużej części na przypadkowych osobach. Skąd się wzięły sytuacje, że niektórzy, jak Zdrojewski czy Grabarczyk, w ostatniej chwili dostawali inne resorty niż te, do których objęcia się przygotowywali? Bo Tusk nie potrzebował kompetentnych ministrów, tylko takich, którzy będą wykonywali wiernie jego polecenia. W ten sposób uzyskał komfort rządzenia, ale jednocześnie brakowało mu później ludzi zdolnych zająć się różnymi drobnymi usprawnieniami, które wymagają znajomości tematu. Koneserów wartościowego detalu państwowego, ludzi, którzy mieliby hopla na punkcie różnych spraw - czy to w edukacji, czy w finansach -_i staraliby się za wszelką cenę ulepszyć te kwestie. Takich osób brakuje i w PO, i w PiS-ie. I to właśnie sprawia, że tak mało się dzieje. Tym bardziej że Tusk nie za bardzo ma pomysł, by czegokolwiek się podejmować.

Prezentuje Pan smutną wizję przyszłości - jeśli dobrze ją rozumiem, to nowy rząd nie zajmie się nawet tym detalem, nie mówiąc już o odważniejszych reformach.
Tusk tak spacyfikował własnych ministrów, że ci nawet nie próbują formułować propaństwowych koncepcji. Dlatego nie spodziewam się, aby w nowej kadencji coś mogło ulec zmianie.

Czytaj także:
* Prof. Markowski: Platforma może być niedoszacowana w sondażach
* Flis: Te wybory są nieprzewidywalne, bo Polacy dezinformują ankieterów

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Wideo

Dodaj ogłoszenie