Krajewski: Zbrodnia zawsze musi zostać ukarana. Inaczej czytelnik ma poczucie chaosu

Anna J. Dudek
Marek Krajewski
Marek Krajewski FOT . PAWEŁ RELIKOWSKI / POLSKAPRESSE
Udostępnij:
- Kiedy zło w kryminale nie zostaje ukarane, to czytelnik ma, po przeczytaniu takiej książki, poczucie kompletnego chaosu. Zbrodnia jest chaosem, ingerencją w uporządkowane życie człowieka, dlatego ten chaos musi być na końcu książki zniwelowany. Śledczy złapał na końcu mordercę. Świat wrócił w utarte, bezpieczne koleiny. Wtedy czytelnik oddycha z ulgą - mówi Marek Krajewski, pisarz, w rozmowie z Anną J. Dudek.

Mam taki sam kalendarz. "Kalendarz Szelmostw".

Wielbiciel Llosy?
O tak, dość późno go odkryłem, ale czytam z przyjemnością.

Cieszę się, że to Pan zaczął. To pozwoliło mi uniknąć pierwszego pytania, z którym zawsze jest problem - trudno znaleźć coś, o co jeszcze nikt nie pytał.
Nawet jeśli pytania się powtarzają, to przecież o to chodzi - pani jest głosem czytelników, za pani pośrednictwem odpowiadam na pytania, które oni chcieliby mi zadać. Częścią mojej pracy jest też obecność w mediach.

Lubi Pan to?
Niespecjalnie, ale daję sobie radę. Mam już trochę praktyki, bo jednak minęło kilkanaście lat od wydania pierwszej książki, ale początkowo wystąpienia w mediach były trudne.

Zdarzały się traumy?
No pewnie. Ta pamiętna to pierwsze moje wystąpienie w telewizji, które nie było zresztą wcale nagrywane na żywo. Dwa razy przerwano program, bo raz powiedziałem coś niegramatycznie, i na moją prośbę powtarzaliśmy, a drugi raz coś źle wypadło. Proszę sobie wyobrazić moje zawstydzenie, kiedy program nie idzie na żywo, a trzeba go dwa razy przerywać, bo jego bohater nie daje sobie rady.

Powiedział Pan kiedyś tak: "Nie jestem żadnym pionierem, żadnym odnowicielem, jestem rzemieślnikiem". Skojarzyło mi się to ze słowami Erica Emmanuela Schmitta, który mawia, że jest zaledwie skrybą, uchem i ręką. To kokieteria czy skromność?
Porównanie ze Schmittem jest dla mnie komplementem, ale z drugiej strony wiem, że bardzo mocno kontrastuję z autorem, który uprawia literaturę głównego nurtu. Ja jestem autorem ściśle określonym gatunkowo, pisarzem, który pisze kryminały. W związku z tym siłą rzeczy jestem zaliczany przez literaturoznawców do literatury klasy B. I wcale się z tego powodu nie gniewam. To jest działka literacka, na której się dobrze czuję, moje poletko, które uprawiam od lat...

…na którym niepodzielnie króluję, powiedzmy to głośno, z książkami tłumaczonymi na 19 języków…
Nie, może nie króluję, ale znalazłem niezłą niszę i wraz z innymi kolegami pisarzami przyczyniam się do tego, że kryminał w Polsce jest coraz popularniejszy. I to wszystko. Jeśli wybitny twórca, autor głównego nurtu, mówi o swojej twórczości nie w sposób górnolotny, tylko umiarkowany i skromny, to może rzeczywiście świadczyć o skromności. W wypadku autora kryminałów świadczy to o realnym spojrzeniu na własną pracę.

A spojrzenie na innych autorów, także aspirujących? Pan uczył kreatywnego pisania.
Tak, przez dwa lata. To były kursy organizowane przez wydawnictwo Znak i Fundację "Znaczy Się".

Pisania da się nauczyć? I nauczyć się, i nauczyć kogoś?
Taki kurs musi być skierowany do ludzi, którzy mają talent. Jeśli ktoś ma talent, to nauczy się pewnych rozwiązań warsztatowych, bo może mieć talent, ale nie wiedzieć, jak go spożytkować. Na te kursy trafiają ludzie, którzy mają już za sobą próby literackie albo marzą o pisaniu i do tych marzeń mają pewne podstawy. Choć sam talent nie wystarcza, trzeba się nauczyć jeszcze pewnych technik. Uczyłem, jak sformułować tytuł, jak skonstruować postać bohatera, jakie mu dać nazwisko, czy to jest ważne, czy nieważne…
Chyba ważne, trudno sobie wyobrazić, żeby Eberhard Mock nazywał się Hans Rose.
Tak, nazwisko bywa kluczowe dla postaci. Jeśli takie wykłady są skierowane do ludzi obdarzonych talentem, to mają sens. I dają efekty.

Nie będę męczyła Pana o Chandlera i Mankella, ale zapytam o polskie autorki kryminałów. W wywiadzie na pytanie o to, czy uprawiają kryminał kobiecy, powiedziały, że jeśli one uprawiają kryminał kobiecy, to mężczyźni uprawiają kryminał "ch...wy". To cytat. Jest podział na kryminał męski i damski, z inklinacjami genderowymi?
Na to pytanie nie odpowiem wprost z kilku powodów. Po pierwsze, nigdy nie oceniam koleżanek i kolegów po piórze, bo gdybym to robił, nierzadko musiałbym wygłosić sądy krytyczne, a to nie przystoi. Unikam i wychwalania pod niebiosa, i krytykowania.

Ale o Marcinie Wrońskim wyraża się Pan pochlebnie.
Tak, ale to było jedyne odstępstwo od mojej żelaznej zasady. Byłem zachwycony jego powieścią "A na imię jej będzie Aniela". Tytuł uważam za niezbyt udany, ale sama książka podobała mi się z wielu powodów, między innymi dlatego, że Marcin Wroński jest prekursorem w naszym światku kryminałów. Osadził swoją powieść w realiach okupacyjnych, a to jest coś niezwykłego. Zresztą w pięknym mieście Lublinie, w którym wielokrotnie byłem, za każdym razem pod dużym wrażeniem. Nie wypowiadam się o literaturze kolegów, a poza tym nie mogę wypowiedzieć się na ten temat z bardzo prozaicznych powodów. Bo ja właściwie nie czytam kryminałów.

Żeby uniknąć inspiracji?
Nie chcę kierować się cudzymi rozwiązaniami. Niedawno żona poleciła mi kryminał "Rytuał" Mo Hayder, który czytałem z wypiekami na twarzy. Jeśli zarzuca mi się makabrę, to tam dopiero się dzieje! A autorka - eteryczna, piękna blondynka. Przeczytałem tę książkę i okazało się, że ten pomysł przeczuwałem, chciałem go kiedyś wykorzystać. Krótko mówiąc, jeśli ktoś mi zarzuci powielanie cudzych pomysłów, to mam alibi - ja nie czytam kryminałów. O tamtych autorkach nie będę się wypowiadał, bo ich powieści nie znam.

Mówi Pan o makabrze, mnie skojarzyło się to z danse macabre. Chętnie i zręcznie posługuje się Pan w literaturze rozmaitymi okropieństwami, zastanawiam się, czy to sposób na oswojenie śmierci?
Nie przyświecają mi żadne cele, a jeśli, to nie potrafiłbym ich jasno scharakteryzować. Jestem człowiekiem, pisarzem - miłośnikiem szczegółu. Dlatego pod moim piórem one żyją, są niezwykle dla mnie istotne. Przedstawiam je z wielkim upodobaniem, i to zarówno szczegół kulinarny, jak i inne. Jeśli kulinaria opisuję con amore, to inne także.

Także makabryczne?

Nie, te akurat bez przyjemności. Ale w ogóle lubię opisy i niekoniecznie je różnicuję. Jeśli mogę zacytować Jonathana Litella, nie porównując się broń Boże z jego artyzmem, to powiem tak: "Kiedy tworzę opisy o trupach, to nie myślę o trupach, tylko o przecinkach". To była odpowiedź Litella na pytanie, jak może się poruszać wśród stert oślizgłych trupów. I to jest idealna odpowiedź.

W Pańskich książkach nie ma politycznej poprawności. Pisząc o Elżuni, jednej z bohaterek najnowszej książki "Rzeki Hadesu", która cierpi na pewną przypadłość, pisze Pan, wkładając słowa w usta innego bohatera, o zaściankowej polskiej mentalności. To stylistyka retro pozwala na taką swobodę?
Autor powieści retro jest tu w pewnym sensie bezkarny. Jeśli piszę o Polsce lat 30., to swobodnie mogę przedstawiać sytuację tak, jak ona rzeczywiście wyglądała. Jeśli ktoś był szowinistą, wygłaszał seksistowskie poglądy - proszę bardzo, przecież chodzi o stylistykę epoki. Wtedy pisarz nie ma sobie nic do zarzucenia. Chyba że ma w tym cel. Caleb Carr, pisząc swoją powieść "Alienista", stworzył całą brygadę śledczą, do której koniecznie musiał należeć czarnoskóry, kobieta i tak dalej. Bardzo poprawne, ale nie autentyczne.
W nowej książce pojawia się okrutna zbrodnia, która przełamuje jedno z najsilniejszych społecznych tabu. To celowy zabieg, żeby wstrząsnąć czytelnikami, z których co delikatniejsi mogą mieć potem problem z lekturą?
Nie, nie chciałem szokować. Delikatny czytelnik może czuć się zszokowany, ale ja kieruję moją powieść do ludzi, którzy już mnie znają i wiedzą, czego się spodziewać. Poza tym na tym polu panuje duża konkurencja, autorzy kryminalni wręcz prześcigają się w tym, żeby znaleźć coś nowego.

To zupełnie nowy pomysł?
Chyba nowy, ja się z tym nie spotkałem, ale, jak mówiłem, bardzo rzadko czytam kryminały. Choć tabu, o którym piszę, to dramat dziecka, występuje jednak w literaturze, więc nie jest kompletnym novum. W kryminałach właściwie wszystko już było, wszystkie wątki zostały już wyczerpane, więc autor, który chce stworzyć coś nowego, ma tutaj poważny problem. Coś nowego można stworzyć tylko w dwóch zakresach - po pierwsze, opisując świat, osadzając akcję w nowej, niespotykanej dotąd scenerii, albo stworzyć nowego, ciekawego, pełnego sprzeczności bohatera. Autorzy kryminałów nie obawiają się, że swoich czytelników zbytnio poruszą, ponieważ wiedzą, dla kogo piszą. Nie dla tych, którzy będą płakali czy zbytnio się wzruszali przy krzywdzie, tym bardziej że - i chcę to podkreślić bardzo mocno - u mnie krzywda zawsze zostaje mocno pomszczona.

Jeden z krytyków zarzucił kiedyś Panu, że na każdej stronie jest "krew, gówno i sperma". Co takiego pociągającego jest w brudzie świata, że z zapartym tchem czytamy i tabloidy, lubujące się w soczystych opisach, i kryminały?
To pytanie do literaturoznawcy i filozofa. Ja odpowiem na nie tylko w ten sposób: wydaje mi się, że ludzie interesują się złem po to, żeby się uczyć, jak go unikać. Jeżeli ludzie plotkują o innych ludziach, szczególnie o związkach damsko-męskich, co jest ulubioną rozrywką i kobiet, i mężczyzn…

Mężczyzn też?
Tak, i o ile nie wiem, co przyświeca kobietom, to mężczyźni z upodobaniem o tym rozprawiają, bo uczą się nowych strategii podbijania serc niewieścich. Jeśli jeden drugiemu opowiada o jakimś romansie, to drugi chętnie się dopytuje o szczegóły. Plotkowanie, przynajmniej między mężczyznami, ma podłoże, rzekłbym, dydaktyczne. To jest moja teoria, nie wiem, na ile słuszna. Sam, od kiedy zacząłem pisać kryminały, stałem się innym człowiekiem.

Innym?
Podejrzliwym. Kiedy jadę autem i widzę samochód, który jedzie za mną, od razu myślę, że jeśli skręca tam, gdzie ja - ja w lewo, on w lewo, ja w prawo, on w prawo - że mnie śledzi. Proszę sobie wyobrazić, że wtedy zatrzymuję się, czekam, aż mnie minie, i dopiero wtedy ruszam. Mieszkałem przez kilka miesięcy w Szwajcarii, w pięknym spokojnym miasteczku. W pewnej chwili zobaczyłem dwóch mężczyzn z kijami, biegnących w moim kierunku. Zmartwiałem. Okazało się, że byli to dwaj dżentelmeni z kijami do nordic walkingu.

Z jednej strony Pańskie książki służą, jak Pan często podkreśla, rozrywce, z drugiej jednak mają pewną funkcję dydaktyczną. Powiedział Pan kiedyś: "Chcę, żeby czytelnicy pomyśleli sobie, kiedy potwór zostanie ukarany: dobrze mu tak!".
Tak, ale to raczej manewr, który znacznie lepiej spaja dzieło literackie, niż funkcja dydaktyczna. Mówię wciąż o dziele kryminalnym, ponieważ kiedy zło w kryminale nie zostaje ukarane, to czytelnik ma, po przeczytaniu takiej książki, poczucie kompletnego chaosu. Zbrodnia jest chaosem, ingerencją w uporządkowane życie człowieka, dlatego ten chaos musi być na końcu książki zniwelowany. Śledczy złapał na końcu mordercę. Świat wrócił w utarte, bezpieczne koleiny. Wtedy czytelnik oddycha z ulgą. Jeśli ten chaos zostanie na początku przez autora spotęgowany przez makabrę, to tym większe jest końcowe westchnienie ulgi. To manewr typowo literacki.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie