Koźmiński: Kręcina jest potrzebny polskiej piłce. Ale nie jako prezes PZPN

Tomasz Dębek
Fot. Sławek/CC-SA-BY
- Osobiście i zawodowo bardzo szanuję Kręcinę. Ale nie wyobrażam sobie, by taki człowiek mógł kierować PZPN. Co innego zarządzać związkiem gabinetowo, a co innego być prezesem - mówi Marek Koźmiński, były piłkarz reprezentacji Polski, w rozmowie z Tomaszem Dębkiem.

Startuje Pan w wyborach do zarządu PZPN. Skąd taki pomysł?
Od jakiegoś czasu próbuję zaprezentować swoją osobę tak, żeby powrócić do szeroko rozumianego światka piłkarskiego. Minęło bodajże sześć lat, od kiedy przestałem się udzielać. W międzyczasie pojawiały się propozycje, abym objął stanowisko dyrektora reprezentacji czy prezesa ekstraklasy. Teraz mam okazję, żeby zostać członkiem zarządu. Nie ukrywajmy, ciągnie wilka do lasu.

Jeśli chodzi o Pański program zmian w PZPN, jakie są jego główne punkty?
Przede wszystkim musimy zaczekać na wyniki wyborów prezesa. Jeśli ta osoba będzie chciała, bym dołączył do grona, z którym będzie pracować, wtedy zaczniemy mówić o programie. Na razie kandydaci do zarządu określają się za pomocą szeroko rozumianych haseł. Moim zdaniem wizerunek polskiej piłki powinien być diametralnie inny. Chciałbym pokazać, że nie jest tak źle, jak nas widzą na zewnątrz. Powinniśmy też zrewidować system szkolenia. Zastanowić się, czemu w ostatnich latach - nie kilku, ale dziesięciu - nasze reprezentacje i kluby tak słabo wypadają na arenie międzynarodowej. Gdzieś jest problem. Pamiętajmy, że po upadku ustroju w 1989 roku większość klubów została na lodzie i musiała funkcjonować w całkowicie innych warunkach niż wcześniej. Później doszła do tego wolnorynkowa gospodarka i wiele klubów sobie nie radzi. PZPN nie może być ogniwem, które ratuje, łączy, pomaga i ustawia pewne rzeczy od góry. Natomiast związek musi mieć pewien pomysł, obrać jakiś kierunek. W finansach funkcjonuje powiedzenie, że jeśli ma się dziesięć, to powinno być jedenaście, dwanaście i piętnaście. Pieniędzy nigdy za wiele. Powinniśmy je umiejętnie przesyłać w tzw. teren, żeby tam lokowano je w organizacjach, klubach i stowarzyszeniach. Szkolenie od dołu przyniesie korzyści na szczeblu centralnym. PZPN nie może odpowiadać za to, co się dzieje w każdym małym klubie. Związek ma odpowiadać za ogólnie rozumiany system, który trzeba stworzyć. Na samej górze będzie piłka wyczynowa, czyli ekstraklasa i reprezentacja. Potrzebne będą też klarowne przepisy. Żeby było wiadomo, dlaczego jakiś klub nie dostał licencji albo któryś zawodnik został zdyskwalifikowany na określoną liczbę meczów. Reasumując: do zrobienia jest przejrzystość, klarowność i dobry medialny przekaz. Nie wszystko jest w naszej piłce złe.

Myśli Pan, że jest szansa na to, że po tych wyborach beton w PZPN pójdzie w odstawkę albo chociaż trochę skruszeje? Widzi Pan w ogóle chęć zmian w tym środowisku?
Każda organizacja ma swoje dobre i złe strony. Absolutnie nie powinniśmy mówić, że do tej pory wszystko było fatalne, ale dzień po wyborach zrobi się wspaniale. Tak nie będzie. Nowe osoby, które są kandydatami do władz PZPN, nie znają przeszłości. Mam nadzieję, że wniosą coś nowego, chęci, pomysły. Ale oprócz tego powinna być baza, czyli znajomość materii, przepisów i funkcjonowania związku. Najlepsza byłaby więc mieszanka doświadczenia ze świeżością. Kiedy to się połączy, wyjdzie coś dobrego. To musi być ewolucja, która potrwa może cztery, może osiem lat. Mam nadzieję, że rozpocznie się właśnie po nadchodzących wyborach.
Przejdźmy do wyborów na prezesa. Pan nie ukrywał, że popiera kandydatury Zbigniewa Bońka i Romana Koseckiego. Dlaczego według Pana to najlepsi kandydaci?
Uważam, że to jedyne osoby spośród pięciu kandydatów, które wniosą powiew czegoś nowego. Są w środowisku od lat i doskonale je znają, ale trochę z innej strony niż pozostali kandydaci. Konkurenci Bońka i Koseckiego, nawet jeśli będą chcieli coś zmienić, nie będzie to do dla nich do końca naturalne. Nie jest czymś dziwnym, że człowiekowi chcącemu wejść z zewnątrz do PZPN garną się na język osoby, które wymieniłem. Zresztą, obu dobrze znam. Za czasów mojej gry w reprezentacji najpierw występował w niej też Romek, a później Boniek pełnił stanowisko wiceprezesa PZPN. Miałem z nimi do czynienia i mogę powiedzieć coś tym, co osiągnęli, jakimi są ludźmi i jakie mają predyspozycje.

Boniek uchodzi w środowisku za niewybieralnego. Ostatnio przegrał z kretesem, mimo poparcia Platiniego i Surkisa. Poza tym nie chce wchodzić w żadne koalicje, nie potrafi grać zespołowo.
Do Bońka faktycznie przylgnęła taka opinia. Dlaczego? Bo bardzo dobitnie wyraża swoje poglądy. Niektóre osoby nie do końca akceptują to, co mówi. Ale wiemy, czego się po nim spodziewać.

Kosecki z kolei jednoznacznie kojarzy się z polityką.
Uważam, że może to być plus. Kosecki to nie tylko piłkarz, który prosto z boiska przesiadł się w garnitur. Pełni w Sejmie już drugą kadencję. Nabrał pewnego szlifu parlamentarnego. Umiejętności, które są bardzo przydatne na fotelu prezesa PZPN. Oczywiście nieciekawa byłaby sytuacja, w której Romek pełniłby dwie funkcje jednocześnie. Ale jego deklaracja jest jasna - jeśli zostanie prezesem, złoży mandat poselski. Poza tym, z tego, co wiem, nie jest on członkiem Platformy Obywatelskiej.

Jak Pan ocenia szanse pozostałych: Antkowiaka, Potoka i Kręciny?
Nie chciałbym oceniać ich szans. Powiem tak: znam całą trójkę, a najlepiej pana Kręcinę. Uważam, że temu ostatniemu przypisuje się kilka nieciekawych zdarzeń w polskiej piłce. Osobiście i zawodowo bardzo go szanuję. Ale nie wyobrażam sobie, by taki człowiek mógł kierować PZPN. Co innego zarządzać związkiem gabinetowo, a co innego być prezesem. Mam nadzieję, że Kręcina nie weźmie sobie tego do serca, bo uważam, że jest potrzebny naszej piłce. Ale nie jako prezes PZPN.

Zaskoczyło Pana to, że Grzegorz Lato nie zebrał wymaganych 15 rekomendacji?
Tak. Mimo jego nieciekawych rządów byłem przekonany, że zdobędzie niezbędne głosy. Choć niekoniecznie widziałem w nim faworyta wyborów. Ale ta sytuacja oznacza, że starsze środowisko działaczy zdaje sobie sprawę z tego, że potrzebne są reformy i zmiany wizerunkowe. Powiedzieli: "Temu panu już dziękujemy". Inaczej tego nie można określić.
Przejdźmy do spraw reprezentacji. Widzi Pan powody do optymizmu po meczu z Anglią?
Oczywiście. Mimo ubytków w składzie zagraliśmy naprawdę fajne spotkanie. Mieliśmy szanse na wygraną, choć trzeba przyznać, że Anglia była słaba. Mamy dwóch, trzech zawodników, którzy zaczynają być podstawowymi piłkarzami reprezentacji. Mówię przede wszystkim o Gliku i Krychowiaku. Odnalazł się też Grosicki, który na Euro wyglądał słabo. Z Anglikami zagrał bardzo fajne spotkanie, zastępując Błaszczykowskiego. Ten mecz pokazał, że chyba pierwszy raz od 20 lat trener kadry nie wyczyścił kadry do cna. Zrobił kilka retuszy, które wyszły na lepsze.

Jakie są minusy?
Nie wygraliśmy spotkania, które było do wygrania. Mały epizod mógł przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Jesteśmy też uzależnieni od kilku graczy, bez których kadra traci połowę zdolności. Mimo wszystko cieszyłbym się z remisu, to punkt zdobyty, a nie dwa stracone. Jednak przed trenerem i reprezentacją daleka droga. Z Ukrainą, Anglią na Wembley i Czarnogórą u siebie będziemy grać o wszystko. To dopiero środek rywalizacji. Jesteśmy w grze. Szanse na sukces końcowy posiadamy, choć nie jestem hurraoptymistą.

Mówiąc o meczu z Anglią, nie możemy uniknąć tematu dachu, którego nie można było zamknąć. Co Pan o tym myśli?
To dość dziwna sytuacja. PZPN zwala winę na NCS, NCS na PZPN. Do tego miesza się jeszcze architekta i wykonawcę. W związku z tym narzuca się pytanie: kto jest winny? W Polskim Związku Piłki Nożnej nie można powiedzieć, że za organizację danego meczu jest odpowiedzialny Pan X. I to jego trzeba wziąć i wytarmosić, bo dał plamę. Słyszeliśmy, że trener miał dużo do powiedzenia, bo chciał grać przy otwartym dachu. Były informacje, że człowiek ze związku był oddelegowany do organizacji meczu. Słyszeliśmy zdanie prezesa… Totalny bezwład. Zabrakło mi też uszanowania kibiców, którzy na drugi dzień przyszli w liczbie 47 tysięcy i tak wspaniale dopingowali. Chyba tylko raz czy dwa pozwolili sobie na wycieczkę słowną w stronę PZPN. Nawet jeśli dane osoby nie były winne, zabrakło mi słowa "przepraszam" w stronę tych kibiców. Co by nam szkodziło zrobić dla nich otwarty trening? Mamy wszystkie dane, przecież żeby kupić bilet, trzeba było podać PESEL. Ale nikt nie pokazał, że szanuje kibiców. Że uderza się w piersi za zaistniałą sytuację.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
As
PZPN przypomina mi PZPR podobne co? tam beton i tu.Nic nowego i młodego.Same leśne dziadki! Same się wybierają.I powiedzcie nie postepują tak jak za komuny???A Pan Boniek .No nie bo przecież on jako jedyny rozbił by ta SITWĘ albo wziął za morde to towarzystwo.Jak może byc Odnowa ludżmi którzy przez kilkadziesiąt lat byli w tym bagnie.I co? nie widzieli tych afer?????
Dodaj ogłoszenie