Koszmar z przeszłości. Do końca krzyczeli: RATUNKU! TOPIMY SIĘ!

Marzena Rogozik
Bezmyślna decyzja. Tratwą mogło płynąć max. 10 uczniów - na jedną z nich flisacy załadowali 25 osób! Finał szkolnej wycieczki zakończył się tragedią. Uczniowie na drugiej tratwie słyszeli krzyki tonących i widzieli, jak znikają pod wodą!

Mieli zwiedzać zamek w Niedzicy. Wypłynęli tratwami na Dunajec, chociaż nie było tego w planie wycieczki. Uczniowie z Zasadniczej Szkoły Zawodowej i Gospodarczej w Nowej Hucie stracili życie przez głupotę i bezmyślność.

Był 13 czerwca 1960 roku. Część klas I i II E z Zasadniczej Szkoły Zawodowej oraz grupa dziewcząt z Zasadniczej Szkoły Gospodarczej, łącznie ponad 40 uczniów w wieku 15-17 lat, pod opieką Romualdy Słabońskiej, pani Schilbach oraz Zdzisława Łaskawskiego, dotarła do Czorsztyna.

- Poszliśmy z trzema kolegami na polanę niedaleko brzegu. Podobno spływ załatwiała z flisakami pani Słabońska. Widzieliśmy, jak do brzegu podpłynęły dwie tratwy, a koledzy zaczęli wołać do nas, że za chwilę wypływamy. Wsiadłem na pierwszą tratwę, ale Franek Rogowiec krzyknął do mnie "Władek, choć na tą, tu są dziewczyny" i w ostatniej chwili przesiadłem się na drugą tratwę - przypomina sobie Władysław Gruszczyński, uczestnik wycieczki i naoczny świadek zdarzenia. - Gdyby nie on, pewnie już bym nie żył.

Tratwy wypłynęły. Woda była wzburzona po deszczu i lodowato zimna. Dopłynęli do Macelowej Góry, gdzie był ostry zakręt. Była godzina 10.20. Nagle pierwsza tratwa się przewróciła, uczniowie wpadli do wody. Pozostali z przerażeniem patrzyli, jak ich koledzy toną.

- Józiu Partyka wskoczył do wody, kiedy zobaczył, co się dzieje, był dobrym pływakiem, więc jakoś dopłynął do brzegu. Nie miał siły wydrapać się na brzeg. Pomogli mu miejscowi. Pani Słabońska krzyczała: "Chłopcy ratujcie się!". Po tych słowach utonęła - relacjonuje 71-letni obecnie pan Władysław.

Woda miała podwyższony poziom, sięgała za burtę. W miejscu wypadku łożysko Dunajca miało 6 metrów głębokości więc flisacy nie dostawali do dna tyczkami. Nagle woda chlusnęła na tratwę i prawdopodobnie pasażerowie przesunęli się na drugą stronę, co przechyliło tratwę.

Uczniów z drugiej tratwy wysadzono na brzegu. Zaczęło się gorączkowe ratowanie tonących. Jeden ze strażników pogranicza wyciągnął z wody i uratował 6 osób. Zebrał się tłum miejscowych gapiów, którzy bezradnie przyglądali się sytuacji. - Ja sam robiłem sztuczne oddychanie jednemu z chłopców, jak umiałem, ale nie dało to rezultatu.

Ktoś powiedział, że po czeskiej stronie jest lekarz, przetransportowali tam chłopca, ale okazało się, że medyka nie było, więc wrócili z powrotem i było już za późno. Pamiętam, jak wyłowili ciała. Ułożyli je na brzegu, jeden obok drugiego. Przyjechał ksiądz na motorze i milicja. Robili zdjęcia. A oni leżeli bez ruchu na brzegu - wspomina, łamiącym się głosem Władysław Gruszczyński.

- Pamiętam jak dziś, jak tonął Zdzisiu Kowalski. Do końca krzyczał "Ratunku! Ratunku! Już nie mogę". Po tych słowach zanużył się pod wodę i utonął. Odnaleziono go jako ostatniego na drugi dzień. 30 km od miejsca wypadku - dodaje.

Na miejsce przyjechał zastępca dyrektora p. Kurowski. - Jak to zobaczył po prostu się rozpłakał. Pana Łaskawskiego zabrali o ile dobrze pamiętam - w kajdankach. Nas zgarnęli do autokaru i zawieźli na komendę do Nowego Targu. Tam dali nam gorącą herbatę, a potem wróciliśmy do Krakowa. Zakwaterowano nas wszystkich, nawet tych mieszkających po sąsiedzku, w internacie na os. Szkolnym. Dziś dzieciom po takiej tragedii udziela się wsparcia psychologicznego, a my go nie otrzymaliśmy. Na trzeci dzień po tragedii poszliśmy normalnie na lekcje - mówi Gruszczyński.

Oprócz Józefa Partyki uratował się jeszcze chłopak o nazwisku Pawłowski, który wdrapał się z powrotem na przewróconą tratwę, oraz Feliks Tupta, który nie umiał pływać - wyciągnęli go z wody w ostatniej chwili. Opowiadał, że gdy tonął, robiło mu się gorąco i jeszcze pod wodą rozpiął sobie kołnierzyk u koszuli.

Jeden z wyłowionych chłopców miał jeszcze rękę zaciśniętą na teczce. Flisak, który utonął, miał na przedramieniu odciśnięte ślady palców. Ktoś tonący chwytał go za rękę. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci wszystkich był skurcz mięśnia sercowego.
W nurcie Dunajca śmierć ponieśli koledzy Władysława: Gierlik Stanisław, Gołdyn Marian, Kopeć Zdzisław, Korzec Stanisław, Kowalski Zdzisław, Maj, Pac Stanisław, Szarek Władysław i Żuradzki Mieczysław, opiekunka wycieczki, nauczycielka rosyjskiego Romualda Słabońska oraz jeden z flisaków. Wszystkie dziewczęta przeżyły - płynęły drugą tratwą.

Pani Schilbach doznała szoku. Była w fatalnym stanie psychicznym, leżała w łóżku jeszcze długo po wypadku. Opiekun grupy Zdzisław Łaskawski dostał wyrok roku w zawieszeniu. Został pozbawiony możliwości wykonywania zawodu, zatrudnił się w hucie w stalowni martenowskiej. Flisacy, którzy przeżyli, zostali oskarżeni i skazani na 3, 4 i 5 lat więzienia. Okazało się, że spływ był organizowany nielegalnie "na dziko". Przewoźnicy złamali też przepisy regulujące liczbę pasażerów. Na tratwie mogło być maksymalnie 10 osób i 2 flisaków, a tego dnia na jednej z nich było 25 osób.

Dramat, jaki rozegrał się na Dunajcu, był ciężkim przeżyciem dla rodzin zmarłych. Nauczyciele oddelegowani do poinformowania rodziców mocno przeżyli te spotkania. W niektórych rodzice rzucali nawet nożami, bo stracili jedyne dziecko.

- Na kilku pogrzebach byłem osobiście. Mama jednego z chłopaków co chwilę mdlała, nie miała nawet siły płakać - wspomina Władysław. - Moja psychika jest do tej pory wypaczona tym wypadkiem, starsze siostry opowiadały, że wtedy zamknąłem się w sobie i nie dało się ze mną porozumieć. W końcu zginęło 10 kolegów z mojej klasy. Miałem wtedy 16 lat. Ciagle miałem ten widok przed oczami, te ułożone na brzegu ciała. Moje zmysły otępiały. Normalna śmierć pojedynczego człowieka nie wzbudzała we mnie takiej reakcji, jak w innych. Za dużo widziałem - mówi ze smutkiem w głosie Władysław Gruszczyński.

Od feralnego dnia pan Władysław nie był na miejscu wypadku. Ciągle zastanawiało go, czy ktoś upamiętnił miejsce śmierci jego kolegów. Okazuje się jednak, że miejsce tragedii, ta śmierć zostały wyrugowane z pamięci.

- W miejscu wypadku nie ma tabliczki ani krzyża. Jest tylko grób flisaka pochowanego na cmentarzu w Sromowcach, - mówi Zofia Dziura z Urzędu Gminy Czorsztyn. Dyrekcja szkół - obecnie Zespołu Szkół Elektrycznych nr. 2 oraz Zespołu Szkół Gastronomicznych nr. 1 również potwierdza, że wypadek nie jest odnotowany w historii szkoły. Czy o zmarłych uczniach nikt już nie pamięta?

Czarna godzina
10.20 - dokładnie o tej godzinie tratwa z 25 uczniami przechyliła się i wpadła do wody głębokiej na 6 metrów! Ci, którzy nie potrafili pływać nie mieli szans w walce z rwącą, lodowato zimną rzeką. Kilka godzin później kilkanaście ciał wyciągnięto na brzeg w Sromowcach Niżnych.

Tygodnik Nowa Huta

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie