Kosiniak-Kamysz: Chcę być tym, który wreszcie zakończy wojnę polsko-polską

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
Andrzej Szkocki/Polska Press
Chcę być prezydentem, który na nowo zjednoczy Polaków i przywróci Polsce braterstwo. Chcę być tym prezydentem, który zwolni emerytury i renty z podatków, który dzięki programowi „Własny Kąt” zagwarantuje młodym Polakom środki na wkład własny na pierwsze mieszkanie, który uwolni przedsiębiorców od obowiązkowego ZUSu. Chcę być tym prezydentem, który uzdrowi polską służbę zdrowia - mówi Władysław Kosiniak-Kamysz, kandydat ludowców w wyborach prezydenckich

Jest pan zadowolony ze swojej kampanii wyborczej?
Jestem właśnie po konwencji w amfiteatrze opolskim – niesamowita energia! Uważam, że to, co mnie spotkało - zaszczyt bycia kandydatem w wyborach prezydenckich, możliwość rozmów, spotkań, pomocy ludziom, dyskusji o ich troskach, cieszenia się z ich radości – to już jest wielki sukces, a w najbliższy weekend będzie jeszcze większy.

Czyli nie żałuje pan decyzji o starcie w wyborach prezydenckich?
Jestem w polityce od dwudziestu lat. Zaczynałem jako wolontariusz przy kampanii Jarosława Kalinowskiego w 2000 roku. Nie przypuszczałem, że po dwudziestu latach samemu przyjdzie mi w wieku 38 lat kandydować w wyborach na prezydenta RP i brać udział w kampanii, która jest kampanią programową, całościową, trwającą przez osiem miesięcy, nie przez trzy tygodnie. Moim zdaniem, takie podejście do wyborów, jest poważnym potraktowaniem Polski i start w nich, jak już powiedziałem, jest dla mnie zaszczytem.

To prawda, mówi się, że pan tę kampanię miał równą, w przeciwieństwie do niektórych pana kontrkandydatów.
Na pewno to była bardzo intensywna kampania, zaczęliśmy już 3 listopada. Potem w grudniu, styczniu, jeszcze w prekampanii objeżdżaliśmy Polskę. W lutym, mieliśmy wielką konwencję w Jasionce, potem przyszedł czas koronawirusa, ale wciąż byliśmy bardzo aktywni, zmieniliśmy jednak trochę program wyborczy. Potem zmiana terminu wyborów – kolejna odsłona tej kampanii, powrót do objazdu kraju. To buduje w niesamowity sposób – jestem w stanie usiąść i rozmawiać na wszystkie tematy, o wszystkich problemach, z którymi zgłaszają się do mnie Polacy. Od spraw związanych z suszą, przez te związane z gospodarką, z trudnościami w prowadzeniu własnej firmy, przez sprawy związane ze zdrowiem, po kwestie wartości. Mam poczucie, że wkładamy w tę kampanię całą naszą energię, całe nasze serce i tak będzie do ostatniego dnia.

Trochę mi pana szkoda, mówiąc szczerze.
A dlaczego?

Bo wiele osób, mówi tak: ten Kosiniak-Kamysz jest nawet niezły, ale ma jedną wadę - jest kandydatem ludowców, a ci mają taki elektorat, jaki mają, więc i tak do II tury nie wejdzie.
Spokojnie – budujemy Koalicję Polską, zmieniliśmy się. Gdybyśmy zestawili wszystkie kampanie prezydenckie z ostatnich lat, to tę zmianę widać. Zaangażowanie jest inne, za co bardzo dziękuję. Jestem w polityce maratończykiem, nie krótkodystansowcem, nie sprinterem, nie zmiennikiem. Biegnę i wraz z moją drużyną zaniesiemy sztandar wolności, sprawiedliwości, gospodarności do bram Belwederu.

Nie ma pan w sobie żalu? Bo może gdyby był pan kandydatem innej, większej partii, pana szanse byłyby większe.
Wie pani, ja się cieszę z tego, co mam. Mając dużo doświadczeń i życiowych i politycznych – byłem w rządzie, samorządzie, opozycji, wyszedłem z ogromnego kryzysu, w jakim była moja formacja, bo została niemal unicestwiona politycznie w zeszłej kadencji – nie mam w sobie ani żalu ani poczucia przegranej. Wiem, że będą osoby, które zagłosują na kogoś innego, być może mają emocje rozpalone do czerwoności, ale mogę im spojrzeć prosto w oczy, bo nie mam się czego wstydzić, wszystko zrobiłem najlepiej, jak potrafiłem. Nie jestem idealny, nigdy tego nie mówiłem, co też pewnie odróżnia mnie od innych kandydatów. Popełniam pewnie błędy i wyciągam z nich wnioski. Jestem przekonany, że nasz sen o Wiktorii, o Polsce wspólnej sprawy się spełni. Inaczej nie miałbym sił na to, aby brać udział w czterech czy pięciu kampaniach w ciągu ostatnich dwóch latach.

Czytaj także

Co dla pana było w tej kampanii najtrudniejsze?
Dystans, który trzeba było pokonać był ogromnym wyzwaniem. Jeżeli ktoś potraktował te wybory poważnie, od początku chciał brać w nich udział, to czas ma ogromne znaczenie – trzeba umiejętnie rozłożyć siły, mieć pomysły na każdy dzień kampanii. Dzisiaj polityka jest bardzo ulotna – jeśli nie ma się pomysłu na poniedziałek, to ten dzień jest stracony, podobnie jest z wtorkiem, środą, każdym dniem tygodnia. Codziennie trzeba pokazać coś nowego nie odchodząc od swojego przekazu, swoich idei. To jest na pewno wyzwanie: i fizyczne, i intelektualne, i takie życiowe, domowe. Przecież udział w kampanii wiąże się z zaangażowaniem całej mojej rodzin: Pauliny, Zosi, moich rodziców, mojej siostry, jej rodziny, rodziny Pauliny, przyjaciół, znajomych. To niesamowite doświadczenie.

Właśnie, skoro pan o tym wspomniał, dzięki kampanii poznaliśmy pana żonę. Jest dość ekspresywna – bardziej panu zaszkodziła, czy pomogła, jak pan myśli?
Niektórzy mówią, że na początku, na konwencji w Jasionce, skradła mi show.

No tak, „tygrysek” wzbudził sporo emocji!
Paulina taka jest, pokazała to. Nie będzie niczego udawać i to jest super. To też ma znaczenie. Moja żona dobrze się w czuła w kampanii, czym zaskoczyła wszystkich, nawet siebie. Ludzie na nią bardzo dobrze reagują, polubili ją, pokochali nawet.

Nie miał pan takich dni podczas tej kampanii, że usiadł wieczorem i pomyślał: „Boże, niech to się już wreszcie skończy!”?
Każdy ma taki moment, kiedy musi złapać oddech, wypełnić płuca powietrzem. Oczywiście są takie chwile, kiedy wiatr nam dmucha w żagle i jest czas ciszy na morzu. Wtedy też trzeba sobie na tym okręcie poradzić.

Dobrym momentem był ten, kiedy wyborcy Platformy Obywatelskiej odeszli do pana i Szymona Hołowni, bo Małgorzata Kidawa-Błońska nie spełniała ich oczekiwań jako kandydatka na prezydenta, a może po prostu źle prowadzono jej kampanię. W każdym razie zmiana kandydata PO na Rafała Trzaskowskiego przyniosła panu straty, to był chyba ten trudny moment, prawda?
Myślę, że za to, co się stało największą cenę zapłaciła pani marszałek. Była jedną kobietą w tym wyścigu i dość łatwo zrezygnowano z jej kandydatury. Rozumiem, że zwyciężyła idea ratowania partii. Nie mam o to pretensji, rozumiem, że Platforma chciała ratować samą siebie. Pytanie, czy to skuteczne, czy to może prowadzić do wygrania wyborów – mam tu wątpliwości, bo myślę, że nie da się przekonać Polaków pozą, która nie do końca jest wiarygodna. Może nie dla Rafała Trzaskowskiego, bo jego znam od lat i lubię, ale dla środowiska, które żyje z konfliktu z Prawem i Sprawiedliwością, a nie ze współpracy.

Prof. Antoni Dudek powiedział mi ostatnio, że Polacy nie są jeszcze gotowi na prezydenta kobietę, że owszem kobieta premier, kobieta minister – tak, ale nie kobieta prezydent. Pan się z tą diagnozą zgadza?
Wydaje mi się, że taki moment przełomowy nastąpił po tym, jak mieliśmy dwie kobiety na stanowisku premiera w ostatnim czasie, bo Hanna Suchocka, to początek lat 90., ale Ewa Kopacz i Beata Szydło, to jednak bardzo świeże doświadczenie polityczne. Przecież początkowe sondaże dawały Małgorzacie Kidawie-Błońskiej poparcie nawet 30 procentowe, więc większe niż Rafał Trzaskowski ma dzisiaj. Wydaje się, że wyborcy nie patrzyli na to, że kandydatem jest mężczyzna czy kobieta, być może nawet fakt, że startuje w tych wyborach kobieta był atutem w niektórych momentach.

Więc co się stało, ze te sondaże Małgorzaty Widawy-Błońskiej tak poszybowały w dół?
Trzeba o to pytać Platformę Obywatelską, jej liderów, panią marszałek. Życzę jej wszystkiego dobrego, bo wiem, że także ciężko pracowała. Włożyła w tę kampanię swoje serce, była bardzo zaangażowana.

Ale zmiana kandydat była dobrym ruchem z punktu widzenia Platformy Obywatelskiej. Platforma Obywatelska dostała wiatru w żagle, wzrosło poparcie dla jej kandydata.
Powiedziałem już: rozumiem jak najbardziej tę zmianę. Wydaje mi się jednak, że nadrzędnym jej celem było ratowanie partii, bo gdyby Rafał Trzaskowski chciał być prezydentem RP, to wystartowałby w grudniu w prawyborach, a nie zrobił tego. Mówił, że nie zostawi warszawiaków, bo ma w stolicy dużo do zrobienia, że chce realizować swój program.

To co, przybiegł do niego Borys Budka, padł na kolana i powiedział: „Rafał, ratuj!”?
Zrobili sondaż, podali w nim kilka nazwisk i wyszło im, że najlepiej wypada Trzaskowski. Myślę, że Trzaskowski nie miał wyjścia będąc wiceprzewodniczącym Platformy, jednym z jej liderów, ważnym politykiem tego ugrupowania. To była sytuacja zero-jedynkowa.

Czytaj także

Kampanię którego ze swoich konkurentów uważa pan za dobrą?
Mam szacunek do wszystkich kandydatów, ale szczególny do tych, którzy tak jak ja zaczęli tę kampanię kilka miesięcy temu. Niosą te wszystkie doświadczenia ostatnich miesięcy, pokazują, że te wybory to dla nich poważna sprawa i za to ich bardzo szanuję. Mówię tu o Robercie Biedroniu, Szymonie Hołowni czy Krzysztofie Bosaku.

Niektórzy, przynajmniej na początku, dość sceptycznie podchodzili do kandydatury Szymona Hołowni.
Myślę, że początek miał mocny: był na okładkach tygodników, niektórzy mówili, że to nowe objawienie w polskiej polityce. Potem było trochę słabiej, ale Szymon Hołownia też potrafił się odbić w pewnym momencie. Dzisiaj jesteśmy na ostatniej prostej. Nie będę nikogo oceniał, zostaniemy wszyscy ocenieni 28 czerwca nie przez polityków, ale przez wyborców.

Dość słabo ocenia się kampanię Andrzeja Dudy, niektórzy porównują ją do tej Bronisława Komorowskiego sprzed pięciu lat. Mówią o samo zachwycie, samo uwielbieniu. Ta kampania rzeczywiście nie powala, nie uważa pan?
Nie powala przede wszystkim ta prezydentura – to bardziej mnie interesuje. Kampania jest sprawą kandydata, a prezydentura jest sprawą Polski i Polaków. Brak samodzielności, ciągłe pokrzykiwania, dzielenie Polaków – to wszystko powoduje, że moja ocena prezydentury Andrzeja Dudy jest bardzo krytyczna.

Andrzej Duda cieszy się jednak poparciem sporej części Polaków. Im się te pokrzykiwania podobają? Nie przeszkadza im, że są dzieleni, że są strofowani?
Andrzej Duda jest kandydatem największej formami politycznej w Polsce, która ma spore, stałe poparcie i to mu daje ogromną bazę na samym starcie. Bronisław Komorowski, jak sama pani zauważyła, nie miał spektakularnej kampanii, ale liczba głosów, którą otrzymał, były duża. Więc wracając do pani pytania - poparcie dla urzędującego prezydenta, to siła partii, która stoi za Dudą, to także propaganda, a może przede wszystkim propaganda telewizji rządowej, która sprawia, że ma się wrażenie, jakby w tych wyborach startował jeden kandydat. Ostatnia debata w TVP pokazuje wyraźnie, jak ta telewizja oderwała się od rzeczywistości. Pytania, które nam zadawano świadczą o tym, że ludzie, którzy pracują w TVP żyją na jakiejś innej planecie i może warto, żeby wrócili z niej na Ziemię.

Czytaj także

Myśli pan, że media publiczne mają aż taki wpływ na wynik wyborczy?
Mają ogromny wpływ i mówię to z doświadczenie nie tylko tej kampanii, ale z doświadczeń ostatnich czterech kampanii. Także tej z 2015 roku, kiedy nie potrafiliśmy się pochwalić dokonaniami w polityce rodzinnej: rocznym urlopem macierzyńskim, po pierwszym roku rządów PiS wybudowano dwa żłobki, mnie się udało ich wybudować dwa i pół tysiąca, mieliśmy wtedy spadek bezrobocia, największy budżet europejski, zwiększone bezpośrednie dopłaty do rolnictwa, modernizację Polski pod względem infrastrukturalnym – nie potrafiliśmy się tym pochwalić, bo telewizja publiczna zajmowała się tematami zastępczymi, a teraz zajmuje się przede wszystkim propagandą. Dzisiaj widzę, jak działa telewizja, która powtarza codziennie kalumnie i oszczerstwa. Bardzo trudno później to kłamstwo powtórzone setki razy odwrócić i pokazać, jaka jest prawda.

Pan ma chyba jednak więcej szczęścia niż Rafał Trzaskowski, który od dwóch tygodni jest bohaterem mediów publicznych, czy raczej anty-bohaterem.
Gdybyśmy prześledzili ostatnie dwa lata: wybory samorządowe, kiedy przez ostatnie dwa tygodnie kampanii telewizja publiczna „jeździła po mnie”, kampanię parlamentarna, europejską, tę ostatnią, kiedy w dobie koronawirusa pojawiały się o mnie dziesiątki materiałów w „Wiadomościach”, to doszlibyśmy do wniosku, że wcale nie miałem lżej. Wiem, jak dzisiaj Rafał Trzaskowski może się czuć, wiem, jak dużo pada słów nieprawdziwych w telewizji publicznej.

Tylko, że taka propaganda może przynieść efekty odwrotny do zamierzonego, bo ci, którzy oglądają telewizję publiczną mogą mieć w pewnym momencie dość tego szczucia, pomawiania -wytwarza się u nich taki odruch współczucia dla nieustannie atakowanego.
To prawda. Propaganda jak wszystko, ma granicę, po przekroczeniu której przestaje być skuteczna. Naprawdę już niedużo czasu zostało do końca, wyniki wyborów mogą być zaskoczeniem dla wielu – tak jak zaskoczeniem były wybory samorządowe, wybory europejskie w drugą stronę, bo przecież pojawiły się sondaże, które w piątek przed wyborami dawały duże zwycięstwo Koalicji Europejskiej, a w dniu wyborów okazało się jednak, że sondażownie pomyliły się „jedynie” o 15 punktów procentowych. To pokazuje, jak miałkie są dzisiaj badania sondażowe, ale dowodzi również, że oddziaływanie mediów publicznych przynosi efekty.

Jakie były momenty zwrotne tej kampanii, pana zdaniem? Na pewno pandemia.
To oczywiste. Szukam w pamięci wcześniejszych takich momentów. Pierwszym było na pewno ustalenie stawki kandydatów, ta stawka wykrystalizowała się pod koniec stycznia, na początku lutego. Potem pandemia i wygaszenie kampanii, bo na koronawirusie lansował się jedynie Andrzej Duda - to był na pewno moment zwrotny. Kolejnym ważnym momentem było przejście kampanii do Internetu. Potem zamieszanie z wyborami korespondencyjnymi, nieobycie się wyborów i wyznaczenie nowego ich terminu. Wreszcie zmiana kandydata Platformy. Ważne będą także te ostatnie dni, bo wiele osób nie podjęło jeszcze decyzji, na kogo zagłosuje.

Czytaj także

Właśnie, wiele badań pokazuje, że spora część wyborców czeka z decyzją o tym, na kogo zagłosuje do ostatniej chwili. Średnio interesuje się polityką i podejmuje decyzje w drodze do urn, właściwie nie wiadomo na podstawie czego, jakich informacji.
To procesy wyborcze, które zachodzą nie tylko u polskiego wyborcy, zachodzą na całym świecie. Widziałem taką analizę ze Stanów Zjednoczonych, z której wynika, że bardzo wielu wyborców Donalda Trumpa decyzję o głosowaniu na niego podjęło w ostatnich dwóch, trzech dniach, a czasami właśnie idąc do lokalu wyborczego.

To chyba niezbyt budujące?
To wynika także z braku poważniej debaty w Polsce. Ja podczas tej kampanii mówiłem wielokrotnie do osób, które nie są zainteresowane polityką: „Jeśli nie interesujecie się polityką, to pamiętajcie, że już dziś polityka interesuje się wami. Musicie wziąć sprawy w swoje ręce”. Chcę, żeby Polska oddychała dwoma płucami, bo przez ostatnie lata oddycha jednym, a drugie się zupełnie nieupowietrznia. 10-12 milionów Polaków nie chodzi na wybory, oddaje swój głos w ręce sąsiada, w ręce innych obywateli, często o zupełnie różnych poglądach. Pierwsza tura wyborów prezydenckich daje ogromny komfort, bo nie trzeba głosować na mniejsze zło, można głosować i sercem i programem, można głosować zgodnie z własnymi przekonaniami. Żaden głos nie jest zmarnowany w I turze. Myślę, że potrzebujemy tej świadomości. Chciałbym poważniejszej debaty, chciałbym żebyśmy rozmawiali o tym, co będzie za rok, co za dwa, ale także o tym, co będzie za dziesięć lat. Myślałem, że wybory prezydenckie pozbawione aż tylu emocji związanych ze startem aż tylu kandydatów, aż tylu sztabów, sprawią, iż tej poważniej debaty będzie więcej, ale moich dwóch głównych konkurentów jej nie chce. Unikali jej jak ognia. Do debaty o służbie zdrowia w samorządzie lekarskim nie przyszedł nikt poza mną. Odwołano debatę w jednej, drugiej stacji telewizyjnej, nie dlatego, że ja się wycofałem, że wycofał się pan Bosak, Biedroń, czy Hołownia, raczej dlatego, że przedstawiciele PiS i PO boją się, bo w debatach wychodzi prawda.

Żałuje pan, że czegoś w tej kampanii nie zrobił? Coś zaniedbał? Że mógł coś zrobić inaczej, lepiej?
Żałuję, że nie zrobiliśmy porządku z sondażami. Że nie wyciągnęliśmy wniosków z poprzednich kampanii i znów dopuściliśmy do sondażokracji, w której sondażownie zamiast pokazywać rzeczywistość, próbują ją kreować na polityczne zamówienie. Uważam, że to szkodliwe – nawet już nie dla mnie, czy innych kandydatów, bo my sobie poradzimy – ale dla nas jako społeczeństwa, dla naszej demokracji. Jeśli dziś każdy polityk może pójść na bazarek i kupić sobie praktycznie dowolny wynik w sondażu, to o czym my mówimy? Jeden z kandydatów chwali się wysokimi wynikami sondażu robionymi przez firmę swojego doradcy i nawet słowem o tym nie wspomina. Czy to uczciwe wobec wyborców? Przez myśl by mi nie przyszło, żeby tak robić.

Jakim chciałby pan być prezydentem? Co chciałbym zrobić dla Polaków?
Chcę być tym, który wreszcie zakończy wojnę polsko-polską, który skończy z podziałem na Rzeczpospolitą PiSowską i Rzeczpospolitą Platformerską. Chcę być prezydentem, który na nowo zjednoczy Polaków i przywróci Polsce braterstwo. Chcę być tym prezydentem, który zwolni emerytury i renty z podatków, który dzięki programowi „Własny Kąt” zagwarantuje młodym Polakom środki na wkład własny na pierwsze mieszkanie, który uwolni przedsiębiorców od obowiązkowego ZUSu. Chcę być tym prezydentem, który uzdrowi polską służbę zdrowia. To moje wielkie zobowiązania wobec Polaków i zrobię wszystko, żeby danego im słowa dotrzymać.

Czytaj także

Wydaje mi się, że nawet jeśli nie wejdzie pan do II tury, to i tak tą kampanią wiele pan politycznie zyskał: był pan bardzo mocno obecny w mediach, wiele osób dobrze ocenia pana kampanię. Ten bilans i tak będzie dla pana korzystny.
Mam poczucie, że to, co byłem w stanie zrobić, zrobiłem. Dałem z siebie wszystko i głęboko wierzę, że to przyniesie efekt.

Jeśli nie wejdzie pan do II tury przekaże poparcie kandydatowi opozycji?
Do dnia I tury zrobię wszystko, aby znaleźć się w II turze.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

#wypad2020

Trzask i Kamysz jako jedyni otwarcie mówią o problemach młodych Polaków.

Czy to normalne, że młodzi nie mają mieszkań, tylko muszą pracować na dochód pasywny tych, którzy dorobili się w lepszych czasach i jeszcze zyskali na transformacji?

Jak to możliwe, że wielu młodych Polaków po studiach dalej mieszka po kilka osób w studenckich dziurach?

Młodzi niestety nie mają żadnego wsparcia rządu w tym zakresie. Rząd powinien im ułatwić zakup pierwszego mieszkania. Niestety, rząd swoimi działaniami wspiera patologiczne kupowanie mieszkań "pod inwestycję". Zanim deweloper wbije łopatę w ziemię, większość lokali jest już kupiona na wynajem jako inwestycja ZA GOTÓWKĘ.

Ktoś też powinien ucywilizować budownictwo mieszkaniowe. Deweloperzy oszczędzają na materiałach, budują byle jak, często na terenach zalewowych, a potem zostawiają klientów z problemami. Nowe osiedla to getta z parkingiem na podwórku zamiast przestrzeni dla ludzi.

Wprowadźmy standardy XXI wieku.

Każde osiedle ma być samowystarczalne - sklepy, szkoły, przedszkola!!!

Skończmy z kupowaniem mieszkań na wynajem!

Zagłosuję na tego kandydata i na partię, która zrobi z tym porządek!

Dlaczego my młodzi nie mamy szans na rozwój, na godne warunki?

M
MonX

A dlaczego twoje konto prowadzi ktoś z Izraela, Kosiniaku? Twój oficer prowadzący jest z Mossadu czy może potrafisz to jakoś lepiej wyjaśnić?

"Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy sprawdzono, kto publikował wpisy na facebookowym koncie Władysława Kosiniaka-Kamysza. Autorem edycji wpisów na profilu lidera PSL jest osoba, której imię i nazwisko napisano... po hebrajsku."

https://polskatimes.pl/wielka-awaria-facebooka-kto-prowadzi-konta-morawieckiego-ziobry-holowni-kosiniakakamysza-macierewicza-i-innych-politykow/ar/c1-14708475

Dodaj ogłoszenie