Koronawirus w Polsce: W szpitalach nadal brakuje wszystkiego - od maseczek po kombinezony

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Andrzej Banas / Polska Press
Od początku epidemii w Polsce do dziś minęło już siedem tygodni. Przez cały ten czas nie udało się zaspokoić potrzeb szpitali w zakresie sprzętu ochrony osobistej. Tylko na samym Mazowszu prawie 150 placówek wciąż poszukuje masek, przyłbic, kombinezonów ochronnych i innych środków ochrony osobistej dla personelu.

Dziesięć dni temu na warszawskim Lotnisku Chopina wylądował przybywający z Chin An-225 „Mrija” - największy samolot transportowy świata wyładowany sprzętem, który miał uratować polskie szpitale przed inwazją koronawirusa. Już wtedy było jasne, że do ogromnej liczby zakażeń dochodzi właśnie w placówkach ochrony zdrowia - zaś personel medyczny i zakażeni w szpitalach pacjenci stanowią istotną część ogółu polskich chorych. Zarazem było też całkowicie jasne, że głównym powodem tego stanu rzeczy były dramatyczne braki sprzętu ochrony osobistej w szpitalach.

EPIDEMIA KORONAWIRUSA MINUTA PO MINUCIE. RELACJE NA ŻYWO:

Do dziś ich nie zaspokojono. Nawet ładunek z wielkiego radzieckiego samolotu okazał się praktycznie bezwartościowy.

Rządowe media zrobiły z przylotu transportowca show porównywalny tylko z tym, który lata temu towarzyszył lądowaniu w Warszawie pierwszego z Dreamlinerów zamówionych przez LOT. An-a 225 na płycie warszawskiego lotniska witało pół rządu z premierem na czele. Wydarzenie transmitowała państwowa telewizja, zrobiono wszystko, by nadać mu możliwie głośny wydźwięk propagandowy. Resort wicepremiera Jacka Sasina nazwał nawet na Twitterze to lądowanie „uroczystością”. Szacunkowy koszt wynajmu „Mriji” na tę trasę to około 12 milionów złotych. Eksperci wyliczali, że transport mógłby być znacznie tańszy, gdyby zamiast używanego głównie do transportu ładunków o niestardowych gabarytów olbrzyma użyto kilku LOT-owskich Dreamlinerów, rząd uparcie choć bez większego sensu odpowiadał, że chodziło nie o masę, tylko o wielką objętość ładunku.

Na pokładzie ogromnego transportowca znajdowało się przede wszystkim 7 milionów masek ochronnych - według chińskiego producenta kategorii FFP2. Od razu zaznaczmy, że nie można ich było uznać ani za sprzęt medyczny, ani za wystarczającą ochronę przed koronawirusem. Najpierw „Newsweek” dowiódł, że nawet ich odpowiednio nie przebadano. Następnie dziennikarze „Gazety Wyborczej” wykazali, że maski nie miały żadnego certyfikatu dopuszczającego je na rynek europejski i potwierdzającego ich deklarowane przez producenta właściwości. Niestety to ostatnie wyszło na jaw już po tym, jak maski trafiły do szpitali i innych placówek służby zdrowia. Zaznaczmy tylko, że „Mriją” przyleciały jeszcze kombinezony ochronne i przyłbice dla personelu medycznego.

Nie jest oczywiście tak, że maseczki z pokładu Mriji nadają się obecnie tylko do kosza.- Na pewno nie będą jakoś szczególnie gorsze od bawełnianych samoróbek, które ze starych T-shirtów szyła mi na początku mama. - śmieje się lekarka z dużego warszawskiego szpitala, ta sama, która przed miesiącem alarmowała w rozmowie z „Polską”, że niebawem czekają nas zamknięcia kolejnych oddziałów i szpitali na skutek zakażeń.

Minęło już siedem długich tygodni od rozpoznania w Polsce pierwszego przypadku COVID-19. Ponad pięć od wprowadzenia stanu zagrożenia epidemicznego. Miesiąc od wprowadzenia stanu epidemii. Tymczasem w polskich szpitalach nadal brakuje wszystkiego.

Uważana przez polskich lekarzy za działającą wzorowo (co wcale nie jest regułą) Okręgowa Izba Lekarska w Warszawie opublikowała w poniedziałek mapę placówek medycznych, które wciąż borykają się z brakami podstawowych środków ochrony osobistej. Wciąż jest ich szokująco wiele. Na samym Mazowszu - ponad 147. Co więcej - od początku prowadzonej przez OIL zaledwie trzy placówki zgłosiły dotąd Izbie, że ich bieżące potrzeby zostały zaspokojone. Chodzi o ogromne liczby brakujących elementów wyposażenia - idące w tysiące i dziesiątki tysięcy w przypadku pojedynczej placówki.

NASZE WYWIADY:

- Przykład z wczoraj - Ożarów Mazowiecki i prośba o 1 tys. kombinezonów, 20 tys. maseczek „chirurgicznych”, 5 tys. masek FFP2, 150 szt. gogli i 150 przyłbic- mówił prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie, Łukasz Jankowski

Podstawowe procedury wyglądają tak, że szpital zatrudniający 500 osób i oczywiście nieprowadzący oddziału zakaźnego powinien w ciągu tygodnia zużyć nie mniej niż 3000 kombinezonów i jakieś 2 razy więcej maseczek. W szpitalu jednoimiennym lub tam, gdzie doszło do zakażanie na którymś z oddziałów - zużycie sprzętu ochrony osobistej jest wielokrotnie większe - tam kombinezon i maska idą do wymiany po każdym wyjściu lekarza czy pielęgniarki ze strefy „brudnej”.

- Przyłbice i gogle starczają na długo. Większość z nich można sterylizować. Kiedy w szpitalu są po dwie sztuki na jedną osobę z personelu plus jakiś zapas na wypadek jak coś się połamie, to sytuację można pod tym względem uznać za w miarę opanowaną. - mówi lekarz z powiatowego szpitala na Mazowszu.

Czego więc brakuje najbardziej?

- Maski i odzież ochronna, w dowolnej kolejności. Wszędzie jest za mało i jednego, i drugiego - tłumaczy lekarz.

Po czym opowiada o odzieży ochronnej. Wbrew pozorom to dość złożony temat. Wcale nie sprowadza się do hasła „kombinezony”. - Oczywiście kombinezony są najbardziej uniwersalne. Ale kiedy pan się przyjrzy osobie ubranej w kombinezon, to co by się jej jeszcze przydało? Coś, na ręce i stopy, prawda? A trzeba wziąć pod uwagę, że nie każdy kombinezon ma kaptur - opowiada lekarz.

Kombinezonów i tak wciąż brakuje. Dlatego w cenie są też inne ubrania ochronne. Fartuchy jednorazowe, komplety dwuczęściowe, narzutki bez rękawów zwane niekiedy „półpancerzami” - wszystko. Oczywiście samo założenie czegoś takiego nie załatwia sprawy. Trzeba mieć jeszcze osłonę na buty (też już ich brakuje) oraz czepek na włosy.

Mówienie, że w zwykłych szpitalach brakowało sprzętu ochrony osobistej w odniesieniu do pierwszych tygodni epidemii w Polsce byłoby sporym nadużyciem. Wtedy po prostu niemal w ogóle go nie było. - W pierwszym tygodniu nie mieliśmy dosłownie nic. W szpitalu nie ma oddziału zakaźnego, więc masek N95 było łącznie dosłownie parę, a N99 chyba żadnej. Dwie maski N95 położyliśmy na SORZ-e miały tam leżeć na wypadek, gdyby dostał się tam pacjent, co do którego mielibyśmy pewność lub niemal pewność, że jest zakażony. Teoretycznie nie powinno się to stać, bo to nie szpital jednoimienny - zawsze jednak może się zdarzyć, że trafi do nas chory będący np. ofiarą wypadku lub że dojdzie do zatajenia objawów przez pacjenta.

NASZE WYWIADY:

- No więc oprócz tego, wszystko to co mieliśmy, to parę kartonów maseczek chirurgicznych i pewien zapas rękawiczek oraz odzieży ochronnej. Nie zrozummy się źle - ten „pewien zapas” miał w normalnych warunkach wystarczać jedynie do przeprowadzania zabiegów. Gdybyśmy mieli się w to wszyscy ubierać - zgodnie ze sztuką i procedurami - starczyłoby tego ledwie na 2 dni.

Dlatego właśnie sprzęt ochrony osobistej natychmiast stał się w szpitalach ściśle reglamentowanym dobrem rzadkim. Natychmiast też sami lekarze, pielęgniarki, ratownicy, laboranci i salowe zaczeli zaopatrywać się na własną rękę.

- W tym najbardziej newralgicznym momencie najbardziej pomagali nam zwykli ludzie. Maski z maszyn krawieckich, trochę odzieży mogącej od biedy zastąpić tę ochronną, przyłbice z drukarek 3D - to wszystko było na wagę złota. - mówi lekarz z Mazowsza. Dodaje, że w jego szpitalu bardzo pomógł lokalny zakład krawiecki, który dostarczył łącznie kilka tysięcy masek z flizeliny.

Potem zaczęły się pierwsze dostawy.

- Ha ha, okazało się, że rozmiar też ma znaczenie - śmieje się lekarka z Warszawy. - Ja jestem akurat dość wysoka. Ale widział pan kiedyś drobną dziewczynę w kombinezonie o męskim rozmiarze XXL? A my widzieliśmy. Przez prawie dwa tygodnie mieliśmy tylko i wyłącznie takie kombinezony. Trzeba było zawijać rękawy i nogawki, dosłownie się w tym pływało. Mało tego - gumki w mankietach i nogawkach były za luźne, większość z nas musiała używać recepturek albo taśmy izolacyjnej, żeby to się jakkolwiek trzymało i nie zjeżdżało z rak, albo nie podwijało się co chwila na łydkach. - opowiada lekarka.

W sumie mimo wszystko lepiej mieć same kombinezony XXL niż same kombinezony XS. Szkoda tylko, że właśnie taką logiką kierowali się zamawiający.

- To było jak z „Paragrafu 22” albo z „Dobrego wojaka Szwejka”. Kiedy przyjechał transport właśnie tak nam to tłumaczono. Że gdyby tak dobierać rozmiar dla każdego, to byłyby kłopoty z zamówieniem, a potem kolejki do wydawania, serio. A tak, to każdy ma to samo i niemal nieograniczone możliwości „dopasowania sobie tak, żeby mu było jak najwygodniej” - mówi lekarka.

Nie tylko z kombinezonami w rozmiarze na dwie osoby jednocześnie bywały problemy.

ZOBACZ TEŻ:

- U nas płyn z przedostatniej dostawy straszliwie wysuszał ręce. Skóra robiła się chropowata, niektórzy mieli jakieś odczyny alergiczne, w końcu dziewczyny zaczęły dodawać do tego gliceryny, mieliśmy jej jeszcze w zapasie kilkanaście wielkich baniaków - to trochę pomogło.- mówi lekarz z Mazowsza.

Raz trafiał się transport za dużych kombinezonów, innym razem przyjeżdżał żrący płyn do dezynfekcji. Bywało i tak, że do szpitali trafiała partia świetnych maseczek renomowanego producenta, czy Generalnie jednak w polskich szpitalach sprzet ochrony osobistej ciągle pozostawał i pozostaje dobrem deficytowym lub wręcz rzadkim.

Na początku kwietnia w jednym z warszawskich szpitali miała miejsce karczemna awantura. Szef zwymyślał na odprawie lekarzy, którzy pobrali wymazy do badań laboratoryjnych od pacjenta, u którego podejrzewali koronawirusa. - Czemu się tak wściekł? Był zły, że podejrzenia się nie potwierdziły? - Pytam lekarza, który mi o tym wspomniał. -Ależ skąd. Przesłanki do zrobienia testu jak najbardziej były - zresztą sam test to przecież nie nasza sprawa. Chodziło po prostu o sprzęt - tłumaczy lekarz. - Do testu trzeba było zużyć maskę i fartuch chirurgiczny. Przyłbica poszła natomiast do restylizacji. Tak to właśnie wygląda. Tego wszystkiego praktycznie nie mieliśmy. A tyveka nikt nawet nie widział. - dodaje lekarz.

Tyvek to ten przypominający pognieciony papier charakterystyczny membranowy materiał, z którego wykonane są przyzwoitej klasy kombinezony ochronne. Choć mają one szczelność zbliżoną do folii, to membranowy charakter materiału sprawia, że jest to nadal tak zwana odzież „oddychająca”. Taki kombinezon jest więc w stanie odprowadzać na zewnątrz parę wodną powstałą w wyniku pocenia - jednocześnie zachowując nieprzemakalność w odwrotnym kierunku. Zarazem Tyvek i materiały tyvekopodobne pozostają znacznie tańsze od innych materiałów membranowych. W erze epidemii brakuje ich jednak na rynku. Co się więc nosi?

- Koszmarne, choć oczywiście skuteczne jako środek ochronny, są kombinezony z folii i innych materiałów plastikopodobnych. Wytrzymanie w tym dwóch godzin to już wyzwanie. Teraz, kiedy zaczyna się robić ciepło, będzie jeszcze gorzej. Wszystko momentalnie zaczyna parować od potu, potem zaczyna swędzieć skóra - mówi lekarz z Mazowsza.

Zakładanie czegoś takiego okazjonalnie można jeszcze przeboleć. Pracownicy niektórych warszawskiego pogotowia długo mieli do dyspozycji tylko takie kombinezony. Ratownicy wspominali to jako horror, opowiadali o wyżymaniu ubrań noszonych pod foliowym kombinezonem nawet w najzimniejsze noce. Czego więc się używa, jeśli trzeba uciec od folii?

ZOBACZ TEŻ INNE INFORMACJE O EPIDEMII KORONAWIRUSA SARS-CoV-2:

- Strojów zabiegowych, najczęściej dwuczęściowych. Z bawełny. Albo jakiegoś poliestru. Są przepuszczalne, nie ma mowy o szczelności izolującej od wirusa. Generalnie służą do tego, żeby podczas zabiegów czy operacji nie zachlapać się płynami ustrojowymi czy środkami medycznymi. Użycie czegoś takiego zmniejsza ryzyko zarażenia tylko w bardzo niewielkim stopniu - powiedzmy tak, jak maska z T-shirta. Lepszy rydz niż nic - tyle tylko że znacznie bliżej tu do „nic” niż do „rydz” - tłumaczy lekarka z Warszawy.

I dodaje: Wie pan, co mnie najbardziej chyba wkurza? Że tydzień temu zmuszono cały kraj do wykupywania wszelkich dostępnych maseczek. Teraz w walce po aptekach o sensowną maskę do wykonywania własnej pracy, muszę konkurować z każdym, kto chce pójść po zakupy czy pobiegać. Prędzej kosztem tysięcy zgonów uzyskamy odporność stadną, niż osiągniemy stan, w którym sprzętu starczy dla lekarzy i pielęgniarek.

Rząd znosi kolejne ograniczenia.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Alan

Dlaczego skoro są pieniądze przyznane i towar w PL np tu:

https://labtrace.pl/sklep/

to Państwo kupuje milion rzeczy z zagranicy i traz czeka się na transport ...

G
Gość

Nigdzie na świecie tak do końca się nie udało -proporcja skali .Defetyzm nie na miejscu.

G
Gość

Za to kluczyki, deweloperzy, korpogangi,samorządowcy z kopertowymi biznesami i polityczne kacyki napychają sobie kieszenie tonami kasy. Bo to za przyzwoleniem narodu solidarna bandycka melina która biznes stawia wyżej od życia i od 30 lat ograbiony suweren niewolniczo haruje na rajskie życie bandytów , bo widocznie lubi być śmieciem.

Dodaj ogłoszenie