Koronawirus. Przeprowadzałem transporty przez zieloną granicę

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Anita Czupryn, "Jeszcze końca nie widać", Wydawnictwo Wielka Litera 2020
Anita Czupryn, "Jeszcze końca nie widać", Wydawnictwo Wielka Litera 2020 Materiały prasowe
Koronawirus boleśnie pokazał, że tak naprawdę nie istnieją żadne spójne procedury i każdy nadrzędny organ wydaje zalecenia samodzielnie. Zdarzają się zalecenia niedorzeczne, bez sensu, a ich stosowanie mogłoby przynieść więcej szkody niż pożytku – mówi Mariusz Mioduski, zastępca dyrektora do spraw medycznych Mazowieckiego Szpitala Wojewódzkiego w Siedlcach. To fragment książki naszej dziennikarki Anity Czupryn „Jeszcze końca nie widać” o pandemii koronawirusa w Polsce.

Jak wygląda pana dzień pracy?

Dzisiaj? Przede mną cztery doby dyżuru non stop na oddziale chorób wewnętrznych.

Dyżur bez przerwy?!

Tak jest. Cztery doby z rzędu. Na dodatek mam pacjentów w ciężkim stanie, dużo chorego personelu i ani jednego internisty. Co prawda na kardiologii mam lekarzy, którzy profilem są blisko interny, ale nie mogę nimi obsadzić oddziału wewnętrznego, bo wtedy stanęłaby kardiologia. W szpitalu jest też oddział onkologiczny, ale nie każdy onkolog jest internistą; specjalizacje medyczne są bardzo wąskie. W końcu na kardiologii kardiolodzy są kardiologami, a nie internistami.

[…] Jaki jest stan na dzisiaj w pana szpitalu, jeśli chodzi o pracowników? Sam pan chyba nie został?

Nie, nie, mamy w szpitalu sporo oddziałów, to i lekarzy dyżurnych jest sporo. Natomiast pacjentami, którzy są na oddziale chorób wewnętrznych i nie mogą być przeniesieni na inne oddziały czy do innego szpitala, ktoś się musi zaopiekować. Zatem jako anestezjolog jestem tutaj jedynym lekarzem dyżurnym i innego na razie nie będzie. […] Czasem dyżuruję też na oddziale intensywnej terapii z racji tego, że jestem specjalistą anestezjologii i intensywnej terapii. Jako specjalista medycyny ratunkowej zajmuję się najcięższymi przypadkami na SOR-ze.

I jeszcze jest pan dyrektorem szpitala. Jak się pan czuje w tej sytuacji?

Sytuacja okrzepła. Odzież ochronna już jest.

Jak było na początku?

Na początku był duży problem. Zapasów magazynowych nie mieliśmy aż tak dużo, zwykle ich za dużo nie mamy. Nie przygotowywaliśmy się na wojnę, nikogo na to nie stać. Nie ma pieniędzy. […] Kiedy dowiedzieliśmy się o groźbie pandemii, a dowiedzieliśmy się trochę wcześniej niż w marcu, udało nam się zabezpieczyć. Dzięki temu nie było takiej sytuacji, że przez brak maseczek albo przez brak fartuchów, czy przez brak czegokolwiek musieliśmy wstrzymywać działalność. Mogliśmy nieprzerwanie funkcjonować. […] Potrzebny sprzęt próbowaliśmy organizować często przez nasze prywatne kontakty. A czasami trzeba było działać nieszablonowo i niestandardowo.

Co pan ma na myśli?

Nagle zostały zamknięte granice. TIR-y ze środkami medycznymi, ze środkami do dezynfekcji rąk dla polskich szpitali nie mogą przejechać. Stoją na granicy. Dzwonią z firmy transportowej: „Co robić? Ciężarówki utknęły na granicy. Mają płyny do dezynfekcji dla szpitali, w tym dla Mazowieckiego Szpitala Wojewódzkiego”.

Co pan zrobił?

Coś zrobić musiałem. Sytuacja była paląca. A ja z racji wcześniejszej pracy w szpitalu MSWiA poznałem różne decyzyjne osoby. W tym kilka osób ze straży granicznej. Zadzwoniłem do nich, poprosiłem: „Słuchajcie, pomóżcie! 40 kilometrów od polskiej granicy stoi kilka TIR-ów”. Usłyszałem: „Przyślij numery rejestracyjne, numery naczep i nazwiska kierowców”. Wysłałem te informacje SMS-em. 20 minut później do tych ciężarówek podjechała straż graniczna. „Proszę jechać za nami” – polecili strażnicy. I przez las, bocznymi drogami, przez specjalnie otworzone w lesie przejście graniczne eskortowała TIR-y. Kierowcy w pierwszym momencie myśleli, że zostali przez straż graniczną porwani (śmiech).

Co za historia! Jak z filmu.

Faktycznie, dzwonił do mnie właściciel firmy transportowej. Zaniepokojony: „Co pan zrobił? Do TIR-ów podjechała straż graniczna, nakazała jechać, kierowcy dzwonią do mnie i wołają, że nie wiedzą, gdzie jadą, że skręcili do lasu” (śmiech). A to w lesie specjalnie dla tej kolumny TIR-ów otworzono przejazd, którego normalnie nie ma. Ale dzięki temu TIR-y wjechały do Polski i potrzebne środki trafiły do szpitali. I to nie był jedyny przypadek. Potem już zawsze, jak trzeba było przeprowadzić transport, przysyłano mi numery rejestracyjne ciężarówek. Nie dla siebie przecież to robiłem, ale dla wielu szpitali w Polsce.

Ile takich transportów pan przeprowadził?

Nie mogę powiedzieć (śmiech). Ale to nie był jeden raz. O pomoc, jak trzeba było, zwracałem się wszędzie. Dzwoniłem do urzędu marszałkowskiego, do wojewody. […] Dzwoniłem i prosiłem: „Słuchajcie, może byście pomogli, żeby choć te transporty szły priorytetowo, a nie stały z innymi TIR-ami. My potrzebujemy tych środków”. Wtedy potrzebowaliśmy ich natychmiast. Zresztą wszyscy ich potrzebowali. Na ile mogłem, na tyle, po swojemu, starałem się działać.

Uprawiał pan niemal kontrabandę. W warunkach partyzantki.

Ale informowałem o tym urzędników. Zresztą urząd marszałkowski też te działania wspierał, pisząc prośby do wyższych szczebli. Choć w finale to i tak sam musiałem te transporty załatwiać.

Kiedy sytuacja się unormowała?

Ona jeszcze wciąż się nie unormowała. […] Pojedynczych rzeczy brakuje cały czas, ale na szczęście są uzupełniane. Może nie z zapasów centralnych, bo z nich nic nie dostajemy, ale nasz organ założycielski, marszałek, stara się nas wspierać i ja w tym wsparciu poniekąd również uczestniczę jako konsultant.

Dobrze być konsultantem?

Może pani o tym nie wie, ale to nie jest funkcja płatna. W urzędach są zespoły powołane do pozyskiwania różnych zasobów; szpitale piszą zapotrzebowania i trzeba je zweryfikować. A powinien to zrobić ktoś, kto się na tym zna, kto wie, o co chodzi z danym towarem, na czym polega działanie respiratora, co to jest reduktor i czym się reduktor różni od dozownika. Niektórzy tego nie wiedzą i trudno by im było poradzić sobie z tym, co trzeba kupić do szpitala. W pewnym momencie poproszono mnie o pomoc. […] Zaczęliśmy wtedy faktycznie kupować potrzebne rzeczy, a nie głupoty. Zaobserwowałem, że przez te szpitalne zamówienia niejako wylazła nasza polska mentalność.

Na czym ona polega?

Urząd marszałkowski przyjmuje listy zamówień szpitalnych. […] Listy zamówień wyglądały jak koncerty życzeń. Trzeba było je zweryfikować, wybrać to, co jest autentycznie potrzebne, zakupić właściwy sprzęt. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto pisał te listy zapotrzebowania. Czasem szpitale przysyłały absurdalne zamówienia. Aż się chciało włosy z głowy wyrywać, jak się je czytało.

Co na przykład pisano w zamówieniach?

Na przykład komuś chodziło o dozowniki tlenu, a napisał: reduktory. Niestety to są dwie różne rzeczy. Trzeba było więc weryfikować, o co komu chodzi i czego naprawdę potrzebuje. Albo niektóre szpitale na swoich listach podawały, że chcą respirator mobilny. Co rozumieją przez „respirator mobilny”? Czy chodzi o respirator transportowy, czy mobilny respirator, który dałoby się przesunąć? Niektórym szpitalom, jak się później okazało, chodziło o transportowy, a niektórym o taki, żeby łatwo dało się go przesunąć. Niejednoznaczność pojęć, ich nieprecyzyjność i podstawowe błędy na tych listach były porażające. Weryfikowałem, precyzowałem, opiniowałem. Ogarnialiśmy zamówienia szpitali dla całego województwa; nie tylko szpitali marszałkowskich, ale też innych, miejskich. Często oznaczało to pracę przez cały weekend i siedzenie nocami. Można było zapomnieć, jak się człowiek nazywa. […] Czasem trzeba było decyzje podejmować błyskawicznie: „Słuchaj, Mariusz, mamy mało czasu. Wiem, że chodzi o parę milionów złotych, ale co byś wziął? Wziąłbyś to?”. Odpowiadałem zgodnie ze swoją wiedzą.

Teraz mamy aferę maseczkową, respiratorową, no i tę dotyczącą testów. Kto opiniował ich zakup, czy ktokolwiek w ogóle?

Niestety niektórych zakupów nikt nie opiniował. Niektórych rzeczy nikt nie widział, żaden z ekspertów.

Jak to było możliwe?

Po prostu ktoś to zakupił. […] Wszystko było możliwe. Ktoś w zamówieniu napisał „maseczki”, a dla kogoś, kto nie jest ekspertem, nie ma znaczenia, że maseczki mają różne wymiary i przeznaczenie, a ktoś, kto się orientuje, o co w tym chodzi, wie, jak powinna przylegać, jakie standardy musi spełniać i przed czym chronić. Dla kogoś, kto o tym nie wie, to maseczka jest po prostu maseczką. Ktoś powie, że potrzebuje maseczki medycznej – to jest medyczna.

W ten sposób na pandemii niektórzy dorobili się fortun.

Ceny produktów zmieniły się diametralnie, wzrosły straszliwie. […] Ceny rękawiczek, jednorazowych maseczek, dosłownie wszystkiego poszybowały w kosmos. […] Kolega, który siedzi w handlu międzynarodowym z Chinami, mówi, że Chińczycy porobili potworne zapasy. A zmiany globalne zawsze wpływają na lokalne. Wiele firm, które wcześniej zajmowały się sprzedażą innych produktów, natychmiast się przebranżowiło i zaczęło sprzedawać materiały do walki z COVID-19.

A służba zdrowia? Co z nią, jeśli chodzi o funkcjonowanie i wydolność?

Koronawirus boleśnie pokazał, że tak naprawdę nie istnieją żadne spójne procedury i każdy nadrzędny organ wydaje zalecenia samodzielnie. Często są to zalecenia niekonsultowane z kimś, kogo mają dotyczyć. Na przykład specjalista chorób zakaźnych wydaje zalecenia dla SOR-u. Tylko że on do końca nie wie, jak funkcjonuje SOR. Bywa więc, że zdarzają się zalecenia po prostu niedorzeczne, bez sensu, a czasem wręcz ich stosowanie mogłoby przynieść więcej szkody niż pożytku. Druga sprawa jest taka, aby pamiętać, że w tym całym zamieszaniu, w tej całej epidemii ludzie umierają nie tylko na COVID-19. Na skutek tego, że wstrzymaliśmy na jakiś czas przyjęcia pacjentów planowych do diagnostyki, do planowych operacji, pacjenci boją się przychodzić z niektórymi schorzeniami do szpitala. To wszystko może się przyczynić do pogorszenia stanu zdrowia pacjentów, a nawet ich szybszej śmierci. Nie wiem, czy umrze więcej pacjentów z powodu koronawirusa, czy dlatego, że przełożono komuś operację, która, gdyby była wykonana planowo, to uratowałaby życie. […]

Jaką sytuację zobaczymy za kilka miesięcy?

Myślę, że koronawirus pozostanie i bardzo długo będzie powodował zakażenia. Będzie raz pod górkę, a raz z górki, czyli raz zachorowań będzie więcej, innym razem mniej. Natomiast ważne jest, aby wypracować takie procedury, które pozwolą funkcjonować w miarę normalnie, jeśli chodzi o wszystkie obszary służby zdrowia. Czyli należy wrócić do niektórych typów zabiegów, do operacji. Problem polega na tym, że dziś nie wiemy, czy da się tak zrobić. Ponieważ wirus jest nieprzewidywalny, a jednokrotne wykluczenie przez test nie ratuje nas i nie chroni przed zachorowaniem. […] Ale jednocześnie – na co już zwracałem uwagę – jeśli nie wrócimy do medycznej normalności, to ludzie będą umierać z powodu innych chorób.

Na cmentarz 1 listopada? Jest dyspensa papieża

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie