Koronawirus. Dlaczego proboszcz Drwini, mimo zakażenia koronawirusem, nie trafił do szpitala i zmarł na plebanii?

Paweł Michalczyk
Paweł Michalczyk
Parafianie z Drwini nie mogą uwierzyć, że ich proboszcz nie żyje. W poniedziałek okazało się, że Ks. Roman Kopacz był zarażony koronawirusem i odbywał kwarantannę na plebanii. Dzień później zmarł. "Dlaczego nie został zabrany do szpitala?" - zastanawiają się mieszkańcy. Sprawą zajmuje się też prokuratura.

FLESZ - Koronawirus. Część sklepów zamknięta

Z relacji parafian wynika, że jeszcze w poniedziałek ksiądz zapewniał ich telefonicznie, że czuje się dobrze i nic mu nie potrzeba. To samo wynika z relacji policjantów, którzy od poniedziałku sprawdzali, czy duchowny odbywa kwarantannę, do jakiej został zobowiązany przez Sanepid. Na ich prośbę, ksiądz podszedł do okna.

Nie odebrał telefonu

We wtorek jednak nastąpiło niespodziewane pogorszenie stanu jego zdrowia. Pracownicy Sanepidu próbowali skontaktować się z duchownym, ale ten nie odbierał telefonu. O pomoc poprosili policję, która wysłała na miejsce patrol. Funkcjonariusze stwierdzili, że drzwi od plebanii są zamknięte, ale przed kościołem stoi samochód proboszcza.

Wtedy wezwano dodatkowego funkcjonariusza, wyposażonego w środki ochrony osobistej. Klucze do plebanii policjanci dostali od miejscowego kleryka. Gdy policjant, ubrany w kombinezon i maskę wszedł do budynku, zastał proboszcza leżącego w łóżku. Duchowny miał poważne problemy z oddychaniem i był bardzo osłabiony, nie mógł wstać o własnych siłach.

Wezwano na pomoc pogotowie ratunkowe. Karetka przybyła z nieodległego Dziewina, gdzie na co dzień stacjonuje. Niestety, stan księdza pogarszał się z minuty na minutę, aż doszło do zatrzymania akcji serca. Mimo kilkunastominutowej reanimacji, duchownego nie udało się uratować. Na miejscu był obecny prokurator, ale odstąpił od wszczęcia czynności procesowych.

Dlaczego nie trafił do szpitala?

Wiele osób nie może zrozumieć, dlaczego duchowny ze stwierdzonym koronawirusem nie przebywał w szpitalu, ale na plebanii. - Jestem zszokowana, że nie zostawili w szpitalu, skoro miał stwierdzonego wirusa. Nieważne, że czuł się dobrze - uważa Małgorzata, mieszkanka Drwini.

W parafii powszechnie wiadomo, że proboszcz borykał się z wieloma chorobami. - Mają miejsca w szpitalach, a jak dochodzi do tego, że człowiek jest chory, to go zostawiają na pastwę losu - oburza się inna nasza rozmówczyni.

- Umarł tak, jak żył, cicho, w zgodzie z Bogiem i niestety samotnie - dodaje kolejna parafianka.

Ze sprawą zwróciliśmy się do służb wojewody. - Co do zasady, nie każda osoba, która ma potwierdzone zakażenie koronawirusem, wymaga hospitalizacji. Jeżeli ktoś czuje się dobrze, to na podstawie wskazań lekarza może pozostać w domu. Nie jest to wtedy kwarantanna, a izolacja - informuje nas Joanna Paździo, rzecznik prasowy Wojewody Małopolskiego. Dodaje, że w kwestii zgonu ks. Romana Kopacza, prowadzone są czynności wyjaśniające.

Potwierdza to Prokuratura Rejonowa w Bochni. - Mamy tę sprawę zarejestrowaną, będziemy prowadzić czynności sprawdzające w kierunku art. 155 kodeksu karnego - mówi Barbara Grądzka z bocheńskiej prokuratury. Wspomniany paragraf mówi o nieumyślnym spowodowaniu śmierci. Śledczy odstąpili jednak od przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłego. Powód?

Koronawirus: aktualizowany raport

- Wykluczono działanie osób trzecich - mówi krótko prokurator Barbara Grądzka.

59-letni duchowny trafił na probostwo do Drwini w 2007 roku. Szybko zyskał sympatię mieszkańców parafii. Był skromny, żył ubogo, angażował się charytatywnie. Umiał słuchać innych, a jego kazania były proste i trafiały do ludzi. Duchowny w latach 1991-1999 pracował jako misjonarz na Ukrainie. Również w Drwini zaszczepiał ideę niesienia pomocy misjonarzom, zapraszając wielu z nich do parafii.

Skromny i wrażliwy

- Był cudownym, skromnym człowiekiem, wspaniałym księdzem. Pochylał się nad każdym potrzebującym. Od pięciu lat był inicjatorem koncertów charytatywnych dla potrzebujących dzieci z naszej parafii i nie tylko - wspomina pani Agata.

Ksiądz Roman był znany ze skromnego stylu życia oraz bezinteresowności. - Nigdy nie oczekiwał nic w zamian. Wręcz przeciwnie. Dzielił się z innymi tym, co miał. Nie przywiązywał uwagi do rzeczy materialnych. Ne było u niego drogich butów i innych rzeczy. Stara koszula, znoszone sandały - wylicza nasza rozmówczyni. Dodaje, że kochał kwiaty, ryby, psy.

Ludziom nie mieści się w głowie, że teraz o swoim proboszczu muszą mówić już tylko w czasie przeszłym. - Tragedia, że tak szybko, tak niespodziewanie, jest to cios dla nas wszystkich - wzdycha pani Maria.

Wzruszający wpis opublikowali we wtorek wieczorem strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej w Drwini. "Choć Jego życie było naznaczone fizycznym cierpieniem, nigdy nie narzekał. Szedł przez nie z uśmiechem, trochę nieśmiałym, ale jakże ujmującym. Przedmiotem Jego szczególnej troski byli młodzi ludzie. To za nich się modlił, ich upominał. Tak było jeszcze wczoraj. Było…"



Czytaj także

Masz informacje? Nasza Redakcja czeka na #SYGNAŁ

Najnowsze oferty na Black Friday

Materiały promocyjne partnera

Wideo

Materiał oryginalny: Koronawirus. Dlaczego proboszcz Drwini, mimo zakażenia koronawirusem, nie trafił do szpitala i zmarł na plebanii? - Gazeta Krakowska