reklama

Kornel Morawiecki i jego syn Mateusz. Solidarność Walcząca odzyskuje swoje miejsce w historii

Anita CzuprynZaktualizowano 
Konrad Morawiecki, twórca, założyciel Solidarności Walczącej, dziś marszałek Sejmu w parlamencie
Konrad Morawiecki, twórca, założyciel Solidarności Walczącej, dziś marszałek Sejmu w parlamencie Fot. Mikołaj Nowacki
W latach 80. bili się z ZOMO. Po 1989 roku nie weszli do głównego nurtu polityki. Zmarginalizowani, zapomniani. Dziś za przyczyną posła Kornela Morawieckiego Solidarność Walcząca odzyskuje swoje należne miejsce w bogatej historii Solidarności podziemnej.

Pierwsze posiedzenie nowego Sejmu. Otwiera je marszałek senior Kornel Morawiecki. Jego wystąpienie będzie później szeroko komentowane i, dodajmy, komentowane z zachwytem. "Na co dzień widzimy bezprawie, draństwo i rozpacz, rządzą ci, co mają pieniądze i siłę. Ludziom potrzeba uczestnictwa, możliwości wypowiadania się, decydowania o sobie i o kraju, takie są nasze cele i takie będą nasze czyny - mówił Kornel Morawiecki. Jego wystąpienie i fakt, że znalazł się w parlamencie i to dopiero teraz, w wieku 74 lat, niektórzy komentatorzy nazwali symbolicznym zwycięstwem.
- To, co powiedział Kornel Morawiecki było piękne i chwalebne. Mam wrażenie, że wrócił do korzeni Solidarności, to wszystko, co mówił, być może komuś wydaje się zbyt idealistyczne, ale to jest ten główny nurt, o którym politycy zapominają, ze władza powinna służyć ludziom. Cieszę się z tego osobiście, że Kornel Morawiecki, osoba w dużej mierze zapomniana, zmarginalizowana dostał się do parlamentu i wydaje mi się, że należy do najbardziej uczciwych polityków, bo nie uczestniczył we wcześniejszych rozdaniach. Może mówić to, co myśli. Każdy z polityków, który przeszedł ileś partii w III RP jest człowiekiem uwikłanym z natury rzeczy, w różne interakcje partyjne, interesy. Morawiecki, dla jednych może być utopistą, ale tacy ludzie są bardzo potrzebni - mówi w rozmowie z "Polską" Bogdan Rymanowski, w latach 80. ściśle współpracujący z Solidarnością Walczącą, jako członek organizacji Federacja Młodzieży Walczącej.

***

Być może powrót do czynnej polityki twórcy, założyciela i legendy - Kornela Morawieckiego jest jednym z powodów, że dziś tym bardziej wzrasta zainteresowanie historią Solidarności Walczącej. Ale z pewnością i wcześniejsze publikacje, zarówno książki Katarzyny Kaczorowskiej: "80 milionów. Historia prawdziwa" i "Archiwum Kajetana" o solidarności podziemnej (notabene dziennikarki "Polski"), czy "Twierdza" Igora Jankego - książka stricte poświęcona Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego wybitnie się do tego wzrostu zainteresowania przyczyniają. Senator Józef Pinior w rozmowie z "Polską" wprost mówi, że dzięki powrotowi Kornela Morawieckiego do głównego nurtu polityki, dziś mamy do czynienia z modą na Solidarność Walczącą. Ludzie, którzy wówczas tworzyli i działali w ramach Solidarności Walczącej, po 1989 roku w większości znaleźli się poza mainstreamem polityki. Dlaczego tak się stało? Bogdan Rymanowski tłumaczy: - Oczywistym było to, że w latach 80. ludzie wychodzili na demonstracje przeciwko komunie i były tam wszystkie organizacje, i NZS i Wolność i Pokój, FMW, Solidarność Walcząca. To prawda, byliśmy niszą. Ale tym różniliśmy się od Solidarności Lecha Wałęsy, że byliśmy bardziej radykalni.

***

Gdy wprowadzono stan wojenny, Bogdan Rymanowski miał 14 lat i mieszkał w Nowej Hucie pod Krakowem, akurat przy ulicy, na której od 13 grudnia co i raz odbywały się starcia uliczne. - Można powiedzieć, ze rzeczywistość sama do mnie przyszła. Trudno być obojętnym w takim wieku, na to, co się widzi na ulicy, na dławienie wolności, pacyfikowanie niezależnych związków i zaprzepaszczenie szansy, jaką dawał karnawał Solidarności w latach 1980-1981 - opowiada. Na początku chodził na demonstracje, skandując: "Precz z komuną", potem roznosił ulotki, redagował pisma młodzieżowe, sam pisał teksty, razem z przyszłą żoną powielali je i roznosili. Na koniec lat 80. trafił do grupy Rady Krajowej jako przedstawiciel Małopolski. - Nie chcę robić z siebie kombatanta, byłem szaraczkiem i tyle - śmieje się Rymanowski. Na akcjach antykomunistycznych zwykle nie występował w pierwszym szeregu i na demonstracje zakładał kominiarkę, aby esbekom trudno było go namierzyć, raz jednak zorganizował z kolegą demonstrację przy pomniku Adama Mickiewicza w Krakowie, na którą poszedł z odkrytą twarzą, rozrzucając ulotki. Po jej zakończeniu, kiedy wracał do domu, zorientował się, że ciągnie za sobą "ogon". Próbował uciekać, zmieniał tramwaje na autobusy, kluczył, ale do dopadli. Kolega, widząc, co się dzieje - pojechał do jego domu i "oczyścił" mieszkanie z bibuły. Regułą było, że w domu zatrzymanego zwykle robiono rewizję. Rymanowski przesiedział wtedy w areszcie 48 godzin i były to chyba najdłuższe godziny w jego życiu. Skazany został na 90 tysięcy grzywny za sianie niepokojów publicznych i udział w nielegalnej demonstracji. Dopiero w roku 1990 wyrok anulowano. - Główna rzecz, jaka nas różniła od tej Solidarności, która potem zaczęła rozmowy z Kiszczakiem i doprowadziła do Okrągłego Stołu, był stosunek do zasady non violence - bez przemocy. My i Solidarność Walcząca uważaliśmy, że jeśli organizujemy demonstracje, a one są brutalnie pacyfikowane przez oddziały ZOMO, to mamy prawo się bronić. W związku z tym nie odcinaliśmy się od tego, że w ramach obrony używaliśmy butelek z benzyną, petard, siły fizycznej w obronie własnej. To jeden element wyróżniający. A drugi -1989 rok to cezura, która też zmieniła ludzi tamtych czasów. Po otwarciu furtki wolności, jedni poszli w zupełnie inne strony, inni zasilili organizacje legalne. Drugi wyróżnik to kwestia radykalizmu politycznego - mówi Bogdan Rymanowski.
Radykalizm to najczęstsza cecha, jaka się powtarza przy okazji rozmów o Solidarności Walczącej. Ale też pryncypialność, szlachetna determinacja i całkowita kontestacja. Nie chcieli układać się z komunistami.- Dla nas wtedy dogadywanie się z komunistami było czymś nieprzyzwoitym. To była główna różnica między tą opozycją konstruktywną, a niekonstruktywną. To, co stało się z ludźmi opozycji po 1989 roku to była konsekwencja politycznych wyborów - mówi Bogdan Rymanowski.Część społeczeństwa wiedząc, ze czerwcowe wybory w 1989 roku nie były do końca wolne, zgodziła się, aby w ramach tej niepełnej demokracji przejść do legalnej, oficjalnej działalności politycznej. Ci, a wśród nich Konrad Morawiecki, którzy uznali, że trzeba trzymać twarde zasady, a z komunistami można rozmawiać co najwyżej o bezwarunkowej kapitulacji - zostali na marginesie. A wśród nich wielu rozczarowanych.

***

Solidarność Walcząca powstała w czerwcu 1982 roku we Wrocławiu, ale wyrastała ze wspólnych korzeni podziemnej Solidarności, była jednym z jej nurtów. - Myśmy coraz bardziej nie zgadzali się ze strategią, jaką należy obrać w tamtym czasie. Jedna z głównych linii podziału dotyczyła tego, czy kontynuujemy walkę związkową, czyli naszym obszarem są strajki i zakłady pracy, czy też wyjście na ulice, w kierunku stricte ruchu politycznego. Ja i Władysław Frasyniuk byliśmy zwolennikami tego, że podziemna Solidarność jest kontynuacją działalności NSZZ Solidarność. Do tego mieliśmy mandat. Uważaliśmy, że wychodzenie poza statut Solidarności, poza związek, może delegitymizować tę naszą walkę w podziemiu. Byłem sceptyczny wobec wychodzenia na ulice, manifestacji ulicznych. Obawialiśmy się prowokacji, tego, że to się może zakończyć krwawo dla uczestników tych demonstracji. Przede wszystkim chodziło nam o organizowanie podziemia w zakładach pracy w oparciu o związek zawodowy Solidarność. Kornel Morawiecki się z tym nie zgadzał. Te podziały zaszły tak daleko, że w pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że będzie lepiej, jak on wyjdzie z Regionalnego Komitetu Strajkowego i założy własną organizację stricte polityczną. Takie było praźródło tego podziału - wspomina senator Pinior. Tak też się stało. Kornel Morawiecki zakłada własną organizację polityczną, jedną z największych niepodległościowych organizacji niezależnych, po oficjalnej delegalizacji NSZZ Solidarność przez władze komunistyczne po stanie wojennym. Walczą z komuną za pomocą działalności wydawniczej, propagandowej, analitycznej i wywiadowczej - choć akurat na ten temat różne są opinie, podobnie jak i na ten, że była to najbardziej konspiracyjna i nieinfiltrowana przez SB organizacja. Jak w swojej pracy magisterskiej na temat Solidarności Walczącej pisał Mateusz Morawiecki - syn Kornela, a dziś również wicepremier w rządzie PiS, pierwszą akcją wykonaną przez Solidarność Walczącą, a może raczej wydarzeniem, które poprzedziło bezpośrednio powstanie samej organizacji i utwierdziło założycieli o słuszności linii, były manifestacje i walki uliczne we Wrocławiu 13 czerwca 1982 roku. Głośnym echem odbiły się one w całej Polsce, a "Tygodnik Mazowsze" pisał, że "zomowcy bezapelacyjnie przegrali". To utwierdziło Kornela Makuszyńskiego w tym, że jedynie słuszne są radykalne metody walki.

***

Pomysły Solidarności Walczącej, jeśli chodzi o przeprowadzanie akcji związanych z antykomunistyczną działalnością były czasem wręcz nieprawdopodobne - jak np. plan odbicia z więzienia Bogdana Borusewicza, z czego w finale jednak zrezygnowano, czy przerywania nadawania "Dziennika Telewizyjnego" (co się udało, choć na niewielką skalę). SW miała też audycje własnego radia we Wrocławiu, ale nadawane były też sporadycznie w Warszawie i innych miastach.Specjalne Grupy Wykonawcze prowadziły akcje ulotkowe, wywieszali transparenty o antykomunistycznych treściach, malowali niepodległościowe hasła, ochraniali uczestników demonstracji i wieców. Jednym z ciekawszych pomysłów był plan, jaki narodził się w Krakowie w 1986 roku, o którym opowiada Bogdan Rymanowski: - Mój przyjaciel z Solidarności Walczącej, dziś już nieżyjący Krzysztof Ochla, z którym chodziłem w latach 80. na demonstracje, znalazł się w grupie ludzi, którzy chcieli zainstalować na dachach kamienic wokół krakowskiego rynku specjalne wyrzutnie, które miały wystrzelić ulotki przy okazji odbywającego się pierwszomajowego pochodu. Prochowe wyrzutnie miały być odpalone sygnałem radiowym i prócz ulotek miały też wystrzelić gaz łzawiący w stronę oficjeli komunistycznych. Niestety, ktoś uprzedził SB, wyrzutnie zdemontowano, a grupę aresztowano. - Nazwano ich terrorystami z Krakowa, zrobiono pokazówkę na procesie - wspomina Bogdan Rymanowski. Ale Józef Pinior zwraca uwagę, że część brawurowych akcji wpisuje się dziś w legendy o Solidarności Walczącej. A on wobec tych wszystkich legend stara się być ostrożny. - Wydaje mi się, że wokół Solidarności Walczącej narosło wiele mitów. Wiem, czym była, jaką mocą dysponowała: była aktywnym ruchem działalności podziemnej Solidarności, przede wszystkim na polu wydawniczym, kolportażu tych wydawnictw. Tu rzeczywiście była bardzo silna. Natomiast te wszystkie opowieści o kontrwywiadzie Solidarności Walczącej, o ich akcjach wychodzących w kierunku bardzo radykalnych działań traktuję z przymrużeniem oka. Są bardziej elementem legendy Solidarności Walczącej niż faktami tamtych lat. Ten okres zresztą jest bardzo dobrze opisany w literaturze - mówi Pinior. Ale też nie uznaje, że "Twierdza" Igora Jankego jest historycznym reportażem tamtych czasów. - Książka Igora Jankego jest bardziej książką propagandową dla Solidarności Walczącej - uważa. Zresztą sam Igor Janke nigdy nie krył, po pierwsze, podziwu dla ludzi z Solidarności Walczącej, a po drugie tego, że tą książką chciał oddać im hołd i podziękowanie za niebezpieczną pracę w podziemiu, za którą wielu nie otrzymało należnej rekompensaty. Niemniej jednak przez niektórych jego opowieść o ludziach Solidarności Walczącej (którą, nawiasem mówiąc, czyta się jak powieść sensacyjną, a nie historyczną) odczytana została jako próbę budowania narracji w opozycji do historii Regionalnego Komitetu Strajkowego, w którym zasiadali zarówno Pinior jak i Frasyniuk. - Chciałem opowiedzieć historię, która do tej pory nie była opowiedziana. Nie chciałem niczego deprecjonować ani budować opozycji. Chciałem opowiedzieć o fantastycznych ludziach, ich działaniu, metodach, ale i wizji, którą mieli. To było coś niezwykłego w początkach lat 80.: mieć wizję wolnej Polski i mieć odwagę, by działać w tym kierunku. To fascynująca historia, a jej bohaterzy, którzy zostali tak wiele dla naszej wolności nie zostali nagrodzeni przez wolną Polskę - mówił Igor Janke w rozmowie z Katarzyną Kaczorowską dla "Polski". Wiedział, że to była świetnie zakonspirowana, bardzo bojowa radykalna organizacja, która miała wizję niepodległej Polski i niezwykłego przywódcę - Kornela Morawieckiego, ale nie znał ludzi, którzy go otaczali. - Było dla mnie dużym zaskoczeniem, z iloma profesorami rozmawiałem, zbierając materiały. Nie miałem więc świadomości tego, jak bardzo niezwykli ludzie stali za Solidarnością Walczącą - mówił wówczas Igor Janke.

***

Józef Pinior podkreśla, że trzeba pamiętać i o tym, że na samym dole działającego podziemia ludzie nie wiedzieli, że działają w Solidarności Walczącej. - Myśleli po prostu, że działają w podziemnej Solidarności. Ja w każdym razie robiłem wszystko, również jako przewodniczący Regionalnego Komitetu Strajkowego, żeby nie podkreślać tych podziałów. Wydawało mi się to bez sensu. Chodzi o to, aby łączyć te działania w podziemnym nurcie Solidarności - mówi Pinior. Nie zgadza się też z tym, że po roku 1989 działacze Solidarności Walczącej nie przeszli do głównego nurtu politycznego. - To nieprawda, przecież w głównym nurcie był Grzegorz Schetyna, czy Rafał Grupiński, którzy byli w Solidarności Walczącej. No, ale nie były to przejścia masowe, a losy ludzi różnie się potoczyły. Na przykład Zbigniew Jagiełło, dziś, znany i utytułowany menedżer na rynku kapitałowym, prezes PKO Banku Polskiego w latach 80. Mocno działał w Solidarności Walczącej. Zakładał organizacje i struktury opozycyjne, redagował i kolportował niezależne gazety jak "Wolna Polska" czy "Solidarność Młodzieży", koordynował pracę siatki podziemnych drukarni. Jak mówił w wywiadach, nie uważał siebie wtedy za opozycjonistę - po prostu nie zgadzał się na rzeczywistość, jaka wtedy panowała w Polsce. No i, co ciekawe, to właśnie w tej działalności zdobywał swoje pierwsze szlify, jeśli chodzi o kierowanie zespołem. - Ci, którzy znaleźli się w mainstreamie, wybrali inną drogę i osiągnęli sukces - zostali posłami, ministrami. Ja też mogę powiedzieć, że jestem wygrany - po 1989 roku otworzyło się dla mnie dziennikarstwo i to, co robiłem nielegalnie, mogłem potem robić legalnie. Nie chcę generalizować, ale na pewno nadal jest sporo osób, które patrzą z wyrzutem na dzisiejszych polityków - kolegów i są zszokowani tym, jak łatwo zostali przez nich zapomniani. Ewidentnie ci wszyscy ludzie, którzy dziś są na marginesie to taki wyrzut dla tych działaczy opozycji, którzy przejęli władzę i o nich zapomnieli - mówi Bogdan Rymanowski.

***

Józef Pinior jest za tym, aby dziś robić wszystko, by Solidarność Walcząca była znana, a jej rola w Solidarności podziemnej była podkreślona. - Ale nie było też tak, że historia Solidarności Walczącej jest marginalizowana. Prezydent Lech Kaczyński chciał przecież odznaczyć Kornela Morawieckiego i Solidarność Walczącą wysokim odznaczeniem - przypomina Pinior. To wysokie odznaczenie to Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski. Morawiecki odmówił, uważając, że dla Solidarności Walczącej należy się najwyższe polskie odznaczenie - Order Orła Białego. - Tak się złożyło, że dzisiaj jest moda na Kornela Morawieckiego i na Solidarność Walczącą z oczywistych względów - Kornel został marszałkiem seniorem . Nie należy wpadać w przesadę - mówi Józef Pinior. Bogdan Rymanowski widzi to inaczej: - W Solidarności jedni byli umiarkowani, inni radykalni. Rzeczą niepodważalną jest, że rozmowy Okrągłego Stołu i to, co się potem zdarzyło, otworzyło nam drogę do pełnej wolności. Ale z drugiej strony, ludzie, którzy działali w Solidarności Walczącej, ostrzegali, że układy, umowy, pakty z komunistami nie doprowadzą nas do niczego dobrego. I można powiedzieć, że przez wiele lat zmagaliśmy się w III RP z rzeczywistością postkomunistyczną. Myślę, że obie te części opozycji się uzupełniały. Bo dzięki temu, że była grupa radykalna Solidarności Walczącej, ci umiarkowani, rozmawiający z komunistami mogli podnosić wyżej poprzeczkę. Oczywiście władzy zależało na marginalizacji tej organizacji radykalnej, wycinaniu jej, bo sprzeciwiała się ona rozmowom z opozycją, z punktu widzenia władzy to było logiczne. Ale dziś można powiedzieć - nie najgorzej się to skończyło.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie