Kopacz idzie ku samodzielności. Musi uważać na sieroty po Schetynie i Grabarczyku

Witold Głowacki
Ewa Kopacz musi tak kierować pracami Sejmu, by nie dać sobie wejść na głowę ani opozycji, ani nieprzepadającym za nią sierotom po Schetynie i Grabarczyku w PO, ani, co najtrudniejsze, Donaldowi Tuskowi - pisze Witold Głowacki.

Ewa Kopacz wielokrotnie podkreślała, że praca w rządzie Donalda Tuska nauczyła ją przede wszystkim twardości i psychicznej odporności. Teraz ta twardość jest jej szczególnie potrzebna. Nie tylko dlatego, że właśnie rozpętała się burza z powodu przygotowywanych przez kierowany jeszcze przez nią resort zdrowia niezbyt udanych (delikatnie mówiąc) przepisów o refundacji leków, które mają wejść w życie od 1 stycznia. I nie tylko ze względu na to, że najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli jest bardzo krytyczny wobec efektów przeprowadzanej przez Kopacz komercjalizacji szpitali.

Czytaj także: Ewa Kopacz: Kobieta z pazurem, twardy gracz na miarę Schetyny

Bo przecież nie chodzi tu tylko o odparcie zarzutów. Urzędująca od nieco ponad miesiąca nowa marszałek Sejmu będzie musiała być na tyle twarda, by pod ogniem opozycji krytykującej ją jako byłą szefową Ministerstwa Zdrowia utrzymać pozycję godną pierwszej osoby w Sejmie i drugiej w konstytucyjnej hierarchii państwowych urzędów.

Na razie niebezpośrednio pomaga jej w tym potężny polityczny patron Donald Tusk. To Bartosz Arłukowicz, nowy minister zdrowia, dostał mało wdzięczne zadanie ekspresowego ugaszenia pożaru w kwestii refundacji leków i udzielania wyjaśnień po raporcie Najwyższej Izby Kontroli.
Sama Ewa Kopacz ma być natomiast poza linią strzału, skupiać się na bieżącej pracy w Sejmie, unikać konfrontacji z opozycją i udzielania się w mediach w kwestiach dotyczących resortu zdrowia. Przede wszystkim zaś ma budować możliwie samodzielną pozycję w parlamencie. Nie tylko w Prezydium Sejmu, nie tylko wobec partii opozycyjnych, lecz także wewnątrz koalicji i własnego ugrupowania. To zaś wcale nie jest takie proste.

Bo przecież nawet w samej Platformie wciąż jest wielu posłów, którzy nie płakaliby bynajmniej, gdyby świeżo upieczonej pani marszałek powinęła się noga. I którzy wcale nie zmartwiliby się, gdyby następne miesiące miały Ewie Kopacz minąć na tłumaczeniu się z wniosków z raportu NIK i problemów z refundacją leków. To przede wszystkim najbardziej zagorzali zwolennicy Grzegorza Schetyny, którzy wraz z nim zeszli na drugi plan platformerskiej polityki wewnętrznej, i osieroceni przez Cezarego Grabarczyka członkowie jego potężnej niegdyś "spółdzielni". Dla nich obecność Kopacz w marszałkowskim fotelu jest przypomnieniem przegranej w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach.

W tej chwili więc Ewa Kopacz pełni funkcję, która dla Bronisława Komorowskiego okazała się trampoliną do prezydentury, a Grzegorzowi Schetynie pozwalała zarówno na tworzenie silnego ośrodka wewnątrzpartyjnej opozycji, jak i prowadzenie niemal samodzielnej względem Donalda Tuska polityki poprzez zawieranie mniej lub bardziej doraźnych paktów z prezydentem, lewicą, a nawet Prawem i Sprawiedliwością. Jednak nie ma ani pozycji lubianego raczej w partii i szanowanego za lata w opozycji i polityczną karierę w wolnej Polsce Komorowskiego, ani tym bardziej siły frakcyjnego lidera, jaką rozporządzał Grzegorz Schetyna. To nie jest łatwy start w roli marszałka Sejmu, który musi mieć polityczną siłę i do działań ponadpartyjnych, i do utrzymywania trwałego zaplecza we własnym ugrupowaniu.

Czytaj także: Ewa Kopacz marszałkiem Sejmu. Wybór poprzedziły pytania o... Smoleńsk

Na razie Ewa Kopacz zdaje się lepiej radzić sobie z tym pierwszym. Zaskoczyła wszystkich, nie bojąc się bomby atomowej w postaci złożonego ponownie wniosku Ruchu Palikota w kwestii krzyża w sejmowej sali i przekazując go do analizy prawnikom Kancelarii Sejmu. Zapowiedziała też wyraźnie, że po otrzymaniu ich opinii i na jej podstawie podejmie ostateczną decyzję w sprawie krzyża. Rzecz jasna początkowo mogło się wydawać, że prawnicze analizy mogą potrwać jeszcze miesiącami, jednak niewątpliwie Kopacz udało się uniknąć zarzutu, że boi się podejmowania decyzji w tej co najmniej kontrowersyjnej sprawie. Sprawie, która od środy jest już chyba zresztą zakończona, bo sejmowi prawnicy opowiedzieli się przeciw zdejmowaniu krzyża.
Kopacz miała się też okazać twardą zawodniczką w kulminacyjnej fazie sporu, który wybuchł między Prawem i Sprawiedliwością a Solidarną Polską, a dotyczył tak kluczowej kwestii jak miejsca w sejmowych ławach dla nowo powstałego klubu ziobrystów. Trwał między obydwoma ugrupowaniami prawicy - ziobryści żądali miejsca na prawo od PiS, co wymagałoby "posunięcia się" posłów partii Jarosława Kaczyńskiego. Z kolei PiS oferował klubowi Ziobry wyłącznie miejsca w tylnych rzędach. Szykowała się więc ostra bitwa o teren w sejmowej sali, jednak zmierzający w kierunku groteski konflikt przecięła ponoć właśnie Ewa Kopacz, wskazując ziobrystom miejsce między PiS a Platformą i jednocześnie grożąc obu stronom sporu karami finansowymi za ewentualną dalszą eskalację wojny o sejmowe ławy.

Czytaj także: Ewa Kopacz: Kobieta z pazurem, twardy gracz na miarę Schetyny

Po raz kolejny w roli obrońcy sejmowego porządku wystąpiła Kopacz przed zaplanowanym na wieczór 13 grudnia przez PiS Marszem Niepodległości i Solidarności. Stwierdziła wtedy, że nie odwoła zaplanowanego na ten sam wieczór posiedzenia sejmowych komisji Spraw Zagranicznych i Finansów Publicznych, o co wnioskował szef klubu poselskiego Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak. Później jednak poszła na rękę posłom PiS i przełożyła posiedzenia na wcześniejsze godziny, nie zapominając jednak o wytknięciu opozycji "braku odpowiedzialności".

Czytaj także: Część rodzin smoleńskich krytycznie o Kopacz: Nie zapewniła równoprawnego udziału Polski w badaniach

Mimo tych pierwszych posunięć część posłów PO jest wobec Kopacz nadal wyraźnie sceptyczna. A opozycja rzecz jasna już od dnia ogłoszenia jej kandydatury na marszałka Sejmu przez Donalda Tuska wzięła Kopacz ostro na celownik.

- Ten awans będzie po prostu kpiną ze społeczeństwa, kpiną z chorych. Ona była fatalnym ministrem zdrowia - powiedział wtedy prezes PiS Jarosław Kaczyński, określając pole ówczesnych i przyszłych ataków Prawa i Sprawiedliwości na Kopacz. Pytani o nią politycy partii Kaczyńskiego podkreślają więc na przemian, jak bardzo źle ich zdaniem zapisała się Kopacz jako minister zdrowia i że jej wybór na marszałka Sejmu jest prostym spełnieniem woli Donalda Tuska przez posłusznych żołnierzy Platformy. Za to samo zresztą ma do Kopacz pretensje ta część polityków samej PO, dla której radość z wyborczego zwycięstwa była zaprawiona sporą łyżką dziegciu z powodu potwierdzenia totalnej wewnątrzpartyjnej dominacji przez Donalda Tuska i jego ludzi.

- Przecież Ewa Kopacz została marszałkiem tylko po to, by Donald Tusk nie stracił ani na moment kontroli nad tym, co dzieje się w Sejmie - śmieje się więc jeden z ważnych do niedawna polityków PO.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

c
cezar

Każda współpraca z nieprzyjacielem, okupantem czy nawet grupą obywateli własnego państwa, która czerpała korzyści z sowieckiej okupacji czy późniejszego wieloletniego całkowitego uzależnienia od Kremla niej jest niczym innym jak kolaboracją idealnie wypełniającą jej definicję.

Bez usunięcia z cokołów „okrągłostołowych herosów”, którzy postanowili dogadać się z kremlowskimi pachołkami, Jaruzelskim i Kiszczakiem nigdy nie będziemy naprawdę wolni.

Dzisiejsze „elity” boją się tej prawdy, jak diabeł święconej wody i właśnie, dlatego będzie coraz częściej dochodziło do takich sytuacji, jak ta, która miała miejsce 8 grudnia w programie mojego „ziomala”, Janka Pospieszalskiego.

Sensację wzbudził, bowiem pewien dokument wyszperany w aktach niemieckiej STASI, z którego wynika jasno, że jeden z „wielkich bohaterów” Solidarności, Bronisław Geremek dążył do likwidacji tego niezależnego związku zawodowego i proponował komunistom konfrontację siłową.

p
pamięć

i kłamie bez mrugnięcia okiem. Tylko partia notorycznego kłamcy Tuska mogła wykreować taką postać, jak dr Ewa.

Ale jakie społeczeństwo, które wybrało sobie taką koalicje, tacy tego społeczeństwa przedstawiciele.

G
Gość1

Tak długo, jak się opłaci...

Dodaj ogłoszenie