Koniec marzeń o wielkiej Unii Europejskiej

Jakub Mielnik
Dariusz Gdesz/POLSKA
Niemiecki trybunał konstytucyjny w Karlsruhe w praktyce pogrzebał traktat lizboński.

Sędziowie stwierdzili wczoraj co prawda, że umowa jest zgodna z niemiecką konstytucją, ale postawili jeden podstawowy warunek. Bundestag musi zmienić niemieckie prawo tak, by zagwarantować, że wszelkie unijne inicjatywy uzyskają aprobatę państw narodowych. W Berlinie zarządzono polityczną mobilizację, skracając wakacje posłom. Głosowanie nad dostosowaniem niemieckiego prawa do traktatu lizbońskiego musi odbyć się przed jesiennymi wyborami do Bundestagu. Ważne jest też, by Niemcy ratyfikowały umowę, zanim do urn pójdą Irlandczycy, którzy mają powtórnie głosować nad przyjęciem umowy z Lizbony. - Chcemy dać silny impuls wyborcom w kraju, który już raz odrzucił traktat - ogłosił w Berlinie przewodniczący Bundestagu Norbert Lammert, starając się zatrzeć wrażenie, że Niemcy podzielają część obaw przeciwników traktatu.

Decyzja trybunału w Karlsruhe miała wytrącić ostatnie argumenty prezydentom Polski i Czech, którzy nie podpisali dotąd umowy. Zarówno Lech Kaczyński, jak i Vaclav Klaus mają powody do zadowolenia, bo niemieccy sędziowie, zgłaszając swoje zastrzeżenia wobec traktatu, użyli ich własnych argumentów.

W trosce o niemiecki porządek prawny trybunał jasno dał do zrozumienia, że państwa narodowe nie godzą się na oddanie władzy w Europie w ręce nie pochodzącej z wyboru, tylko z nominacji, brukselskiej biurokracji.

Wprowadzenie Lizbony w życie jeszcze w tym roku jest niemal pewne. Pod presją Brukseli Irlandczycy zagłosują zapewne na "tak" w powtórzonym w październiku referendum. Umowę podpiszą w końcu także Klaus i Kaczyński.

Nie zmienia to jednak faktu, że projekt stworzenia w UE federalnego supermocarstwa należy ostatecznie do przeszłości. Po sześciu latach mozolnych negocjacji nad różnymi formami europejskiej konstytucji wizja tego, jak ma wyglądać przyszłość Unii Europejskiej, całkowicie się rozmyła. Została z niego tylko instrukcja obsługi, która ma ułatwić życie unijnym technokratom. Nic więc dziwnego, że Europejczycy odrzucili ją w kilku referendach, a na koniec los tego dokumentu przypieczętowali prawnicy największego kraju UE.

Niemcy za traktatem, który i tak nie zreformuje Europy

Niemieckie "tak" dla traktatu lizbońskiego wcale nie przybliża Unii do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. Przeciwnie. Po sześciu latach przepychania reformy UE okazuje się, że kraje członkowskie stawiają dziś na obronę własnych interesów. Wizja budowy jednego europejskiego państwa przepadła ostatecznie, a żadnej nowej koncepcji integracji nie ma. Wizja przyszłości Unii, po 6 latach pracy nad traktatem lizbońskim, zastąpiona została podręcznikiem dla urzędników.

Decyzja trybunału potwierdza zarówno obawy elit politycznych w Polsce, Czechach czy Wielkiej Brytanii, jak i opór obywateli UE, którzy w referendach we Francji, Holandii i Irlandii odrzucali kolejne próby forsowania federalnej Europy. Sędziowie z Karlsruhe jasno stwierdzili, że nie będzie ratyfikacji traktatu bez potwierdzenia praw państw narodowych do kontroli instytucji UE.
- Chodzi o zagwarantowanie Bundestagowi prawa do zatwierdzania decyzji podejmowanych na szczeblu międzynarodowym, i to nie wymaga zmian konstytucji. Wystarczy zmiana ustawy, która w Niemczech reguluje relacje między Bundestagiem i parlamentami poszczególnych landów a UE - mówi John Reyels, rzecznik ambasady Niemiec w Warszawie.

Posłowie do Bundestagu spieszą się, żeby zmienić ustawę jeszcze przed planowanymi na wrzesień wyborami parlamentarnymi w Niemczech. Chodzi o to, żeby prezydent Horst Köhler mógł podpisać traktat jeszcze przed irlandzkim referendum w sprawie Lizbony. - Zależy nam na wysłaniu sygnału, który wsparłby zwolenników traktatu w Irlandii - tłumaczy Reyels.

Decyzja trybunału w Karls-ruhe likwiduje jedną z głównych przeszkód na drodze do zakończenia mozolnego procesu przepychania traktatu lizbońskiego. Wstrzymujący się z podpisaniem dokumentu prezydenci Czech i Polski mają już coraz mniej argumentów, by opóźniać ratyfikację umowy. Zresztą prezydent Lech Kaczyński wielokrotnie powtarzał, że podpisze traktat, jeśli tylko Niemcy uznają go za zgodny z konstytucją, a Irlandczycy przegłosują go w referendum.

Proces ratyfikacji umowy lizbońskiej ciągnie się z przerwami od 6 lat. Próba poddania go pod ogólnoeuropejskie referendum w formie europejskiej konstytucji skończyła się spektakularną klapą. Kolejna próba z traktatem lizbońskim omal nie wywróciła się o sprzeciw Irlandczyków i niechęć prezydentów Polski i Czech do składania podpisu pod doku-mentem, który pozostaje zrozumiały niemal wyłącznie dla brukselskiej biurokracji.

Państwa narodowe, oficjalnie popierając reformę UE, bardzo pilnowały, by nie stracić wpływu na politykę Wspólnoty. - Parlamenty narodowe ciągle zachowują wpływ na decyzje unijne. Jeśli dany projekt będzie budził sprzeciw 1/3 krajów, można go zrewidować albo nawet odrzucić - mówi Rafał Grzeszczak, specjalista od pra-wa europejskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. W toku wieloletnich negocjacji państwa UE wymogły na Brukseli szereg ustępstw. Przykładem są Irlandia i Polska , które uzyskały zapewnienie, że Unia nie będzie ingerować w obowiązujące w tych krajach przepisy aborcyjne.

Dziś pojawiają się wątpliwości, czy po latach mozolnego poprawiania traktatu zachował on jeszcze swoją reformatorską moc. - Jesteśmy obecnie w fazie postlizbońskiej. Projekt federalnej wspólnoty narodów stworzony na początku przez traktat jest zastępowany dyrektoriatem Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii - mówi Marek Cichocki z Centrum Europejskiego Natolin.

Najlepiej widać to na przykładzie kryzysu gospodarczego, który nie jest rozwiązywany na zasadzie wspólnotowej. Impulsy płyną z Berlina, Paryża i Londynu, a nie z Brukseli. Reszcie krajów praktycznie pozostaje dostosowywać się do regulacji proponowanych przez unijnych przywódców.
- W kompromisowych zapisach przepadła wizja nowej Europy. Traktat lizboński nie odpowiada na pytanie, jaka będzie Unia, wyznacza jedynie ogólne kierunki reform, a tak naprawdę po prostu usprawnia pracę unijnej biurokracji do potrzeb organizacji mającej 27 członków - mówi Grzeszczak.

Brukselskie elity poświęciły wiele energii na wypromowanie traktatu lizbońskiego, jednak Europejczycy nie dali się przekonać. Świadczy o tym nie tylko fiasko kolejnych referendów i decyzja niemieckiego trybunału, ale także niespotykana dotąd w parlamencie UE liczba deputowanych, którzy otwarcie kontestują Lizbonę. Odporni okazali się także politycy krajów członkowskich, zazdrośni o utratę wpływów na rzecz Brukseli.

Świat bardzo zmienił się od czasu, gdy w 2003 roku zaczęto na forum UE forsować europejską konstytucję, której wersją jest traktat z Lizbony. - Lizbona będzie na długie lata ostatnią próbą wielkiej reformy UE - uważa Marek Cichocki.

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
spokojny

Hjtler i Stalin w kontekście Unii? Te argumenty mnie nie przekonują. Chyba wchodząc do domu wisielca nie będziesz pytał zdejmując płaszcz „gdzie się tu można powiesić” albo wyglądając przez okno i widząc przystanek autobusowy nie powiesz „dobry punkt – blisko pętli”.

Po prostu trzeba być dyplomatą i także w demokracji ładnie pakować towar czyli pewne idee. A może lubisz prezenty zawinięte tylko w gazetę?

I nie martw się – jestem za demokracją gdzie inteligentna sprzątaczka ma taki sam głos co głupi profesor matematyki. To gawarantuje nam w Europie jeszcze długo zabawę w nacjonalizmy a Rosja, Chińczycy i terroryści się cieszą, bo mogą nas wykańczać po kawałku. Nawet dla USA, podzieleni na państewka, nie jesteśmy partnerem. Ale tam gdzie potrafiliśmy działać europejsko zjednoczeni nie mam na nas siły. Nie ma państwa w Europie, które samo potrafiłoby zbudować największy samolot pasażerski ale razem to zrobiłiśmy i Stany mogą nam nagwizdać. Albo takie euro. Dziś jest najsilniejszą walutą i także na świecie wypiera dolara. Tego nie osiągnęłoby żadne europejskie państwo pojedynczo. No ale my wolimy zawsze wszystko sami (zwłaszcza w Polsce). A historia jest zawsze taka sama dla takich samotnych rycerzy. Dziwna. A może to ja jestem dziwny?

N
Niespokojny

Spokojny pisze: "Politycy, więcej wyczucia! Jak będziecie się co chwila pytać ludu co sądzi ... , to będziecie dostawać różne odpowiedzi. Po co pytać jak nie trzeba?"
Właśnie po co pytać? Otóż mądrość taką w przeszłości posiadł między innymi niejaki Adolf Hitler, a tow. J. Stalin robił tylko pozory tego, że pytał.
Jest niestety nieszczęściem obecnego czasu, że konstytucję UE rozumieją -
tylko brukselscy urzędnicy!
A powinno być tak, że Traktat powinien być napisany ludzkim językiem a następnie przedłożony obywatelom UE do zatwierdzenia w trybie referendalnym we wszystkich krajach UE a nie tylko w Irlandii.
Można sądzić, że obywatele UE w uznaniu dla "rewolucyjnych dokonań" Brukseli dotyczących możliwości spożywania zakrzywionych ogórków i im podobnych produtów - z entuzjazmem poszliby do urn - i zatwierdziliby ten traktat.
Dlaczego nie daje się tym obywatelom możliwości wyrażenia ich zachwytu dla
wymienionych dokonań brukselskich?

s
spokojny

Niemcy mają rację, mówią „tak” traktatowi i tylko to się naprawdę liczy. A dla eurosceptyków dodają parę komentarzy na zasadzie „tak ale” i każdy jest zadowolony. I tak trzeba robić a nie drażnić naród.

Politycy, więcej wyczucia! Jak będziecie się co chwila pytać ludu co sądzi na jaki temat to będziecie dostawać przeróżne odpowiedzi. Po co pytać jak nie trzeba? A po drugie to po co używać drażliwych słów takich jak np. „konstytucja”. Przecież każdy kraj już ma swoją (poza GB). Trzeba podpisać kolejny „traktat” czy „układ” bądź „umowę prawną” i spokój.

Przecież UE ma de facto wspólne granice zewnętrzne ale nikt nie krzyczał o zawiązywaniu Stanów Zjednoczonych Europy tylko podpisał „układ szengeński” i spoko. Gdyby wcześniej pod referenda poddawać jakąś „Wspólnotę Obrony Granic” itp., to do dziś nie możnaby przejechać ze Szwecji do Portugalii czy z Islandii do Grecji bez kontroli. Więcej wyczucia politycy!

Więc jak chcemy mieć unijnego ministra spraw zagranicznych to nie nazywajmy go ministrem ale jakimś powiedzmy rzecznikiem czy referentem ds. pozaunijnych i nikt tego nie zauważy a efekt będzie taki sam.

Tak samo z euro. Po co było Francuzom zabierać franka itp. Trzeba było zamrozić kursy (co zresztą się stało półtora roku przed 1-szym stycznia 2002 i to wtedy wprowadzono ekonomicznie euro) a potem przeprowadzić rewaluację walut w eurostrefie wedle stosownych współczynników, tak że 1 frank byłby warty tyle co np. 1 marka i każdy by się cieszył swoją walutą. A potem tylko podmienić monety żeby miały jedną, neutralną stronę wspólną z nominałem a drugą z ładnymi napisami typu „deucze mark” „viv la france” i co tam kto chce, zresztą tak jest i dzisiaj. Każdy miałby „swoją” walutę i mógłby się tym narodowo podniecać. A tak to Brytyjczyk myśli, że mu się gospodarka rozwija, bo nie ma euro a Irlandczyk myśli, że mu się rozwija, bo... ma euro. Austriak myśli, że ma tylko 5% bezrobocia dzięki euro a Francuz myśli, że ma 10% wskutek euro. Dać ludowi jego zabawki a samemu robić swoją robotę. Inaczej nadal będziemy dreptać z 50 państewkami w Europie a Rosja, Chiny i teroryści się tylko cieszą i mogą nas wykańczać, każdego z osobna, a i dla Ameryki taka pokawałkowana Europa nie jest partnerem, zresztą tą układankę z narodowych państewek przećwiczyliśmy już dobrze - do wojen światowych włącznie.

To czy podpiszemy dokument o nazwie "konstytucja europejska"
miałoby znaczenie symboliczne ale nie jest najważniejsze.

Minimum to wspólna polityka zagraniczna UE w najważniejszych
sprawach.

g
gość

to ciekawy temat i warto go przechowac dla potomnych ale tego nie mozna normalnie wydrukowac - chce wszystkie strony a wychodzi jedna. zrobcie cos z tym.