Koncert Manu Chao we Wrocławiu

Marek Świrkowicz
Reuters
Dziś wieczorem na wrocławskiej Wyspie Piaskowej wystąpi Manu Chao, najbarwniejsza postać współczesnej sceny etnopunkowej, imprezowy guru alterglobalistów, a przy okazji facet, który przywrócił światu wiarę w proste piosenki.

Dla jednych jest muzycznym partyzantem zaangażowanym w walkę o lepszy świat, inni widzą w nim jedynie kolorowego pajaca i niepoprawnego lewaka. Ma w sobie coś z cyrkowca i kuglarza, ale w głębi duszy pozostaje rockandrollowcem.

Bo ten 47-letni wychowanek paryskich przedmieść i ekslider multikulturowej supergrupy Mano Negra jak ognia unika skomplikowanych aranżacji, produkcyjnych sztuczek i wyrafinowanych popisów instrumentalnych. Potrafi porwać publikę do tańca za pomocą zaledwie kilku powtarzanych w kółko słów (zwykle po hiszpańsku, francusku lub portugalsku - Manu nie przepada za językiem Szekspira i George'a Busha), zaśpiewanych przy wtórze gitary akustycznej.

Udowodnił to na swojej pierwszej solowej płycie "Clandestino" z 1998 r. Charakterystyczna "uliczna wibracja" albumu, na którym jamajskie bujanie przeplatało się z salsą, miejskim folkiem, francuską chanson i dziesiątkami innych wpływów podbiła serca koneserów muzycznej egzotyki (i ładnych piosenek) na wszystkich kontynentach. Krążek rozszedł się w imponującej liczbie ponad pięciu mln egzemplarzy, a jedynym rynkiem, który oparł się sile francuskiego etnobuntownika, były Stany Zjednoczone. Zresztą do dziś w ojczyźnie hamburgerów i coca-coli Manu pozostaje postacią znaną jedynie najbardziej zagorzałym latinofilom.

Co innego w Europie, a zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, gdzie ten drobny, niewysoki brunet w fikuśnej czapeczce pod względem popularności może się równać z Beatlesami i Che Guevarą. Zresztą jest jednym z niewielu gringos, o których sami Latynosi mówią, że mają prawdziwie latynoską duszę. A to oznacza zarówno aktywne zaangażowanie w tamtejsze problemy, jak i słabość do dobrej zabawy.

Jedno i drugie najlepiej uwidacznia się podczas szalonych, kompletnie nieprzewidywalnych koncertów Manu i jego nowej grupy Radio Bemba Sound System (nazwanej tak na cześć słynnej radiostacji używanej przez rebeliantów podczas rewolucji kubańskiej w 1959 r.). W skład tej kilkunastoosobowej koncertowej petardy wchodzą muzycy m.in. z Francji, Włoch, Hiszpanii, Wenezueli, Argentyny, Brazylii i Senegalu.

Wspólnie opakowują protest songi Manu w energetyczną mieszankę punk rocka, reggae, ska i rytmów latynoskich, czerpiąc przy tym z najlepszych tradycji rozwiązanej w 1995 r. Mano Negry - zresztą kompozycje tej grupy regularnie zasilają setlistę RBSS i z pewnością zabrzmią podczas wrocławskiego koncertu.

Na główne danie złożą się jednak piosenki z ostatniej, wydanej we wrześniu ubiegłego roku płyty artysty, zatytułowanej "La Radiolina". Nie zabraknie zatem ostrego, antyamerykańskiego "Rainin' in Paradise" czy przejmującej, nagrodzonej m.in. statuetką Latin Grammy ballady "Me llaman calle".

Szykujcie się więc na parę godzin ognistej dźwiękowej fiesty. Bo Manu potrafi porwać słuchaczy jak mało kto. I bez znaczenia jest, czy śpiewa na wielkim festiwalu, czy na ulicach swojej ukochanej Barcelony, gdzie - jak wspomina - często ludzie podchodzą do niego i mówią: "Stary, grasz zupełnie jak Manu Chao".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie