Komu bije dzwon? W 2013 roku wszyscy ważniejsi politycy będą pod ogromną presją

Witold Głowacki
Donald Tusk zapewne nie cieszy się z perspektyw, które rysuje przed nim i PO rok 2013
Donald Tusk zapewne nie cieszy się z perspektyw, które rysuje przed nim i PO rok 2013 Bartek Syta/Polskapresse
Nikt w polskiej polityce nie jest gotowy na ten ciężki, kryzysowy rok. Platformę czeka ciężka defensywa, PiS musi się ocknąć ze stuporu, lewica zaś powinna się wręcz wymyślić na nowo.

Komu bije dzwon? Bije on Tobie. Z tą hemingwayowską frazą może wchodzić w nowy rok właściwie każdy bardziej liczący się polski polityk.

Pod presją są wszyscy. Za kilka miesięcy polityczny zegar zacznie przyśpieszać - gdy już się rozkręci, nie zatrzyma się ani na moment do końca kadencji. To zresztą nawet w polityce wie dosłownie każdy. Ale polityczne deadline'y zaledwie organizują kalendarz, tworząc złudne wrażenie kontroli nad rzeczywistością. Ta zaś, zupełnie wbrew uporządkowanym rubrykom kalendarza, zaczyna polskiej klasie politycznej odjeżdżać - również w przyśpieszonym tempie.

Kryzys już dwa lata temu zaczął zmieniać społeczne priorytety - czego skutki zobaczymy natychmiast, gdy uderzy jego kolejna fala. Zarazem - już bynajmniej nie tylko pod wpływem kryzysu - zmienia się także struktura społeczeństwa i jego hierarchie wartości. Nikt w polityce dotąd tego nie dostrzegł - a przynajmniej nie widać, by wyciągnął z tego wnioski.

To wszystko więc, co dziś nazywamy jeszcze tylko pogłębiającą się anachronicznością obecnej polskiej polityki, jutro może zaprowadzić ją w nicość. Żadne wraki ani bajanie o mowie nienawiści tego nie zmienią.

Rok 2013 upłynie pod znakiem próby sił. Kto zostanie w najbliższych już miesiącach rzucony na kolana, ten może już nie zdążyć się z nich podnieść przed następnym rozdaniem.

Bezlitosny kalendarz

To widać jak na dłoni. Zaczynamy rok, w którym stawki bieżącej polityki zauważalnie wzrosną. Z każdym kolejnym miesiącem coraz mniej będzie się liczyć rytuał bieżącego podtrzymania póz i min oraz języka służących zaznaczeniu obecności. Coraz bardziej za to - gra o przyszłą władzę. By półserio odwołać się do tez niedawnych głośnych tekstów Roberta Krasowskiego - na polskiej scenie część miejsca należnego dotąd Szekspirowi zacznie znów odbierać Machiavelli. Ostatecznie i tak wygra jednak ten, kto przypomni sobie, jak filozofuje się młotem.

Zamiast nowego mieszczaństwa rośnie nam nowy proletariat. To jest wyzwanie polityki

Już w okolicy następnego sylwestra będzie można zacząć przyjmować względnie rozsądne zakłady o to, kto zostanie kolejnym premierem. To mniej więcej za rok ruszy bowiem wyborcza machina organizująca polityczną agendę aż do końca kadencji. Od wiosny 2014 roku do jesieni roku 2015 mamy aż cztery ważne elekcje. Koniec jednej kampanii będzie więc oznaczał automatycznie początek kolejnej. Wygląda to dokładnie tak: Na rozgrzewkę Strasburg i Bruksela - w maju lub czerwcu 2014 roku wybierzemy europosłów na kolejną kadencję. Potem gminy, miasta i powiaty - bo już jesienią 2014 przyjdzie czas na wybory samorządowe. W czerwcu roku 2015 o reelekcję będzie się mógł ubiegać Bronisław Komorowski, wreszcie w październiku - listopadzie mamy wybory najważniejsze - czyli parlamentarne. Gdzieś pomiędzy tymi terminami musi się znaleźć miejsce na jeszcze jedną elekcję - tyle że partyjną - wybory w PO. Może warto je będzie zmieścić jeszcze przed całą wyborczą serią 2014-2015? W takim razie i w Platformie może się odbyć przepychanka między ludźmi Tuska, Schetyny i kto wie? Może Sikorskiego?
Co z tego wszystkiego wynika? Niestety, tylko tyle, że kalendarz gęstnieje. Już w połowie roku kwestia tworzenia list do europarlamentu przestanie być więc dyżurnym pretekstem do medialnego bicia piany, a zacznie wyznaczać rytm najbardziej bieżącej polityki. O bilet do Brukseli i posadę za czterdzieści tysięcy miesięcznie na pięć lat będzie się bić z obecnymi europarlamentarzystami spora grupa aspirujących materialnie posłów Platformy i PiS. Przed kilkoma prominentnymi politykami obu tych partii zarysuje się zaś widmo Parlamentu Europejskiego nie jako awansu, lecz ewentualnego zesłania.

Za to Ruch Palikota i SLD oraz wciąż efemeryczna "Lista Kwaśniewskiego" będą musiały najpóźniej w połowie 2013 roku ustalić swe europarlamentarne strategie. To po tych deklaracjach będziemy ostatecznie wiedzieć, jak wygląda sytuacja na mapce kawiorowej lewicy.

PJN i SP zagrają natomiast w eurowyborach niemal o wszystko. Dla obu postpisowskich partii to właśnie te wybory będą przedostatnią okazją do zaznaczenia obecności i zarazem próby pozyskania poważniejszego liczbowo elektoratu. Ostatnią będą natomiast wybory samorządowe.

Dodajmy, że właśnie wybory europejskie mogą być dobrą okazją do kolejnego - po poronionej próbie Libertas - politycznego testu pod sztandarami eurosceptycznymi. Ogólne zaufanie do Unii spada w Polsce w ostrym tempie - między zaledwie dwoma Eurobarometrami z roku 2012 i 2011 (w obu przypadkach badanie wiosenne) obniżyło się o 11 proc. - z 52 do 41 proc. Jeszcze bardziej niesamowite są wyniki innej części Eurobarometru. Aż 36 proc. Polaków w ostatniej odsłonie badania oceniało antykryzysowe działania Unii jako nieskuteczne. Półtora roku wcześniej - zaledwie 9 proc. Gdyby to tempo odwracania się europejskich sympatii Polaków miało zostać utrzymane, w 2015 roku bylibyśmy już krajem zatwardziałych eurosceptyków.

Rzecz jasna dziś polski eurosceptyk nie ma swej reprezentacji na krajowej scenie. Pozostawało mu się zachwycać występami Nigela Farage'a i udawać niedosłuch, gdy ten schodził na kwestie imigracji zarobkowej z Europy Wschodniej czy polskiego alkoholizmu.

Dziś coraz tęskniej w tę stronę zdają się spoglądać ludzie z prawej flanki Platformy i jej okolic. W tych Sikorsko-Giertychowo--Kamińskich sferach może się rodzić pomysł stopniowego zagospodarowywania tej niszy. Choć przecież nie pod hasłami jawnie eurosceptycznymi. I nie przez tworzenie nowej inicjatywy jeszcze przed eurowyborami. Za to umieszczenie w PE za pomocą list Platformy przyszłej grupy inicjatywnej mogłoby być całkiem rozsądnym posunięciem.

Kryzys już trzy lata temu zaczął zmieniać strukturę społeczeństwai jego priorytety

Już nie w sferze domysłów, lecz faktów jest zaś marsz w tym kierunku dziarskich chłopców spod znaku MW i ONR. Choć jasne jest, że Robert Winnicki z Przemysławem Holocherem celują raczej w wybory parlamentarne, to te do PE tworzą dogodną sposobność do antyunijnych manifestacji, marszów i ofensywy w sieci.

Także kalendarz, ale też kryzysowe okoliczności sprawiają natomiast, że rok 2013 będzie czasem, w którym tylko szaleniec mógłby bardziej serio grać na przyśpieszone wybory. Wszyscy więksi - poza Platformą - gracze liczą na koniec hegemonii partii Tuska. Ale do wyborów parlamentarnych znacznie korzystniejsza będzie dla nich Platforma w stanie mniej lub bardziej przedagonalnym niż dobita. Chyba że ktoś chce przejąć pałeczkę. Z kolei Platforma będzie walczyć o swoją wiarygodność na najważniejszym dla siebie polu.

Kryzys - Stalingrad Platformy i opozycji

Tym polem będzie oczywiście gospodarka - a raczej skala, w jakiej jej choroba znajdzie odzwierciedlenie w naszych portfelach.

Rząd Donalda Tuska wchodzi natomiast w kryzys ze związanymi rękami lub wręcz w kaftanie bezpieczeństwa. Agencje ratingowe i rynki patrzą na każdy ruch Jacka Rostowskiego - bo przecież to na jego bardzo precyzyjnych deklaracjach dotyczących obniżania deficytu sektora publicznego opiera się dziś rentowność polskich obligacji. Jakiekolwiek bardziej zauważalne zluzowanie dyscypliny nie wchodzi w grę. Także dlatego, że za ewentualne szastanie pieniędzmi teraz przyszłoby zapłacić - i tak przed końcem kadencji.

Tymczasem warunki będą po prostu złe. Rzut oka na prognozy: Komisja Europejska - 0,4 proc. wzrostu PKB dla strefy euro; 1,8 proc. dla Polski. OECD: 0,2 proc. dla strefy euro; 1,6 proc. dla Polski. Tak marnie w naszym kraju wyglądało to tylko w latach 2000-2001 i w roku 2009. Wprawdzie minister finansów Jacek Rostowski jest nieco większym optymistą - bo budżet na rok 2013 oparł na prognozie wzrostu PKB w wysokości 2,2 proc. Zarazem jednak po raz kolejny podkreślił, że nie wyklucza nowelizacji ustawy budżetowej.

W polskich warunkach tak niski wzrost PKB przywołuje spadek realnej wartości wynagrodzeń i dalsze pogorszenie sytuacji na rynku pracy. Celowo omijamy tu pojęcie bezrobocie. Ono już niestety rośnie i to w szybszym, niż zakładały prognozy, tempie. 13 proc. na początku roku 2013 mamy jak w banku. O ile więcej będzie pod koniec trzeciego kwartału - bo wtedy najgorsze ma ponoć zacząć mijać - lepiej się nie licytować. To wszystko będzie Platformę sporo kosztować. Sondaże PO i rządu z września, października, listopada roku 2013 już dziś mogą być czarnym snem Donalda Tuska.

To paradoks - ale aktualna parlamentarna opozycja jest kompletnie niegotowa, by nie rzec niezdolna, do tego, by z kryzysowych problemów rządu Tuska i Platformy politycznie skorzystać. Nie tylko my ciepło pisaliśmy o wrześniowej debacie ekonomicznej zorganizowanej przez PiS. Ale przecież nie padła tam ani jedna recepta, którą można by było zastosować w kryzysie. W dodatku od września minęły już trzy miesiące - a PiS popadł na zimę w kompletny trotylowo-rocznicowy stupor, zamiast konsekwentnie budować oblicze prezesa i parapremiera jako kompetentnych fachowców od gospodarki. Bo na to przecież potrzeba by było nieco czasu...

Jeszcze gorzej jest jednak z tak zwaną lewicą. Leszek Miller i Janusz Palikot zamiast kryzysem zajmowali się ostatnio rehabilitowaniem na wyścigi generała Jaruzelskiego. Miller szczyci się do dziś liberalnymi posunięciami z czasów własnych rządów. A Palikot próbuje ponownie pozycjonować swą partię - tym razem jako reprezentację polskich drobnomieszczan. Z lewicą ma to tyle wspólnego, co moskiewska pożyczka Millera z wsparciem dla bojowników hiszpańskiej wojny domowej.

Nikt za to - ani z prawa, ani z lewa - jakoś nie wybiera się do Tychów. A tam Fiat zwalnia właśnie 1,5 tysiąca pracowników - co oznacza problemy dla ca 4-5 tysięcy dorosłych obywateli. W skali 38-milionowego kraju niby nic. Ale - by pozwolić sobie na odrobinę zdrowej demagogii - właśnie tylu wyborców wystarczyło, by wprowadzić tam do Sejmu jednego, niżej notowanego pod względem liczby głosów posła Platformy. W okręgu obejmującym zresztą także sporą część Katowic. Nie będzie zaś przesadą twierdzenie, że ten, kto odkryje, że właśnie w takich Tychach reorganizuje się mapa polskiej polityki, będzie też miał szansę na niej się utrzymać lub nawet poszerzyć swój stan posiadania.

Świat się zmienia, polska scena stoi

Tychy i inne zagrożone strukturalnym bezrobociem mikroświaty z ery jeszcze industrialnej to jednak nie koniec. Bo kryzys uderza także w wielkie miasta. Tam zmienia społeczne realia w trudniej uchwytny, ale równie trwały sposób. Przede wszystkim pod znakiem zapytania staje dziś polski sen o społeczeństwie klasy średniej. Sen, na którym przecież opiera się niemal cała aktualna konstrukcja sceny - za wyjątkiem jedynie PiS, który programowo zajmował się dotąd raczej tymi, którzy na tych aspiracjach się zawiedli.

Dziś zaczynamy w końcu rozumieć, że nie załapaliśmy się wcale na erę opiekuńczego kapitalizmu. Że skończyła się ona, zanim Polska w ogóle była w stanie sprostać jej wymaganiom.

W dobie kryzysu więc, zamiast wspinać się po schodkach prowadzących do domu z ogródkiem i garażem na dwa samochody, niemal wszyscy staramy się uciec przed spychaczem, który pcha do dołu, pod schody, ku wiecznie aspirującemu i wiecznie swych aspiracji spełnić niemogącemu prekariatowi. W ostatniej dekadzie stało się to już naturalnym losem kolejnych roczników usiłujących wejść na rynek pracy. Teraz prekariat będzie się też rozrastać "od góry" - dołączać do niego będą ci, którym kryzys przetrąci rozwiniętą już karierę.

Tak właśnie - kompletnie na opak - będzie się teraz spełniał polski sen o nowej dominującej grupie społecznej. Zamiast wymarzonego nowego mieszczaństwa (czyli klasy średniej) rośnie właśnie w Polsce nowy proletariat (czyli prekariusze).

Dotąd przecież tam, gdzie była Polska aspirująca do komfortu życia klasy średniej, tam też znajdowała się wyborcza baza Platformy, wcześniej zaś UW. I dawniej, i dziś także baza SLD. Czyli elektorat zadowolenia z teraźniejszości, promodernizacyjny, liberalny, ale w żadnym wypadku "przesadnie". Ludzie, którym naprawdę odpowiadała polityka ciepłej wody w kranie.

Teraz ta klasa się kurczy. Rozszerza się za to ta, która ma kłopoty z zapłaceniem miesięcznego rachunku nawet za zimną wodę.

Ci ludzie już teraz szukają - i będą szukać - na scenie jakiejkolwiek nowej - choćby bardzo pozornej - wiarygodności. Jakaś, zapewne niewielka, ich część może pójść za narodowcami. Kolejne parę procent może oglądać się w stronę Ruchu Palikota. Jednak zdecydowana większość pozostaje trwale "niezagospodarowana". Trudno powiedzieć, co musiałoby się stać, żeby wyborcy ci odegrali rolę dotychczasowych "niezdecydowanych" i według tradycyjnej polskiej logiki mniejszego zła głosowali czy na Tuska, czy na Kaczyńskiego, czy Millera. Raczej nie sposób sobie tego wyobrazić. Już prędzej można by obstawiać pojawienie się czegoś zupełnie nowego na scenie.

Dziś natomiast jedyną większą organizacją w przestrzeni publicznej, która podejmuje tematy istotne dla prekariatu, jest historyczny i kulturowy zabytek ery industrialnej - czyli Solidarność. Wprawdzie zatrudniony na umowę śmieciową pracownik nie bardzo może dziś nawet korzystać ze wsparcia związku zawodowego, jednak ma pełne prawo chcieć ten stan rzeczy zmienić. To może być kolejny argument dla Piotra Dudy, że jednak warto pomyśleć o powrocie "S" do polityki. Warto zaś zauważyć, że jak dotąd przewodniczący związku bynajmniej tego nie wykluczał.

***

Przygnębia myśl, że głęboka zmiana, jaka w roku 2013 czeka tę scenę, będzie się odbywała w rytmie kryzysowych ludzkich dramatów. Nie martwi natomiast to, że polska polityka będzie musiała w tym roku odbyć przyśpieszony kurs świadomości społecznej. Najbardziej palące pytanie do klasy politycznej na rok 2013 brzmi przecież: z czym do ludzi?

Witold Głowacki

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Janusz emeryt z Tarnowa
do JO. Jak jestes po ekonomii, to napisz twoje zdanie, na temat podwyzki procentowej dla emerytow w roku 2013-tym, czy jestes za czy przeciw, czy jest to dobre, sprawiedliwe.Napisz bez filozofania.
J
Janusz emeryt z Tarnowa
do polo. No i co z tego chlopie, jak Tusk z PO od 5 lat wygrywa wybory, i nastepne tez wygra, a niski Jaroslaw nowu sie obrazi bedzie płakal, chyba razem z Toba. Witold niech zajmie się soba swoja rodzina, swoimi klawiszami, niech skomponuje cos dla niskiego Jarosława. Witold, i Ty nie martwcie sie o Tuska, bo on sobie poradzi bez wszej pomocy.Witold niech sie pochwali swoim tekstem, zobaczymy, co powie krytyk muzyczny, kompozytorzy.Piszesz co zrobic, mam rozwiazanie ; zciągnąc ubranie i popilnować;.
p
polo
"69% Polaków krytycznie ocenia pracę rządu oraz politykę samego premiera Donalda Tuska – są to wyniki badań przeprowadzonych w tym miesiącu przez TNS Polska" - pisze Nasz Dziennik.
Co zrobić w takiej sytuacji?
Witold Głowacki znalazł rozwiązanie. Zatroskany o dalsze losy Donalda, pochylił się nad klawiszami
i wysmarował na cztery strony tekst niczym wytrawny wróżbita.
K
KrzyKacz
Rzadko tu zaglądam, bo przeważnie wieje nudą. Jednak ten artykuł jest ciekawy, zarówno językowo, jak i merytorycznie. To jest całkiem udana analiza sytuacji politycznej z wyraźnie postawioną tezą. Pewnie Ci, którzy mają swoich faworytów politycznych się zdenerwowali, ale reszta powinna być zadowolona.
h
hahaha
przykoscielnej szkolki jezyka polskiego w Chicago nie jest najlepszym sposobem na zostanie gwiazda dziennikarstwa;
z
zenujace pismactwo
nie baw sie pan w makaronizmy bo to było modne kilka wiekow temu.
a
ala
Potezny wysilek intelektualny Pan nam zafudowal. Nawet stupor wygrzebal w wikipedii. I co?? I nic!! Moze lepiej jednak politykowac na twitterze jak Sikorski i inni. Zawsze to przyjemniej a dla niewybrednych czytelnikow brzmi calkiem wiarygodnie. No chyba ze Times to agencja Twittera
K
Krytyk
Dowód;
"Ale polityczne deadline'y zaledwie organizują kalendarz, ...."
- jaki to język?
Dziennikarzom radzę nauczyć się jednego i w nim pisać swoje teksty.
Życzenia Noworoczne: Obyście w Roku 2013 czegoś się nauczyli!
J
JO
a ekonomii tak malo,ze az sie nie chce czytac bo nudzi.
Dodaj ogłoszenie