Komorowski przegrał z Tuskiem. Teraz liczy się każdy metr kwadratowy pod żyrandolem

Redakcja
Bronisław Komorowski niemal od ogłoszenia wyników wyborów toczy z Donaldem Tuskiem grę o prestiż i znaczenie. Był przygotowany na rolę arbitra trudnej koalicji, pozostaje mu zaś funkcja raczej formalna i fasadowa - pisze Witold Głowacki.

Właściwie wszystko jest jasne. Wiemy, kto będzie rządził Polską i w jakim składzie. Ale od momentu ogłoszenia wyników wyborów między Bronisławem Komorowskim a Donaldem Tuskiem trwa specyficzna dyskretna rywalizacja. To właśnie między Belwederem a kancelarią premiera toczy się w tej chwili najciekawsza polityczna rozgrywka.

Czytaj także: Tusk i Pawlak wezwani przez prezydenta. O co pytał Komorowski?

Premier, który właśnie dostał od wyborców mandat do rządzenia na drugą kadencję, i prezydent, który dwa dni temu pobił kolejny rekord w sondażach zaufania społecznego, zbliżając się na odległość kilku procent do rekordów ustanowionych przez Aleksandra Kwaśniewskiego, prowadzą grę, która ma wyznaczyć reguły obowiązujące między nimi przez najbliższe cztery lata. W tej grze to Komorowski jest na trudniejszej pozycji. To on musi zrewidować swoje plany. Nie będzie odgrywał roli arbitra wobec trudnej koalicji trzech czy nawet czterech partii, co mogło wydawać się prawdopodobne jeszcze dwa tygodnie przed wyborami. Nie będzie mógł poganiać nowego rządu do reform, korzystając ze wsparcia marszałka Sejmu. Nie będzie też potrzebny, by gasić koalicyjne spory. W dodatku - co najgorsze - za oddanie każdego metra kwadratowego na czerwonym dywanie czy - jak kto woli - pod żyrandolem, może liczyć jedynie na uprzejmość Donalda Tuska.

Wynik wyborów parlamentarnych oznaczał zachowanie status quo w najważniejszych instytucjach państwa. Rządzić będzie ta sama koalicja, większość w Sejmie znów należy do Platformy i PSL. Wyborcy jednak zmienili dość zauważalnie dotychczasowy układ sił na polskiej scenie politycznej. Nie chodzi tylko o wejście do Sejmu partii Janusza Palikota i pogrom SLD. Ani nawet o to, że Jarosław Kaczyński i jego partia, mówiący wiele o sondażowym niedoszacowaniu PiS i ogromnym potencjale nowego elektoratu, usłyszeli "sprawdzam".

Czytaj także: Komu ufają Polacy? Sondaż CBOS: Komorowski w czołówce rankingu, Kaczyński w ogonie

Bo zmieniła się także sytuacja w samej partii rządzącej. Tak bardzo, że zaskoczeni tym byli nie tylko Grzegorz Schetyna i Cezary Grabarczyk. Po 9 października także prezydent Bronisław Komorowski obudził się w nowej, gruntownie przebudowanej rzeczywistości.

Donald Tusk, jak się okazało, tak naprawdę nie potrzebował wiele, by skupić w swych rękach całą władzę w Platformie. Partii wcześniej dość mocno szarpanej przez frakcyjne wojny między stronnictwami Cezarego Grabarczyka, Grzegorza Schetyny i samego premiera. Do sięgnięcia po wszystko wystarczył Tuskowi wyborczy sukces partii - w obliczu wcześniejszych kasandrycznych nastrojów wśród wewnętrznej opozycji w PO będący dla niektórych polityków tej partii zwycięstwem mocno niespodziewanym.

Czytaj także: Żelichowski: Koalicja będzie od zapewnienia Polakom chleba, Palikot zapewni igrzyska

Pierwszy w historii wolnej Polski premier biorący władzę na drugą kadencję nawet bez zmian w koalicji ma jednak wyjątkowo mocną legitymację do rządzenia. I krajem, i partią.

Dlatego Tusk nie musiał czekać na Bronisława Komorowskiego, by ten oficjalnie ogłosił, że to jemu powierzy misję tworzenia rządu. Wynik wyborów powiedział to za prezydenta. Sojusz PO i PSL wziął większość, w dodatku z minimalnie wyższą liczbą mandatów niż w poprzedniej kadencji. Dlatego Tusk, właściwie jeszcze w trakcie wyborczego wieczoru, założył sobie na głowę koronę sam, pozbawiając Komorowskiego tej satysfakcji na miarę koronujących dawnych władców polskich prymasów.
Rzecz jasna skonfudowany lekko Komorowski zakłopotania początkowo nie okazał swej konsternacji, lecz i tak ogłosił oficjalnie, kogo widzi na czele rządu. Jednak na tle jego wcześniejszych deklaracji ("To prezydent wskazuje premiera") i ich interesujących często interpretacji zabrzmiało to bardzo blado. Bo premier przecież wskazał się sam. Chwilę później zaczęła się więc już całkiem na serio gra o miejsce pod żyrandolem.

Czytaj także: Tusk i Pawlak wezwani przez prezydenta. O co pytał Komorowski?

Czas był na ruch ze strony prezydenta. Nastąpił on bardzo szybko. W dość pompatycznym stylu, w bardzo oficjalnej atmosferze, do Belwederu - w kolejności podyktowanej wyborczymi wynikami - zjeżdżali liderzy kolejnych partii na "konsultacje koalicyjne" szybko przemianowane na "konsultacje polityczne". Ta znacząca pojęciowa zmiana wyraźnie wskazuje, że początkowo prezydent chciał ustawić się w roli rozgrywającego koalicyjnych układów. I chyba dopiero zderzenie z rzeczywistością skłoniło jego otoczenie do przesunięcia akcentów.

Dzięki tym belwederskim wizytom usłyszeliśmy między innymi, że Janusz Palikot nie zamierza czynić swej partii opozycją totalną i że prezydent usłyszał kilka ciekawych propozycji reform. Jednak nawet dla niewprawnego obserwatora musiało być jasne, że rzeczywiste konsultacje i negocjacje koalicyjne toczą się w zupełnie innym gronie - ściśle mówiąc między Tuskiem a Pawlakiem.

Czytaj także: Komu ufają Polacy? Sondaż CBOS: Komorowski w czołówce rankingu, Kaczyński w ogonie

Jednocześnie Donald Tusk - znów bez udziału Komorowskiego i ponoć zirytowany jego zaproszeniem na konsultacje - ogłasza, że chciałby pozostawić rząd w niezmienionym składzie aż do końca prezydencji Polski w Unii Europejskiej, czyli do 31 grudnia tego roku. Dopiero w styczniu miałoby nastąpić nowe otwarcie i zarazem gruntowna rekonstrukcja starego-nowego gabinetu.

Choć sama argumentacja Tuska brzmiała przekonująco, zgrzyt był oczywisty. Bo wynikająca z konstytucji procedura i jej kalendarz bardzo jasno określają kolejne etapy powoływania rządu. Prezydent zaś odgrywa w nich dość istotną, choć w obliczu jednolitej parlamentarnej większości i tak formalną rolę. Tymczasem żadnych ustaleń na ten temat, zdaje się, z Komorowskim nie było. A więc afront.

Czytaj także: Żelichowski: Koalicja będzie od zapewnienia Polakom chleba, Palikot zapewni igrzyska

Chwilę później Tusk odwiedza prezydenta w ramach konsultacji i zbiera się zarząd Platformy. W pierwszych deklaracjach Donald Tusk zaczyna się wycofywać ze swojego pomysłu zostawiania niezmienionego rządu do końca prezydencji. Zarazem poinformowani o tym, zdaje się, przez otoczenie Komorowskiego dziennikarze informują, że to prezydent stworzył nową koncepcję powołania rządu.

A zatem punkt dla Komorowskiego, bo przynajmniej z czysto wizerunkowego punktu widzenia udało mu się odzyskać coś w rodzaju kontroli nad procedurą tworzenia gabinetu. Zarazem pierwsza propozycja Tuska jest powszechnie krytykowana - komentatorzy wskazują na kłopotliwość sytuacji wygłaszania exposé dla rządu powoływanego tylko na kilka tygodni, zarzucają też premierowi łamanie politycznego obyczaju. Być może także to sprawia, że Tusk zdaje się oddawać w tym momencie Komorowskiemu co prezydenckie i przychylać do jego propozycji. Później zresztą na konferencji prasowej premier bardzo wyraźnie podkreślał, że to właśnie Komorowskiemu zawdzięcza to nowe rozwiązanie i nie szczędził prezydentowi wyrazów szacunku.
W tym samym czasie Donald Tusk bierze się jednak także do generalnych porządków we własnej partii. Najmocniejsze uderzenie trafia Grzegorza Schetynę. Tusk - znów nie konsultując tego z nikim, a już z pewnością nie z Komorowskim - ogłasza, że nowym marszałkiem Sejmu zostanie Ewa Kopacz. Schetyna ma zaś otrzymać - do dziś nieskonkretyzowaną - "propozycję rządową". Cios zadany partyjnemu konkurentowi jest zarazem ponurą wiadomością dla Komorowskiego. To on przecież ponad rok temu - bez żadnego porozumienia z Tuskiem i niemal na pewno wbrew jego intencjom - namaścił w iście dynastycznym stylu Grzegorza Schetynę na swego następcę w Sejmie po wygranych wyborach prezydenckich. Od tego czasu datował się nieformalny sojusz między Komorowskim a Schetyną widoczny za każdym razem, gdy w Platformie rozpoczynała się dyskusja o potrzebie reform - niechętnie widzianych przez Tuska, a wciąż przywoływanych przez Schetynę i jego frakcję.

Czytaj także: Tusk i Pawlak wezwani przez prezydenta. O co pytał Komorowski?

Po tym jak Komorowski awansował Schetynę, "Donald był wściekły" - mówili politycy Platformy. Tym razem wściekły - prócz Schetyny - mógł być tylko Komorowski.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
polo

publicznie rzecznik klubu RP Andrzej Rozenek, który powiedział:
"SADZIĆ, PALIĆ, ZALEGALIZOWAĆ - to hasło jest nadal na naszych ustach".

Oprócz pijaków i pijaństwa, będziemy mieli więcej ćpunów i zalegalizowany
handel narkotykami.

p
polo

ale tak jesteś wytresowany i to ciebie częściowo usprawiedliwia.
Natomiast zwykłej głupoty, nic usprawiedliwić nie może.

p
polo

celu zniszczenia rządu Jarosława Kaczyńskiego (podobnie jak "taśmy Renaty Beger").
Andrzej Lepper nie żyje, pozostali "bohaterowie" Kaczmarek, Netzl, Krauze mają się całkiem dobrze pod rządami PO.

c
cezar

Po wyborach zgasły światła na otwartym na użytek mediów stadionie narodowym (którego termin oddania do użytku tymczasem znowu, po cichutku, opóźniono o kolejne trzy miesiące), za to niektórym wspierającym w wyborach Tuska autorytetom nagle znowu włączyły się mózgi. O Aleksandrze Smolarze wspominałem tydzień temu. Podobnej iluminacji doznał Dariusz Rosati, który „ostrzegł, że wysokie zadłużenie państwa prowadzi zwykle do niskiego wzrostu gospodarczego” i „zwrócił uwagę, że wysokiemu długowi publicznemu względem PKB towarzyszą zwykle wysokie stopy procentowe”. To na konferencji, na której zebrani ekonomiści „ostrzegali przed negatywnymi konsekwencjami wysokiego długu”. Czcigodni profesorowie zauważyli, że z takim długiem nie idzie się rozwijać, bo środki publiczne trzeba zamiast na inwestycje przeznaczać na jego obsługę.

c
cezar

Po wyborach zgasły światła na otwartym na użytek mediów stadionie narodowym (którego termin oddania do użytku tymczasem znowu, po cichutku, opóźniono o kolejne trzy miesiące), za to niektórym wspierającym w wyborach Tuska autorytetom nagle znowu włączyły się mózgi. O Aleksandrze Smolarze wspominałem tydzień temu. Podobnej iluminacji doznał Dariusz Rosati, który „ostrzegł, że wysokie zadłużenie państwa prowadzi zwykle do niskiego wzrostu gospodarczego” i „zwrócił uwagę, że wysokiemu długowi publicznemu względem PKB towarzyszą zwykle wysokie stopy procentowe”. To na konferencji, na której zebrani ekonomiści „ostrzegali przed negatywnymi konsekwencjami wysokiego długu”. Czcigodni profesorowie zauważyli, że z takim długiem nie idzie się rozwijać, bo środki publiczne trzeba zamiast na inwestycje przeznaczać na jego obsługę.

f
fujarka

to wyciął w pień wszystkich kierujących urzędami państwowymi do szczebla gminnego i obsadził swoimi. Takiej czystki w ostatnim dwudziestoleciu nie przeprowadził nikt ani wcześniej ani później. Na szczęście tego numeru już nigdy nie powtórzą, bo nigdy do władzy nie dojdą. Większość postawiła przed nimi szlaban.

...

... decydowac o obsadzie stanowisk w rzadzie, za ktory odpowiada i w Sejmie w ktorym, wraz z koalicjantem ma wiekszosc.

Walki barbarzyncow, to mialy miejsce w koalicji: PiS - Samoobrona - LPR.
Do dzis toczy sie proces w sprawie ( rzadowego oszustwa ) afery gruntowej, czyli swini podlozonej przez Kaczora Lepperowi. Niedawno w rzeszowskiej prokuraturze byl przesluchiwany b. minister Ziobro

p
polo

Takie walki mają miejsce wówczas, gdy władzę przejmują ludzi o wątpliwych zasadach moralnych,
dla których jedynym celem jest władza i łupy.
W takiej sytuacji często dochodzi do bratobójczych walk.

b
belfer

Byle tylko namieszac.

Dodaj ogłoszenie