Kolski: Najpierw troszczę się o innych, potem znowu o innych... Choć wiem, że to wyznanie aroganta

Rozmawiała: Karolina Kowalska
Jan Jakub Kolski: Uczę się przede wszystkim bycia dla siebie wyrozumiałym
Jan Jakub Kolski: Uczę się przede wszystkim bycia dla siebie wyrozumiałym BARTEK SYTA / POLSKAPRESSE
O swojej najnowszej książce "Dwanaście słów" oraz filmach "Zabić bobra" i "Serce, serduszko i wyprawa na koniec świata" mówi Jan Jakub Kolski, reżyser i scenarzysta

Zacznijmy od sprawy zadziwiającej. Jak to jest, że jeden z największych polskich reżyserów, uznawany za twórcę własnego gatunku filmowego, laureat prestiżowych nagród nie dostaje pieniędzy na film?
Rzeczywiście, to, co się zdarzyło przy "Zabić bobra", jest dość zadziwiające, bo to film, który zebrał świetne recenzje w najważniejszych pismach branżowych na świecie, nagrody w Karlowych Warach i na festiwalu Camerimage, a w Polsce go nie chciano. Teraz - po tym, jak został doceniony za granicą - to się na szczęście zmieniło i wejdzie na ekrany polskich kin 7 marca. Jeszcze co prawda nie wiem, jaka będzie taktyka dystrybutora, ale postaram się, żeby film trafił do jak największej ilości kin.

Początki jednak były trudne.
Tak jak w dobrze napisanym scenariuszu, powstawanie tego filmu pełne było zwrotów akcji i narastającego napięcia. Trudno było mówić w ogóle o jakimkolwiek budżecie. Skrzyknąłem przyjaciół, cały film zrobiłem aparatem cyfrowym - choć to był również wybór estetyczny, chodziło o bardzo małą głębię ostrości. Pracowaliśmy w sposób i w warunkach, które znam z planów moich studentów.

I nie ubodło?
Nie ubodło, bo ja w ogóle nie myślę kategoriami wygody i pożytku planowanego dla filmu. Ważne jest teraz - z jego emocją, z napięciem twórczym, z temperaturą ludzką. Ważne jest spotkanie i obraz nas samych w chwili tak niewygodnej i wymagającej. Starałem się odrzucić frustrację, choć to było trudne dla kogoś z moim dorobkiem i dość pokaźnym ego. Ale gdybym doszedł do wniosku, że należy mi się co innego niż to, co mi się przydarza, należą mi się inne przeżycia niż te, które są moim udziałem i udziałem moich filmów, to byłby już tylko krok do zajęcia się głównie sobą, do narzekania, do porównywania się z innymi, zazdrości i na koniec do… cynizmu. A cyniczny twórca to już artysta ślepnący. Bo traci uważność, zdolność widzenia. Patrzy, robi mądre miny, ale… nie widzi. Dlatego nie odpowiem pani na pytanie: dlaczego akurat mnie to spotkało? Bo ja ze wszystkich sił próbuję obronić swój organizm przed patrzeniem z takiej perspektywy.

Z perspektywy wybitnego reżysera?
Teraz bardzo łatwo jest być wybitnym. Wystarczy zrobić cokolwiek - najlepiej głośnego i jaskrawego - i nim się człowiek spostrzeże, już jest ogólnopolskim mistrzem czegoś, osobą wybitną i pożądaną.

A może pieniędzy nie było, bo nagle zmienił Pan kurs i uroczą Gienię z "Jasminum" zamienił Pan na mrocznego Eryka?
To nie była wyspekulowana zmiana kursu. Moje filmy są świadectwem istnienia obywatela J.J. Kolskiego. Film autorski, film osobisty to jest przede wszystkim opowieść o twórcy. Jeśli z tej perspektywy spojrzeć na "Zabić bobra", to on musiał wzbudzić konfuzję. Bo pokazał, że jestem posiadaczem czerni. A ja dotychczas "obsługiwałem" swoje filmy głównie światłem. Robiłem świetliste, jasne, piękne filmy. Aż suma rozmaitych opresji przywołała we mnie czerń, smołę ludzką, przedpiekle. Co miałem robić pani zdaniem? Udawać, że dalej operuję w świetle? No, nie. Trzeba było z tą czernią się zmierzyć i wydobyć z niej jakąś emanację, jakiś film. No i drugą książkę - "Dwanaście słów", po "Egzaminie z oddychania". One operują bardziej w czerni niż w świetle. Ale! Już pani powiem, zanim pani mnie zapyta, już znowu wyrywam się do światła.

Kolejnym filmem?
Tak, to mój najnowszy film pod tytułem "Serce, serduszko i wyprawa na koniec świata". Jak recenzują pierwsi widzowie takiej surowej wersji - bo jestem jeszcze na etapie montażu - ten film wzrusza i bawi jednocześnie. Czyli znowu będzie miło.

Czyli zobaczymy na ekranie dwie strony Kolskiego?
Tak to się teraz ułożyło przez spóźnioną premierę "Zabić bobra", że pokaże się krótko przed "Serduszkiem" i będzie z nim mocno kontrastował. I te dwa filmy postawione obok siebie opowiedzą o figurze niemożliwej, o człowieku noszącym w sobie piekło i niebo jednocześnie, co jest zresztą najwłaściwsze dla kondycji człowieka. Ale to się zauważa dopiero pod pięćdziesiątkę, przy okazji kolejnych pogrzebów.

Kto jeszcze to w sobie ma?
Taką podwójność? Z osób, z którymi pracowałem przy ostatnim filmie, chyba Julka Kijowska.

No tak. Gorące nazwisko.
Z Julią poznaliśmy się przy zdjęciach próbnych do "Wojny polsko-ruskiej", adaptacji powieści Doroty Masłowskiej, którą miałem robić. Chciałam nakręcić musical, czym przestraszyłem producenta i zresztą autorkę chyba też. Efekt był taki, że do produkcji nie doszło, czego bardzo żałuję. Potem zaprosiłem Julię do "Wenecji", tam zagrała fajną rolę... Swoją drogą to zabawnie brzmi: "zaprosiłem ją do Wenecji"... (śmiech)

Kijowska to duże odkrycie polskiego kina.
To, co powiem teraz, zabrzmi strasznie arogancko, ale to ja pierwszy odkrywam aktorów. Inni sięgają po nich później. Tak jak jako pierwszy zrobiłem film o polskim antysemityzmie, w 1990 r. Kiedy odwaga jeszcze trochę kosztowała. Teraz jest obrzydliwie tania i jak słyszę, że kino "odważnie sięgnęło" po temat polskiego antysemityzmu, to się pukam w głowę. O jakiej odwadze tu mowa? A "Pogrzeb kartofla"?

Ale wracając do Julii Kijowskiej...
Julia daje ogromną przyjemność pracy, bo daje przyjemność odkrywania. Często rola porywa ją w takie rejony, o których ja bym nawet nie pomyślał, że… są. I tak było właśnie przy "Serce...". Ona mnie zmusiła do wyprawy, do której musiałem przygotowywać się na bieżąco, być w ciągłej gotowości i napięciu.

Zaskoczyć tak doświadczonego reżysera w pracy z najlepszymi aktorami chyba nie jest łatwo.
Nie jest, ale Julia zrobiła coś niesamowitego. Ładny, gotowy i prawie kompletny plan na postać złamała wewnętrznymi podróżami swojej bohaterki: po rozmaitych traumach, przeszłościach, fascynacjach. Szła zadziwiającymi tropami, ja jej proponowałem skojarzenia z Lisbeth Salander z filmu "Dziewczyna z tatuażem", a ona mi proponowała Vali Myers, Patti Smiths, na jakimś etapie nawet Madonnę. No i zmieszała te obrazy, te opresyjne byty, a potem zdyscyplinowała je w p

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

L
Lola
Cos masz w oczach takiego co przeczy stwierdzeniu w tytule.Obrzydliwy chlod i bezwzglednosc. Potwierdzeniem jest fakt jak potraktowales swoja pierwsza zone i dziecko.
Dodaj ogłoszenie