Kolarstwo. Początek Tour de France jak koszmar. W kraksach leżał prawie cały peleton

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
ANNE-CHRISTINE POUJOULAT/AFP/East News
Takiego początku Tour de France chyba nikt się nie spodziewał. Owszem, pierwsze etapy Wielkiej Pętli bywają nerwowe i pełne kraks, ale to, co się wydarzyło w sobotę to było istne pandemonium - nie mylić z pandemią, która też może przecież pokrzyżować plany organizatorów, teamów i kolarzy.

Jeszcze przed rozpoczęciem Wielkiej Pętli - wobec tego, co działo się na poprzednich wyścigach bezpieczeństwo zawodników było głównym tematem rozmów. Michał Kwiatkowski (INEOS Grenadier), jedyny Polak na trasie Tour de France, podczas krótkiego spotkania online z polskimi dziennikarzami mówił: - To zawsze była część naszego sportu i wszyscy wiedzą dokładnie, jak wygląda pierwszy tydzień Tour de France, gdzie jest nerwowo, jest wiele kraks, wielu kolarzy jest eliminowanych przez kontuzje i kraksy. Tam, gdzie jest duży peleton, a na Tour de France jest 176 kolarzy, nie uda się tak dużej grupie zmieścić w jeden zakręt. Kraksy są nieuniknione i mam nadzieję, że każdy sięgnie po rozum do głowy i będzie myślał, żeby przede wszystkim dojechać do Paryża, a nie skończyć wyścig poprzez zaplątanie się w jakąś niepotrzebną akcję”.

Tyle, że tym razem kolarze nie mieli żadnego wpływu na to, co się działo na trasie. Po kliku miesiącach suszy w Nicei rozpadał się deszcz. Woda zmywała wszystko, co przez ten czas zgromadziło się na szosie, kałuże wręcz się pieniły od nieczystości. To wywołało już po etapie pogłoski, jakoby jeden z samochodów karawany reklamowej wylewał na jezdnię jakiś rodzaj detergentu, mówiło się też o zwykłym mydle, które miało powodować wielki poślizgi.

„Siabada, siabada, ty i ja, mydełko Fa” - skomentował te doniesienia żartobliwie na Twitterze Michał Kwiatkowski już po etapie. W sumie Polak miał powody do zadowolenia: liderzy jego ekipy, czyli Richard Carapaz i Egan Bernal szczęśliwie nie zostali poszkodowani w kraksach. Ucierpiał przede wszystkim Pavel Sivakv, który wywracał się kilka razy. Młody Rosjanin ma być wielką pomocą dla Bernala i Carapaza w górach, na razie jednak musi leczyć rany.

Podobnie wielu, wielu innych. Zjazdy wokół Nicei w potokach deszczu były tak ryzykowne, że w pewnym momencie na czoło peletonu wyjechał Tony Martin (Jumbo-Visma) i podniesionymi do góry rękoma sygnalizował pozostałym widomy znak: „panowie, nie ścigamy się”. Doświadczonego Niemca posłuchali prawie wszyscy. Oprócz - tradydcyjnie już ekipy Astana - która jest znana z tego, że jej kolarze nie zawsze przestrzegają niepisanego kodeksu honorowego. Tak było i tym razem. Gdy zawodnicy innych teamów zdecydowali o „neutralizacji” zjazdu, kliku zawodników Astany ostro ruszyło w dół. Skończyło się po kilkuset metrach, gdy Miguel Ángel López nie wyrobił się na zakręcie, wleciał na pobocze i uderzył się głową w znak drogowy. Tak skończyło się rumakowanie „Supermana” Lópeza, bo taki właśnie przydomek ma Kolumbijczyk. - Wyszli na zupełnych głupców, ale poza tym chapeau bas dla całego peletonu - nie przebierał w słowach Luke Rowe z teamu Ineos Grendiers.

Warunki były tak złe, że nawet ostrożna jazda nie pomagała: wielu zawodników leciało na asfalt. Dlatego też organizatorzy podjęli decyzję, że czas zostanie wyłączony trzy kilometry przed metą. To miało sprawić, że teamy zainteresowane klasyfikacją generalną nie będą się pchać do przodu, zostawiając walkę o zwycięstwo etapowe sprinterom.

Tak się stało, ale kraksa i tak była. Leżał w niej jeden z faworytów wyścigu Thibaut Pinot, znany z notorycznego pecha na wielkich tourach. Francuz miotał groźne spojrzenia dookoła, ale - szczęśliwie dla niego - ma zaliczony czas zwycięzcy, czyli Aleksandra Kristoffa (UAE Team Emirates). Doświadczony Norweg okazał się naszybszym sprinterem podczas tego szalonego etapu i to on wjechał na start niedzielnego etapu w żółtej koszulce lidera.

Tym niemniej deszczowy pierwszy etap wywołał znów dyskusję o bezpieczeństwie kolarzy podczas wyścigów oraz pytania, czy to sami kolarze powinni decydować o „neutralizacji” ścigania. Jeszcze przed startem wyścigu głos w tej sprawie zabrał Michał Kwiatkowski, pytany o możliwe protesty zawodników. - Protest będzie rozwiązaniem ostatecznym. Zawsze jest miejsce na dialog drużyn z organizatorami, z UCI (Międzynarodowa Unia Kolarska), aby niebezpieczne odcinki trasy odpowiednio zabezpieczyć. Natomiast w przypadku braku dialogu protest jak najbardziej jest wyjściem, chociażby tak, jak miało to miejsce w Dauphiné. Trasa Tour de France jest zazwyczaj dobrze zabezpieczona i myślę, że organizatorzy zrobią wszystko, abyśmy czuli się bezpiecznie - mówił Kwiatkowski.

Problem - przynajmniej na razie - sam się rozwiązał. W niedzielę nad Niceą od rana świeciło słońce i wszyscy zapomnieli o deszczowym koszmarze. Kraksy owszem były, ale - jak można by to określić - standardowe. I choć etapo był dość spokojny, to sama końcówka była niezwykle emocjonująca. Płaska końcówka nie padła łupem sprinterów, bo ci pożegnali się z peletonem na dwóch poważnych podjazdach. W końcówce zaatakował Julian Alaphilippe (Deceuninck - Quick Step), doskoczyli do niego Marc Hirschi (Team Sunweb) i Adam Yates (Mitchelton-Scott).

Francuz był najszybszy i na mecie pokazywał gestem niebo. Potem ze łzami w oczach zadedykował zwycięstwo swojemu zmarłemu niedawno ojcu.

Klasyfikacja generalna:

1. Julian Alaphilippe (Deceuninck-Quick Step)
2. Marc Hirschi (Sunweb)
3. Adam Yates (Mitchelton-Scott)

Jest już zastępca Vukovicia

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie