Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje

Paweł Zarzeczny
Pułkownik Taki a Taki, Centralne Biuro Śledcze!" - taki telefon odebrałem wczoraj, no i przez chwilę zadumałem się, co nabroiłem tym razem... No, nic groźnego chyba, przemknęło przez głowę, bo CBŚ, jak już dzwoni, to raczej domofonem. Albo radzi sobie i bez niego, wchodząc razem z drzwiami i futryną (potem się tylko okazuje, że to nie te drzwi i nie temu gościowi połamano gnaty, ale służby nasze na dorobku, trzeba wybaczyć). I co się okazało? Ano, dostałem zaproszenie na Święto Policji, jako jej... przyjaciel.

Miło się zrobiło, niedawno jeszcze byłem ścigany, i to całkiem serio, a moja teczka grubsza była niż akta niejednej sprawy o zabójstwo. Znaczy się - odpuścili, no, to i ja im odpuszczam. Zwłaszcza że nasze relacje ze stróżami prawa potwornie są skomplikowane - kiedy nas ścigają, nienawidzimy ich, jeszcze bardziej, gdy karzą, by za chwilę błagać o pomoc, gdy tylko poczujemy najdrobniejsze zagrożenie. Ja w każdym razie czuję się już w miarę bezpieczny. A jak jeszcze zobaczyłem te nowe helikoptery z kamerami, które w nocy, z dziesięciu kilometrów przeczytają tekst w naszej gazecie (specjalnie dla was napiszę zatem: Pozdrawiam Policję i całą Psiarnię) - budzi to mój szczery podziw. Psiarnia - bo przecież ich pieski też nas bronią, mnie - przez dziesięć lat Max, owczarek niemiecki, policyjny wychowanek z Sułkowic. Przyjechali z nim kiedyś policjanci łapać złodzieja, który obrobił mi chatę, no i zamiast go złapać (ani im to było w głowie), to sprzedali mi za dwójkę psa - pełny Hašek.

A propos helikopterów nafaszerowanych techniką, wielka szkoda, że to sprzęt zagraniczny (zawsze powtarzam, żeby zaorać nasze politechniki, póki czas, zamiast działek), no i że chłopcy w mundurach już niebawem, zamiast podglądać bandytów, wprowadzą do kamer współrzędne topowych modelek (i będzie jak w niezłym dowcipie wakacyjnym - siedzi facet w Grand Hotelu na tarasie, ogląda plażę w Sopocie przez lornetkę, no i komentuje: "Tę miałem, tę miałem, tę też miałem… Ooo! - i nagle zaczyna się onanizować - a tej jeszcze nie miałem!). Uprzedzając wasze zaciekawienie - modelki są jednakowo słabe i zwykle zasługują na taki tytuł jak Rasiak, czyli Quoda Quoda. Kiedyś był na moich urodzinach przyjaciel z piękną żoną, lekko się podchmieliła i pewien kawaler dawaj się do niej dosiadać. Na co mąż, z absolutnym spokojem i bezpośrednio: "Zostaw ją. Ona się słabo pierdoli". No i po balu, panno Lalu! Spłynął…

Przyjechali kiedyś policjanci łapać złodzieja, który obrobił mi chatę, no i zamiast go złapać, to sprzedali mi swojego psa - pełny Hašek

Przynudzam jak zwykle? Niby tak, ale… Ale bez tych śmiesznych ruchów frykcyjnych życia nie ma (dosłownie), także tego politycznego pieprzenia, gdy wszystko przecież zaczyna się tak niewinnie, zaraz po wygramoleniu się z wózka i pieluch. Zwykle latem. To taki niewinny okres beztroski, kiedy ludzie dobierają się w pary i ani im w głowie seks. Powinniście to pamiętać, marzy się wówczas, w wieku szczenięcym, tylko o słodkich buziakach, jednak nie od mamusi już, o nie. I wypatruje… gałązek akacji, by sobie powróżyć, odrywając kolejne listki: "Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje, w myśli, w sercu, na ślubnym kobiercu… Kocha, lubi…". Nie wiem, jak wy, ale ja zawsze chciałem, żeby wypadło na "kocha", a nie "na ślubnym kobiercu" - bo ja zawsze chciałem jedynie trochę całusów uszczknąć, a suknie i welony to były raczej marzenia dziewcząt. Aha, a jak wypadało "nie chce" - no to… zrywałem kolejną gałązkę, do skutku, aż pokochała - nawet o tym nie wiedząc.
Ale cóż to była za radość! Całkiem inna niż potem seks, to przejście od pierwszych uniesień, zawsze, obcierek i ostatnich potów z ciał rozgrzanych, aż po małżeńskie bądź narzeczeńskie smutne kiwanie, które fachowcy zwą nawet - jako owoc, który winien być zakazany po nadużyciu - kazirodztwem… Bo to jak brat z siostrą… Z moich obserwacji wynika zresztą, że kochać potrafią się dwie na tysiąc dziewcząt, podobne proporcje są jeśli chodzi o struganie ołówka, a o rozmowę - no to jest chyba jeszcze gorzej. Podobnie z wyglądem - pewnie dlatego naszym miłościom towarzyszą zwykle cisza i ciemności. A kiedy wstaje świt - ja zawsze tak miałem - pierwsza myśl po otwarciu oczu to zazwyczaj próba ucieczki (najlepiej wykorzystać ten czas, kiedy ona w łazience, też w ucieczce przed porażającą rzeczywistością). I niczego ten seks nam właściwie nie daje, żadnej wiedzy - tylko dyrdymałki, że na przykład Żydówki jednak wcale nie mają w poprzek… Na szczęście, seks nawet niezdarny i nieporadny daje dzieci, tego lata liczba nieplanowanych ciąż pod namiotami i na kempingach znów zaskoczy dziesiątki tysięcy nieświadomych rodziców i przyszłych dziadków. Bo jest w narodzie przyzwolenie na in vitro, ale wciąż nie ma na in gommo…

Te wróżby z listków akacji zaraz przećwiczę na spacerze, bo znów pojawiło się na horyzoncie kilka kandydatek do czegoś tam niekonkretnego, lecz miłego. I chociaż mówię, że jestem do niczego - nie dowierzają, pewnie słusznie. Tak więc łowią mnie w sieci, przedziwnie, bo oto rybki łowią rybaka. Jedna - gruby rekin (tranu ma jak lodu), jedna flądra przemądrzała (i też oścista, acz smaczna mi się zdaje), jedna syrena (o anielskim głosie, lecz rzadko koncertuje), trochę płotek, jedna kolczatka, jedna z ustami jak karpik, ani chybi tylko by słodycze łykała… Samo takie obserwowanie świata biologii pozbawione zwykłych gierek i wyrachowania bardzo jest miłe i pouczające, zwłaszcza jak ławica podpływa i odpływa, jak zderzają się główkami. I każda rybka inna - jedna robi biznesy, inna właśnie pojechała opiekować się dziećmi na koloniach (choć ma fajną pracę, w wakacje odzywa się w niej skrywany głęboko instynkt macierzyński), kolejna leci właśnie balonem, odważnie, chce zaimponować… I tak mija słodko lato każdemu, jeszcze bez konsekwencji - dzieci urodzą się najwcześniej wiosną, zresztą, któż o tym myśli przy pierwszym pocałunku… Niewinny okres, beztroski… Nie jestem sobie w stanie przypomnieć tych wszystkich letnich przygód. Pierwsza dziewczyna, matka syna - poznałem ją na wycieczce do Pragi czeskiej, wysłany tam nieoczekiwanie w nagrodę za same piątki z… matematyki, by bliżej poznać nauczycielkę też od piątek - ale z polskiego.

Albo wcześniej - niezwykła historia z inwalidą, kiedy okazałem się psem ogrodnika. Pierwsze buziaki na Mazurach z kelnerkami w ośrodku wczasowym. Opowiadam kolegom na podwórku, że łatwo się z nimi idzie, jak w dym… No i podpala się Henio, sąsiad, i dotąd namawia, żeby znów tam jechać, aż ulegam. Jedziemy jego motorowerem, a ja po drodze przytomnieję. Zaraz, Henio ma chorobę Heinego-Medina, jest kulawy, powłóczy nogami, nosi buty na niewyobrażalnie brzydkich koturnach. I tak myślę, że zamiast podrywu, będą kpiny i żarty z niego, że to jednak był zły pomysł. No i po drodze zamykam w Jawie kranik z dopływem paliwa do silnika - ten krztusi się, motor staje… Henio główkuje, główkuje, kopie w starter sto razy może, bo już w głowie ma gigantyczne rojenia, słodkie panny, bzykanie, a tu taki klopsing! No i nic nie wymyśla, przeprasza, ale musimy wracać pieszo, ja zmęczony, on kulawy, pchając motorower, kilkanaście kilometrów z powrotem. Nie wiem, czy zrobiłem dobrze, oszukując kolegę, ale nie uwierzyłem w niego. Tymczasem rok później, może dwa, Henio się ożenił - bo miłość nie zawsze rachuje po wyglądzie, zresztą kto jak kto, ale coś na tym sam korzystałem… Brzydota się zresztą facetom opłaca - gdym ładny był w dzieciństwie, nie mogłem opędzić się i ja, ale od pedałów niestety (tak ich na moim podwórku zwano i przed nimi przestrzegano, nic nie poradzę, dziś świat bardziej tolerancyjny i chyba jednak dobrze, bo z faktami i tak nie wygramy - kochajcie się).
W wakacje wszyscy ruszają na podryw, ale nie uroda i nie portfel bywają najważniejsze. Bo liczą się czasem banalne, dobre letnie uczynki. Opowiem wam o najdziwniejszej przygodzie. Poznałem fajną Amerykankę, Dorotę z Atlanty. Była szefową marketingu u Bagsika (akurat kupili fabrykę traktorów Ursus, bogato tam było), a jako wysportowana dziewczyna, bardzo wysoka, zgrabna, prowadziła też aerobik dla Amerykanów w ich ambasadzie. No i spotykaliśmy się towarzysko, nic wielkiego i nic rokującego. I któregoś dnia ona opowiada, że w Georgii grała w uniwersyteckiej reprezentacji w kosza. I coś mi zajarzało - jeżeli Ty grałaś w kadrze szkoły wyższej w kosza, to musisz być na poziomie polskiej reprezentacji! I dawaj dzwonić - do Eli Stankiewicz, przecudnej, która grała w basket w Polonii, był to mistrz Polski. Pytam kiedy trening i czy mogę przyprowadzić znajomą Amerykankę… Przyjdź we wtorek o 17, ona mówi - no i jedziemy. Dorota ma zwykłe trampki, koszulkę, przebiera się i wybiega na trening. Jest… najlepsza! Nie zna dziewczyn, ale bawi się z nimi, a to kadrowiczki. Trener nie chce wierzyć, że nie grała od dwóch może lat i proponuje kontrakt. Od razu! Ona, że niestety nie może rzucić pracy, ale dziękuje za serdeczne przyjęcie i obiecuje jeszcze kiedyś zajrzeć.

Wychodzimy z tej śmierdzącej, cuchnącej sali pod trybuną, cuchnącej potem i szczynami, trochę mi wstyd za ten polski brud i biedę, a ona… rzuca mi się na szyję. I płacze. A mówi coś takiego: "Paweł! Jestem w Polsce dwa lata. Każdy Polak jakiego spotkałam, chciał ode mnie tylko dwóch rzeczy. Albo żebym z nim szła do łóżka, to większość, albo żebym pomogła załatwić wizę do Stanów - to wszyscy. A ty jesteś pierwszy, który niczego nie chciał. I sprawił mi tym treningiem największą radość, jaką tu w Warszawie miałam. W tej Polonii…".

I co wam będę dalej opowiadał - potrafiła się odwdzięczyć, zacieśniliśmy te polsko-amerykańskie stosunki, aż wyjechała w siną dal. A ja dostałem taki sygnał, że czasem nie warto się śpieszyć do łóżka. No, ale jak to ja, zazwyczaj wszystko wiedziałem, ale robiłem inaczej, czyli błąd za błędem. Ale jak patrzę na młodych ludzi - ich błędy czemuś będą służyć, gdzieś muszą się życia uczyć. Bo tu jak u górali - jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz… I tylko ja głupoty robię wciąż nie dla nauki. A z czystej głupoty. Kogo zraniłem kiedykolwiek - przepraszam.

Czasem zastanawiam się, którą z wakacyjnych miłości przegapiłem i… której panny do dziś żałuję. Tak, jednej żałuję, bo głupsze dostawały szanse, a ona nie. To była doktorantka z polibudy (oj, do zaorania jak najbardziej!), megainteligentna, ale bardzo ofensywna. Już w pierwszym kwadransie okupowania mojej kanapy zdążyła zgłośnić muzykę, ściemnić światło i zdjąć bluzkę, co podziałało na mnie… odpychająco, czułem się nie w swojej skórze, jak kobieta niemal napastowana przez nachalnego mężczyznę. Bo chyba zobaczyłem siebie! I próbując się ratować, mówię (a ona biust wkłada mi już do buzi): - Za chwilę odjedzie ci ostatni autobus…

Ona: - Pamiętaj na następny raz, że dziewczynę odprowadza się do domu…

A ja, bezczelnie: - Nie będzie następnego razu…
Uf, jak się takie obrazy przypominają, warto cofnąć się do tych listków akacji, do dzieciństwa, które któregoś lata niezauważenie przemija. Choć się bronimy jak najdłużej, pamiętacie "Dawno temu w Ameryce"? Młody chłopiec umawia się na swój pierwszy raz z młodą praczką, ona z każdym idzie za ciastko z kremem. Chłopak je kupuje za ostatnie centy, siada przed jej drzwiami, czeka… I tak się wpatruje w to ciastko, w wisienkę na górze, krem, który lekko usmarował papierek… Patrzy na drzwi, za którymi czeka raj, na ciacho przed sobą, znów na drzwi… Próbuje trochę kremu, ale przestraszony pakuje z powrotem torcik w papier… Ale rozwija po chwili, ogląda, jeszcze trochę kremu na palec, do buzi, dotyka wisienkę…

Po czym wsuwa całe ciacho, całe, łapczywie, i już nie patrząc na drzwi, zmyka do domu. Szczęśliwy. To jeszcze nie była jego pora. Jeszcze myślał tą głową, która jest na karku, nie w spodniach. Nie jak nieco tylko starsi koledzy, którzy praczkę posuwają na dachu, zresztą za pieniądze policjanta… Noodles i Berkowicz… Oni już wdepnęli w szambo, które źle skończy się dla nich obojga. Bo tylko w dzieciństwie, choć biednym przeraźliwie, byli bezpieczni.

Jak się już poznało świat - naprawdę można pozazdrościć dzieciom. Zwłaszcza tym, które jeszcze na wszystko mają czas. I wystarczą im zwykłe uśmiechy, pocałunki i wróżby. To se ne vrati...

Aha, i powinienem coś napisać o ratowaniu Polonii - ale za krótki jestem na ratunek, a głupcy i tak nie zrozumieją, że nie wszystko jest na sprzedaż i że oprócz wartości materialnych są te cenniejsze, niematerialne, nie na handel.

Ale przypomnę niezwykłą historię i o miłości, i o miłości do Czarnych Koszul, właśnie z Polski przepoczwarzonej w nie wiadomo co, w jeden wielki bazar chyba. Lata temu opowiada mi Jurek Piekarzewski, prezes klubu, taką oto cudną historyjkę i możliwą zapewne tylko w Polsce, i tylko w tym zadziwiającym klubie:

- Wiesz, Pawełku, swojej żonie, znaczy Teresie, dałem 80 milionów na futro. A ona wiesz, co zrobiła? Wiesz co?

Kupiła mi dwa remisy!

Kliknij, aby czytać pozostałe felietony Pawła Zarzecznego

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
zolodu
Drogi kolo.
Czy zna pan te polskie politechniki?
ja znam i popieram - zaorać.
No może przeorać.
z
zolodu
z tego pisania powinna się narodzić.
Przyjemnie się czyta - wystarczy zdezaktualizować i już będzie.
Pozdrawiam
P
Polonista
czytam Zarzecznego i co rusz chwali sie ile on to przeruchal...
województwa mazowieckiego nie starczy, musi jezdzic w teren, hehe

oj ty grubasku z ptaszkiem który chowa ci sie w brzuchu, dogadzasz sobie tylko jedzeniem i erotycznymi fantazjami,
k
kolo
"zawsze powtarzam, żeby zaorać nasze politechniki"
pawełku jestes idiota w tej sprawie kolego, napisz jakimi pieniedzmi dysponuja polskie uczelnie w stosunku donzachodnich, a jakie mja wynili w konkursach miezyarodowych,
skup sie na piłce lepiej, bo twoja anglia, a potem wlochy i polska smudy w d..e dostała, atki to z ciebie bajkopisarz, marzacy o piciu wina w Toskanii
h
h*enryk
facet zmniejsz dawke o 100 ml.(mowie o Zarzecznynym)
m
mars
Która laska z takim obrzydliwym grubasem chciałaby mieć coś wspólnego. Ale jak chce sobie marzyc to dlaczego mu nie pozwolić
?
"Za chwilę odjedzie ci ostatni autobus…

Ona: - Pamiętaj na następny raz, że dziewczynę odprowadza się do domu…

A ja, bezczelnie: - Nie będzie następnego razu… " ...wiele razy postąpiłem niegodnie wiele razy ktoś .... hmm ...????...:D:D:D:D...;)
Dodaj ogłoszenie