18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Kino polityczne bliskie sercu współczesnych reżyserów. Clooney i Streep stworzyli najlepsze kreacje

Redakcja
materiały prasowe
Polityka w kostiumie srebrnoekranowych fabuł to chyba najmodniejsza dziś dziedzina kina. Wystarczy zajrzeć do repertuarów.

Tezę, że kino AD 2012 z ciekawością zerka w stronę polityki, potwierdza choćby repertuar rozpoczętego w czwartek Berlinale. Już sam tytuł imprezy "Przełomy" sugeruje, że współczesnym reżyserom kino polityczne leży szczególnie na sercu.
W programie festiwalu znalazły się m.in. otwierający go "Les Adieux a la reine" Benoita Jacquota, rozrachunek z rewolucją francuską widziany oczyma wersalskich pokojówek. W rolę znienawidzonej przez Francuzów Marii Antoniny wcieliła się Kirsten Dunst. Wokół 1789 r. kręci się także duński dramat psychologiczny "Royal Affair" Nicolaja Arcela, rzecz o młodym lekarzu, który u schyłku XVIII wieku próbuje wdrożyć w Danii społeczne reformy, a pomaga mu kochanka Karolina Matylda Hanowerska.

Warto wspomnień także o "Uwięzionej' Filipińczyka Brillante'a Mendozy. Za cel wziął on opowiedzenie o ekstremistach muzułmańskich, którzy dekadę temu porwali i przetrzymywali w dżungli 12 zakładników. Z kolei osią francusko-kanadyjskiej "Rebelle" Kim Nguyena jest wojna domowa w Kongo i ukazane na jej tle losy osieroconej dziewczynki.

Nie trzeba jednak wybierać się do Berlina, by zaznać dreszczyku upolitycznionego kina. Od początku lutego na polskich ekranach wyświetlane są "Idy marcowe", dramat polityczny wyreżyserowany przez George'a Clooneya, który zagrał w nim także główną rolę. To trzymająca w napięciu opowieść o rozgrywce, jaką kandydat na prezydenta USA Mike Morris toczy ze swoimi politycznymi przeciwnikami. Szanse na jego sukces maleją wraz z pojawieniem się w jego sztabie wyborczym młodej asystentki, która szybko przeniknie tajemnice jego wyborczej strategii.

Nie przypadkowo tytuł tego filmu to "Idy marcowe", nawiązanie do dnia, w którym Rzymianie składali hołd bogu wojny
Marsowi. W 44 r. przed Chrystusem w idy marcowe zginął Juliusz Cezar, zasztyletowany przez swojego druha Brutusa. W filmie Clooneya też pokutuje teza, że polityka sprowadza się do wojny, której efektem bywa zwykle zgniły kompromis. A demokracja to pozory, pod którymi kryją się szemrane interesiki politycznych statystów.

Mechanizmy rządzące światem to także temat "Żelaznej Damy" Phyllidy Lloyd, biograficznej opowieści o Margaret Thatcher, brytyjskiej premier w latach 1979-1990 (w kinach od dzisiaj). Grająca ją Meryl Streep stara się przekonać widzów, że pod powierzchownością staroświeckiej damy o piskliwym głosie i w niemodnym kostiumie kryła się swego czasu jedna z najbardziej bezwzględnych rozgrywających świata, która nie tylko potrafiła poskromić strajkujących górników, ale też poprowadzić Brytyjczyków do zwycięskiej wojny z Argentyńczykami o Falklandy.
"Żelazna Dama" wzbudziła natychmiastowe wrzenie na Wyspach. Filmowi zarzucono kalanie dobrego imienia byłej premier, ale też przeinaczanie historycznych faktów, w tym jej rzekomego gloryfikowania zjednoczonej gospodarczo UE. Osobną sprawą stała się dyskusja na temat zaangażowaniu amerykańskiej aktorki. Dla konserwatywnie nastawionych Brytyjczyków był to wystarczający fakt, by film Lloyd kompletnie zignorować.

Choć są i tacy, dla których to Streep uratowała tę filmową opowieść. Najdalej posunął się recenzent "Daily Mail", który napisał, że "tylko ktoś o takiej renomie jak Streep mógł uchwycić istotę tego, czym była Thatcher". Aktorka dostała już za swoją rolę Złoty Glob, a w noc oscarową przekonamy się, czy docenią ją także członkowie amerykańskiej akademii.

Ale to nie koniec filmowych nowości z półki "polityka". 2 marca do polskich kin wejdzie "Bóg zemsty" Rogera Donaldsona, przypowieść o przestępczości toczącej współczesną Amerykę. Film ubrany jest w modną konwencję thrillera, choć tak naprawdę jest wielkim oskarżeniem wymiaru sprawiedliwości, któremu społeczny porządek nieubłaganie wymyka się z rąk. Rolę zapracowanego nauczyciela anglisty, któremu przyjdzie stanąć oko w oko z ciemnymi siłami, zagrał Nicolas Cage.
Polskie kino też ma swój udział w upolitycznieniu kina. Już jesienią zobaczymy przecież "Wałęsę" Andrzeja Wajdy, historię człowieka, który przyłożył rękę do pokojowej rewolucji w Europie Środkowej. Legendarnego elektryka z gdańskiej stoczni zagrał Robert Więckiewicz, w niczym - według zgodnych opinii krytyków - nieustępujący kreacjom wspomnianego tu George'a Clooneya. Kino polityczne rządzi? Jak najbardziej.

Lucjan Strzyga

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie