Kiedy sejmowa większość wisi na włosku, czyli test dla wszystkich

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
Posiedzenie Sejmu. Marszałek Elżbieta Witek
Posiedzenie Sejmu. Marszałek Elżbieta Witek Adam Jankowski
Najbliższe miesiące nie będą łatwe dla obozu władzy. Przed głosowaniem nad każdą kolejną ustawą politycy Zjednoczonej Prawicy będą musieli szukać parlamentarnej większości. Sprawdzianem tak dla opozycji, jak dla partii rządzącej może być głosowanie nad wnioskiem o odwołanie marszałek Sejmu Elżbiety Witek

Jarosław Kaczyński znalazł się w trudnej sytuacji. Po tym, jak Zjednoczoną Prawicę opuścił Jarosław Gowin z grupką pięciu posłów, obóz rządzący ma wprawdzie większość w Sejmie, ale to większość bardzo krucha. Chociaż nie wszyscy tak to widzą.

- Nie mamy rządu większościowego. Na stronie sejmowej można zobaczyć, ilu jest posłów PiS-u, ich jest dwustu dwudziestu siedmiu. Z pewnością Jarosław Kaczyński jest pewien jeszcze kilku głosów pochodzących od posłów niezależnych, czy tych pochodzących z koła Pawła Kukiza. Natomiast ani z definicji, ani z praktyki nie wynika, żebyśmy mieli do czynienia z rządem większościowym - mówi nam w wywiadzie Tomasz Siemoniak, polityk Platformy Obywatelskiej.

Niby tak, ale, jak słusznie zauważa poseł Siemoniak, Jarosław Kaczyński może liczyć na czterech posłów niezależnych, czterech posłów z koła Pawła Kukiza, może namawiać do współpracy parlamentarzystów z Konfederacji, być może przy niektórych ustawach liczyć na współpracę Lewicy.

Na ostatnim posiedzeniu Sejmu Ryszard Terlecki, szef klubu parlamentarnego PiS, zapytany, czy Prawo i Sprawiedliwość ma jeszcze większość w Sejmie, odparł, że „klub raczej z ulgą i radością przyjął odejście pana Gowina”. Wygrane przez partię rządzącą głosowania mają też świadczyć o tym, że ma.

- Ostatnie posiedzenie Sejmu pokazało, że mamy stabilną większość - podkreślał Mariusz Błaszczak, szef MON, w rozmowie z Programem 1 Polskiego Radia.

- To rząd, który stoi na krawędzi większości, wszystko wisi na włosku. Widać to było chociażby podczas prac nad ustawą lex TVN. Jeśli Senat tę ustawę odrzuci, Prawo i Sprawiedliwość będzie miało problem, aby zebrać odpowiednią liczbę głosów, by odrzucić sprzeciw senatorów - zauważa prof. Antoni Dudek, politolog. - I będziemy trwać w takiej sytuacji przez najbliższe dwa lata. W Sejmie nie ma bowiem szans na alternatywną większość, a Kaczyńskiemu nie opłacają się przedterminowe wybory, bo może się okazać, że będzie miał mniej posłów, niż ma teraz - dodaje prof. Dudek.

Podobnego zdania jest prof. Kazimierz Kik, który zauważa, że w III RP nigdy nie było rzeczywistej większości w polskim parlamencie, zawsze rządził rząd największej mniejszości, a to dlatego, że przez długie lata do urn chodziło mniej niż 50 procent osób do tego uprawnionych.

- Ten rząd będzie dryfował. Jarosław Kaczyński ma jeszcze prezydenta, to on w momentach przełomu podejmuje decyzje. Poza tym, póki co, Zjednoczona Prawica wciąż jest najsilniejszą partią, z największym społecznym poparciem - zauważa prof. Kik. I oddaje, że sytuacja może się zmienić jesienią. Zwłaszcza jeśli przyjdzie czwarta fala pandemii, a unijne pieniądze z Funduszu Odbudowy, w związku z zastrzeżeniami UE co do przestrzegania przez Polskę zasad praworządności, zaczną wpływać z opóźnieniem, wtedy poparcie dla partii rządzącej może gwałtownie spadać.

- Dzisiaj mamy posłów niezrzeszonych, mamy połów od Pawła Kukiza, jest kogo kupować. Ale, jeśli nie będzie gwarancji, że ten rząd będzie trwał, nikt nie zaryzykuje przyjmowania posady na pół roku. Wtedy partia rządząca może mieć poważne kłopoty - zauważa prof. Kik.

Dzisiaj, rzeczywiście, trwają polityczne układanki. Jak kilka dni temu pisała „Gazeta Wyborcza”, do rządu chce wejść Partia Republikańska, spore oczekiwania ma też piątka byłych posłów Porozumienia.

Przypomnijmy - w czerwcu Adam Bielan, wówczas członek Porozumienia, zaskoczył wszystkich, stwierdzając, że Jarosław Gowin, a więc jakby nie było jego ówczesny szef, nie jest nim od dłuższego czasu. Powód? Partia zapomniała o przeprowadzeniu wyborów na przewodniczącego, a kadencja Gowina wygasła trzy lata temu. W związku z tym to on pełni obowiązki prezesa jako przewodniczący konwencji krajowej. Szybko rozpoczęło się liczenie szabel i wyszło na to, że Bielan przeholował. Władze Porozumienia przyjęły wniosek o wyrzuceniu z partii Bielana i Kamila Bortniczuka, który trzymał jego stronę. Wcześniej posłowie i senatorowie Porozumienia wydali specjalne oświadczenie, w którym udzielili pełnego poparcia Jarosławowi Gowinowi jako szefowi partii. Kilka dni później sąd koleżeński zdecydował o wykluczeniu z Porozumienia kolejnych ośmiu członków, w tym trzech posłów. Decyzję tę również uzasadniano wielokrotnym łamaniem statutu partii, ale chodzi pewnie o to, że wyrzuceni nie wykazali się lojalnością wobec Jarosława Gowina. Podobno Gowin przekazał dokumenty z wnioskiem o dymisję ministrów wydalonych z partii Jarosławowi Kaczyńskiemu, ale ten odmówił.

W tym samym mniej więcej czasie lider Porozumienia zapowiedział, że jego posłowie nie poprą ustawy nakładającej na media dodatkowy podatek od reklam, ustawy, z której PiS finalnie się wycofał.

Ale do prawdziwego przesilenia w relacjach Gowin - Jarosław Kaczyński doszło dużo wcześniej, jeszcze przed wyborami prezydenckimi. Gowin stał wówczas na stanowisku, że nie da się zorganizować wyborów korespondencyjnych 10 maja, do czego dążył prezes Prawa i Sprawiedliwości. Media pisały wówczas, że obóz Zjednoczonej Prawicy jest w największym kryzysie od początku swojego istnienia, a PiS znajduje się w defensywie. W końcu jednak Kaczyński doszedł do porozumienia z Gowinem - wybory 10 maja się jednak nie odbyły, ale umowa między panami trwała krótko. Lider Porozumienia zagroził wyjściem z koalicji, jeśli wybory miałyby się odbyć dwa tygodnie później, na co nalegał ponoć Zbigniew Ziobro wspierany przez Jacka Kurskiego. Kryzys w Zjednoczonej Prawicy był poważny, ale koniec końców do urn poszliśmy w lipcu. Potem, podczas prac nad unijnym budżetem, Gowin znów wyszedł przed szereg i stwierdził, że polskie weto - a mówił o nim i premier Morawiecki, i prezes Kaczyński - byłoby oczywistym błędem. Lider Porozumienia krytykował też kilka rozwiązań zawartych w Polskim Ładzie, był przeciwny ustawie medialnej i w Sejmie zagłosował przeciw jej przyjęciu. Drogi Gowina i Kaczyńskiego rozchodziły się więc od dawna. Wreszcie kilka dni temu Gowin ogłosił, że opuszcza Zjednoczoną Prawicę. Razem z nim, finalnie, odeszło zaledwie pięciu posłów. Pozostali już wcześniej założyli Partię Republikańską i jak pisze „GW”, teraz chcieliby wejść do rządu.

- Bez nas nie będzie nowego rozdania. Oczekujemy, że przejmiemy to, co miało Porozumienie, czyli funkcję wicepremiera, ministra konstytucyjnego i ministra bez teki - wyliczał gazecie polityk z Partii Republikańskiej. I chyba coś jest na rzeczy.

„Nasza republikańska misja stabilizowania Zjednoczonej Prawicy weszła w nową fazę. Topniejąca grupa, jaka została z „Porozumienia” przy J. Gowinie, ostatecznie przestała udawać, że jest w koalicji. To oczyściło atmosferę i wzmocniło przywództwo Zjednoczonej Prawicy. Jedziemy dalej!” - napisał na Twitterze Arkadiusz Urban z Partii Republikańskiej.

Trwają już nawet spekulacje, kto zastąpi na stanowisku ministra i wicepremiera Jarosława Gowina, podobno chętnych nie brakuje. „Fakt” napisał nawet, że do polskiej polityki z Brukseli mógłby wrócić sam Adam Bielan. - To zależy od efektów negocjacji. Mamy kilku liderów, którzy są już w rządzie, tak jak Michał Cieślak czy Jacek Żalek, albo w nim byli, jak Kamil Bortniczuk - mówił gazecie zainteresowany. I dodał, że Partia Republikańska „na pewno wystawi dobrych kandydatów”.

Dzisiaj Adam Bielan nie odbiera telefonu. Na naszą prośbę o kilka minut rozmowy, odpisał: „Jestem na urlopie.”

Tyle tylko, że ludzie z Porozumienia nie gwarantują Zjednoczonej Prawicy mocnej, pewnej większości. A Jarosław Kaczyński ma jeszcze jeden problem, który nazywa się Zbigniew Ziobro.

Solidarna Polska od dawna daje wyraz temu, że w wielu kwestiach zdanie ma inne niż prezes Prawa i Sprawiedliwości. SP od początku stała na stanowisku, że Polska powinna skorzystać z weta, aby w ten sposób sprzeciwić się wcześniejszemu przyjęciu przez UE rozporządzenia wiążącego wypłatę środków unijnych z kryterium praworządności. Ziobro stwierdził nawet, że jeśli weta nie będzie, Solidarna Polska „utraci zaufanie do premiera ze wszystkimi konsekwencjami, które by z tego wypływały”. Potem minister Ziobro poszedł jeszcze dalej.

- Weto to normalny środek przysługujący każdemu państwu, którym można się posługiwać wtedy, gdy interesy danego państwa są zagrożone - stwierdził. - My nie atakujemy Unii Europejskiej, my jej bronimy - przekonywał i dodawał, że „w negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, „miękiszonem”, trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju, Polski”.

Kiedy okazało się, że Mateusz Morawiecki nie posłuchał rad, czy raczej nie uległ szantażowi koalicjanta, ten na każdym kroku atakował premiera.

Po szczycie Janusz Kowalski, były już wiceminister w Ministerstwie Aktywów Państwowych, złożył nawet w partii wniosek o to, aby opuścić Zjednoczoną Prawicę rozumianą jako klub parlamentarny PiS. Wniosek, rzecz jasna, został odrzucony. Jarosław Kaczyński najwidoczniej miał tego dość, bo trudno sobie wyobrazić, żeby dymisja Janusza Kowalskiego, a Kowalski pożegnał się ze stanowiskiem, odbyła się bez jego wiedzy i zgody. Ziobro postanowił jednak pokazać, że bez głosów jego posłów PiS nie ma większości w Sejmie. Może dlatego SP zagłosowała za tym, aby wicepremier Piotr Gliński przedstawił w Sejmie informację na temat procedury przyznawania rekompensat w ramach Funduszu Wsparcia Kultury. Zagłosowała inaczej, jak chciał tego PiS. Ale to była tylko przygrywka. Ziobryści, jak jeden mąż, zagłosowali również przeciw ratyfikowaniu Funduszu Odbudowy.

To nie koniec kłopotów. W połowie lipca Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów w Polsce nie jest zgodny z prawem UE. W odpowiedzi, Polska złożyła wniosek o uchylenie postanowienia TSUE o zastosowaniu środka tymczasowego ws. Izby Dyscyplinarnej SN. Podstawą wniosku jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 14 lipca. Reforma wymiaru sprawiedliwości ma być kontynuowana.

- Jestem zdecydowanym przeciwnikiem ulegania bezprawnym szantażom Unii Europejskiej realizowanym przez TSUE. Widać przecież jak na dłoni, że nie przyniosła efektów prowadzona w ostatnich latach polityka ustępstw wobec kolejnych żądań Brukseli. Gdybyśmy robili swoje, a nie ustępowali i wycofywali się z planowanych zmian, to reforma wymiaru sprawiedliwości dawno byłaby zakończona. A tak zamiast sukcesu mamy kolejne problemy - stwierdził Ziobro.

W jego ocenie „Unia Europejska, która ma w zwyczaju odmieniać demokrację przez wszystkie przypadki, podważa wprowadzenie mechanizmu, który demokratyzuje sądownictwo w Polsce”.

Rząd Mateusza Morawieckiego od kilku lat jest w konflikcie z Unią Europejską, która ma zastrzeżenia co do przestrzegania w Polsce zasad praworządności. Zbigniew Ziobro twardo stoi przy swoim, nie zamierza się cofnąć nawet o krok w tym sporze, a to może oznaczać wstrzymanie wypłat z Funduszu Odbudowy albo ogromne kary finansowe nałożone na Polskę.

Na domiar złego, posłowie Solidarnej Polski już wielokrotnie pokazali, że potrafią zagłosować inaczej niż politycy Prawa i Sprawiedliwości.

Jest jeszcze opozycja, która zdaje się zwierać szyki.

- Rząd ma większość, ale ona jest bardzo krucha. Zjednoczoną Prawicę nie łączą już żadne polityczne cele. Oczywiście, że rozmawiamy z posłami Prawa i Sprawiedliwości. Nie możemy im zaoferować żadnych stanowisk w spółkach skarbu państwa, ale pokazujemy, ile mogą zyskać politycznie, przechodząc na drugą stronę - opowiada nam jeden z polityków opozycji. I dodaje, że byli tacy, którzy chcieli lub odeszli z PiS-u, ale pojawił się Donald Tusk. Były premier podczas jednego z przemówień stwierdził, iż ten Sejm musi dotrwać do końca kadencji.

- To był błąd, bo ci, którzy chcieli do nas dołączyć, zaczęli się wahać. Potem Tusk się z tych słów niejako wycofał. Wciąż pracujemy, aby odsunąć ten rząd od władzy. Po tym, co zrobiła marszałek Witek podczas głosowania nad ustawą lex TVN, widać wyraźnie, że PiS jest zdolny do wszystkiego, także do sfałszowania albo unieważnienia wyborów parlamentarnych, jeśli je przegra. Dlatego trzeba przejąć władzę, a potem takie wybory zorganizować - tłumaczy nasz rozmówca.

O marszałek Witek, rzeczywiście, bardzo głośno od tygodnia. Chodzi o słynne już obrady Sejmu z 11 sierpnia, kiedy to wniosek o odroczenie obrad złożyli posłowie opozycji - najpierw Bartłomiej Sienkiewicz z Platformy, a potem Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL-u. Wniosek przeszedł w głosowaniu, ale wówczas marszałek Sejmu Elżbieta Witek ogłosiła przerwę w obradach, po której poinformowała, że wpłynął wniosek o powtórzenie głosowania. I zarządziła reasumpcję. W drugim głosowaniu wniosek o odroczenie obrad Sejmu przepadł. Elżbieta Witek, zarządzając reasumpcję, tłumaczyła w Sejmie, że „zasięgnęła opinii pięciu prawników”, którzy potwierdzili, że ta jest jak najbardziej uzasadniona. Jak okazało się później, cztery z pięciu opinii prawnych dotyczy głosowania z 12 kwietnia 2018 roku, kiedy to Sejm wyraził zgodę na uchylenie immunitetu ówczesnemu posłowi Platformy Obywatelskiej Stanisławowi Gawłowskiemu. Posłowie opozycji twierdzą, że zostali oszukani przez marszałek Witek i chcą jej odwołania.

I tak, we wtorek odbyło się spotkanie przedstawicieli opozycji, dyskutowano na nim o wspólnym kandydacie na marszałka Sejmu i odwołaniu obecnego.

- To jest ważny moment, w którym wszystkie siły opozycyjne spotykają się i rozmawiają o tym, jak stworzyć na nowo zasady w parlamencie, bo te zwyczaje i obyczaje zostały złamane. Nie tylko zwyczaje i obyczaje, ale też regulamin Sejmu - mówił w Polsat News lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz.

Na spotkaniu obecni byli przedstawiciele wszystkich partii i ugrupowań opozycyjnych. Między innymi szef klubu KO Borys Budka z PO, przewodniczący klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski, lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz, Szymon Hołownia z Polski 2050, a także Michał Wypij z Porozumienia, Krzysztof Bosak z Konfederacji, Andrzej Sośnierz z koła Polskie Sprawy i Stanisław Tyszka z Kukiz’15. Podobno mówi się o trzech nazwiskach - Władysława Kosiniaka-Kamysza, wicemarszałka Piotra Zgorzelskiego i Stanisława Tyszki.

Zdaniem prof. Kazimierza Kika odwołanie marszałek Witek mogłoby być początkiem końca Prawa i Sprawiedliwości. Politycy opozycji liczą, że być może uda się przekonać do głosowania „za” Pawła Kukiza i jego ludzi. Konfederacja jest na „tak”, ale stawia warunki, chce, aby wszyscy, którzy chcą odwołania pani marszałek, poparli ustawę Stop Segregacji Sanitarnej oraz zablokowali Nowy Ład. Kolejne posiedzenie Sejmu planowane jest dopiero na połowę września i może być poważnym testem tak dla partii opozycyjnych, jak obozu rządzącego. Jarosław Kaczyński przekona się, na kogo tak naprawdę może liczyć.

3 polskie organizacje na czarnej liście Facebooka

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie