reklama

Kazik Staszewski: Nie trawię Ligi Mistrzów, bo jest mi obojętne kto ją wygra

Sebastian Staszewski, Polsat SportZaktualizowano 
Kazik Staszewski: Nie trawię Ligi Mistrzów. Nie interesuje mnie, czy milionerzy z Madrytu ograją milionerów z Manchesteru
Kazik Staszewski: Nie trawię Ligi Mistrzów. Nie interesuje mnie, czy milionerzy z Madrytu ograją milionerów z Manchesteru Krzysztof Kapica
Reprezentacja Polski to dziesięciu rycerzy i jeden książę, Robert Lewandowski. Jeśli awansujemy do półfinału mistrzostw Europy, to napiszę o nich piosenkę - mówi Kazik Staszewski.

Niedawno wrócił Pan z wakacji w Argentynie. Znalazł Pan tam czas na futbol?
Mieszkaliśmy w Buenos Aires, więc nie miałem wyboru. To miasto zakręcone na punkcie futbolu. Pojechaliśmy do dzielnicy La Boca, gdzie króluje Boca Juniors. Widziałem miejsce, gdzie narodziła się legenda Diego Maradony. Kupiłem nawet synowi oryginalną koszulkę z 1986 roku. Kosztowała 400 peso. Szkoda tylko, że nie obejrzałem żadnego meczu. Miałem sporego pecha...

Co się stało?
Boca grało na wyjeździe, a mecz River Plate odwołali w ostatniej chwili. Już szykowaliśmy się do wyjazdu na Estadio Monumental, gdy w mieście spadła olbrzymia ulewa. Dziewięć dni świeciło słońce, a tego jednego lał deszcz. Sędzia po prostu odwołał spotkanie.

W Buenos Aires dostrzegł Pan kult Leo Messiego?
Raczej Maradony. Diego jest wszędzie. Dookoła pełno jego figurek z plastiku, drewna. Jest prawdziwym bogiem. Już się nie dziwię, że założono jego kościół... A Messiego nie za bardzo tam lubią. Opowiedział mi o tym taksówkarz. „Po pierwsze nie jest z Buenos, tylko z Rosario, po drugie nie pochodzi z faweli, a po trzecie w reprezentacji gra średnio”. Spodziewałem się większej atencji wobec najlepszego piłkarza świata. Znacznie bardziej szanowany w mieście jest Carlos Tévez, chłopak ze slumsów Fuerte Apache.

Chciał Pan iść na mecz River Plate, a kiedy mieszka Pan na Teneryfie bywa Pan na spotkaniach ligi hiszpańskiej. Nie daje się Pan jednak namówić na wizytę na Łazienkowskiej. O co chodzi?
Od jakiegoś czasu wolę oglądać futbol w telewizji. W Argentynie nie iść na mecz to grzech, w Hiszpanii podobnie. Zdziadziałem jednak na tyle, że na Ekstraklasę nie chce mi się łazić. Poza tym najlepszych widziałem już kiedyś: Roberta Gadochę, Kazimierza Deynę, Adama Topolskiego...

Do Legii został Panu tylko sentyment?
Sentyment wskazywałby, że coś już minęło, czegoś nie ma. A ja wciąż jej kibicuję, ciągle kocham ten klub. Uważam, że Legia w obecnych warunkach powinna w Polsce dominować.

A jaki ma Pan stosunek do Polonii?
Jako warszawiak wspieram warszawskie drużyny. Wychowywałem się nieopodal Muranowa, w okolicach placu Teatralnego. Kiedyś nie było takiej rywalizacji między Legią a Polonią. KSP grał w trzeciej lidze i na te mecze się chodziło. Na Gwardię też. Pamiętam z boiska Stefana Milę, ojca Sebastiana, który grał właśnie u milicjantów. A więc może to dziwnie zabrzmi, ale idealnym wyjściem byłoby dla mnie mistrzostwo dla Legii i wicemistrzostwo dla Polonii.

Polonia wicemistrzem w tym sezonie nie będzie, a Legia mistrzem?
Mam takie przekonanie. Słowo w końcu stanie się ciałem.
Kilka tygodni w roku spędza Pan na Wyspach Kanaryjskich. Wciąż wspiera Pan tamtejsze drużyny - Las Palmas i Tenerife?
Długi czas na wyspach była piłkarska bryndza. A teraz UD Las Palmas gra w Primera División, a CD Tenerife w Segunda. Kiedyś znajomy opowiedział mi, że oba kluby spadły z pierwszej ligi, bo związał się przeciwko nim spisek. Chodziło o odległości. Wszystkie zespoły ustaliły, że zepną się na drużyny z Kanarów, żeby nie latać na wyjazdy po trzy tysiące kilometrów. Teraz piłka tam się odradza. A o to nietrudno. Oświetlone boiska są tam za każdym rogiem. Dzieciaki grają od rana do wieczora. Kiedyś kupiłem album pt. „Piłkarze reprezentacji Hiszpanii z Teneryfy”. Było tam z pięćdziesiąt nazwisk.

Na Teneryfie gra też młody Staszewski…
Sebastian, syn mojego kuzyna! Jakiś czas temu był w juniorach Tenerife, ale nie mam pojęcia, gdzie występuje w tej chwili.

Ligę Mistrzów Pan ogląda?
Nie trawię jej. Kiedyś lubiłem Puchar Zdobywców Pucharów, ale go skasowali. Dziś nie czuję związku emocjonalnego z drużynami, które grają w Champions League. Nie interesuje mnie, czy milionerzy z Madrytu ograją milionerów z Manchesteru. Koledzy czasami pytają, czy widziałem cudowną bramkę Ronaldo. No nie widziałem, bo nie oglądam tych meczów. Nie podnieca mnie siedzenie przed telewizorem dla samego artyzmu. Muszę komuś kibicować. Chociażby Omonii Nikozja, która walczy z jakimś gigantem.

Przeraża Pana pomysł stworzenia Super Ligi, w której co roku grałyby te same, najbogatsze i najbardziej medialne zespoły Europy?
Jestem tym zniesmaczony. To jak zebranie kilkunastu osób na zamkniętym osiedlu, do którego nikt nie ma dostępu i które można jedynie oglądać przez szybę. Takie rozgrywki będą dla mnie obojętne.

Futbol bez romantyzmu Pana nudzi, prawda?
Tak, bo urok piłki nożnej polega na rywalizacji Dawidów z Goliatami. Coś takiego obserwujemy jeszcze na arenie reprezentacyjnej. I tak koniec końców wygrywają Niemcy, ale czasami zdarzają się niespodzianki - jak na przykład nasze zwycięstwo w Warszawie, którego nota bene nie widziałem… Kult grał wtedy koncert we Wrocławiu. Po bramce Mili ktoś przybiegł i cieszył się, że wygrywamy i że do siatki trafił piłkarz Śląska. Milę w ogóle bardzo lubię.

Solą futbolu są więc dziś reprezentacje?
Tak, ponieważ ze względów formalnych nie można zmieniać barw jak rękawiczek. Chociaż nie zdziwię się, jak niedługo ktoś wpadnie na pomysł, że wymiana paszportu pozwoli jednocześnie zmienić drużynę narodową. Logicznie rzecz ujmując, tak powinno być, lecz to zarżnęłoby piłkę do końca.

Przeżywa Pan obecnie renesans uczuć do reprezentacji Polski?
Reprezentacja po raz pierwszy od bardzo dawna ma szanse na sukces. I to realne, a nie napompowane tak, jak zrobił to w 2002 roku Jerzy Engel. Mamy piłkarzy dobrych w skali światowej - bez naciągania tego pojęcia. Kiedy wychodzą na murawę, są mentalnymi zwycięzcami. Z Niemcami we Frankfurcie przegraliśmy 1:3, ale co z tego, skoro po stracie dwóch bramek dalej graliśmy swoje. Gdyby nie interwencja Neuera po strzale Lewandowskiego, moglibyśmy wygrać. Kiedyś po dwóch gongach siadaliśmy na półdupku w pozycji proszalnej i łkaliśmy: „nie strzelajcie”. Teraz chłopaki walczą jak lwy, są świadomi swojej siły, nie mają kompleksów. Wszystko spina świetny trener.
Dziś każdy jest mądry i uważa się za odkrywcę Adama Nawałki jako selekcjonera…
Ale ja od lat jestem jego admiratorem. Pamiętam go jako piłkarza. Pana Adama uważałem za talent równy Zbigniewowi Bońkowi. Na macie miałem przyczepione zdjęcie wycięte z „Przeglądu Sportowego”, na którym był Nawałka, Maryla Rodowicz i… Fidel Castro. Podpis głosił: „Adam Nawałka nigdy nie zapomni pobytu na Festiwalu Młodzieży w Hawanie”. Niestety, jego kariera nigdy się nie rozwinęła, ale teraz odbija sobie to w trenerce.

Oby czar nie prysł we Francji…
Nie to, że wierzę - bo nie jest to kwestia wiary, a wiedzy - ale wiem, że stać nas na duży sukces. Wiem to po obserwacjach tego, co robią Robert Lewandowski, Grzegorz Krychowiak, Kamil Glik i cała sekcja znakomitych bramkarzy. Podoba mi się też Kamil Grosicki. Strasznie podniecił mnie fakt, że mógł wrócić do Legii Warszawa. Szkoda, że się nie udało…

Mówiąc „sukces” ma Pan na myśli awans z grupy?
Proszę cię… Wyjście z grupy to żadne wydarzenie. Dla mnie prawdziwy triumf to półfinał. I ja naprawdę wiem, że on jest realny. Gdybyśmy to osiągnęli, cały kraj zwariuje. Wiesz, jaką mam teorię?

Słucham.
U nas futbol to od zawsze sport numer jeden. Wszystkie te „Małyszomanie”, „Kowalczykomanie”, podniecanie się lekkoatletami czy chodziarzami, to efekt niedowartościowania w piłce nożnej. Inną parą kaloszy jest boks, natomiast euforia w sportach pobocznych zakończy się, gdy na Euro coś ugramy.

Kiedy rozmawialiśmy półtora roku temu pół żartem, pół serio powiedział Pan, że jeżeli piłkarze w eliminacjach mistrzostw Europy zagrają dobrze, to nagra Pan o nich piosenkę. Za kilka tygodni ukaże się nowa płyta Kultu, ale z tego co wiem, utworu o futbolu tam nie ma…
Ale myślałem o nim. Koncepcja była taka, że jest dziesięciu rycerzy i jeden książę-rycerz. Miałem tu na myśli Roberta Lewandowskiego. Dumałem, dumałem i na nic nie wpadłem. Wolałem odpuścić, niż stworzyć utwór podobny do piosenki „Andrzej Gołota”, gdzie właściwie tylko wymieniałem jego nazwisko.

Okazja na wenę może być po tym półfinale na Euro…
A więc jeśli będzie półfinał, to obiecuję, że napiszę utwór o chłopcach Nawałki.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 6

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

i
irysek

Kazik? Kto to?

m
mara ślonsko

na wieko wiekow Amen.

j
ja

Idol ćwierćinteligentów i małomiasteczkowych elit zabrał głos. Żenujące.

....

Jego teksty powinny być obowiązkowo omawiane na j. polskim. Nie omawia się ich, bo są zbyt niebezpieczne - ukazują prawdziwą naturę Polaków.

g
gawiedź

j.w.

J
J.

Ten facet zawsze mądrze gada! :) Kazik jesteś gość - szacun!

Dodaj ogłoszenie