Katyń jest dla Polaków przeklęty, niezmiennie mimo opływu czasu

Barbara Stanisławczyk
Katastrofa w Smoleńsku na zawsze złączyła ofiary NKWD i ich potomków. W prezydenckim samolocie do Smoleńska było dziesięć osób, których bliskich NKWD pozostawiło w dołach katyńskich. Zginęli, domykając tę niewiarygodną wręcz klamrę historii - twierdzi znana pisarka w nowej książce

Dziesiątego kwietnia rano Marta włączyła telewizor, żeby zobaczyć wystąpienie taty. Nie była pewna, czy obejrzy je w całości, bo za bardzo się przy tym denerwowała. Zwykle tylko zerkała i wychodziła. Teraz zobaczyła puste krzesła i strach w oczach relacjonującego reportera. Zadzwoniła do BOR-u, żeby zdobyć wiarygodne informacje, ale funkcjonariusz wiedział tyle, ile podawali dziennikarze.
Następnego dnia witała ojca w trumnie na Okęciu. A kolejnego otrzymała telefon z zapytaniem, czy wie, co było wygrawerowane na obrączce mamy. Wrócił obraz z drugiego dnia Wielkanocy: Mama zdejmująca obrączkę. "Przymierz". I złowieszczy lęk.

Czytaj też:Przemilczana zbrodnia, czyli jak w PRL-u zakłamywano Katyń

Na identyfikację do Moskwy nie była w stanie polecieć. Zrobił to wuj Konrad. Było to dla niego straszne przeżycie, chociaż od kilkudziesięciu lat jest związany z lotnictwem i wojskiem.
- Bywałem na miejscu wypadków lotniczych, bywało, że "zbierałem" kolegów. Można by powiedzieć, że na takie rzeczy jestem uodporniony. Ale to, co zobaczyłem w Moskwie, mną wstrząsnęło. To była moja rodzona siostra.

Pomimo szoku, jaki przeżył, nie stracił głowy i zrobił wszystko tak, "jak być powinno, jeśli chodzi o identyfikację i inne posługi wykonane dla mojej siostry". Poprosił o rekonstrukcję twarzy, utrwalił ją po raz ostatni na zdjęciu. Był z siostrą przez cały czas, aż do chwili włożenia ciała do trumny i jej zalutowania. Dał jej różaniec od Jana Pawła II. I modlił się. A potem wsiadł na pokład samolotu razem z trumną, w której leżała siostra. Dopiero wtedy się rozpłakał. Był wtorek. Od soboty nie przespał żadnej nocy, ledwie krótko drzemał.

Czytaj też:WikiLeaks: Putin nie chciał spotkania z Kaczyńskim w Katyniu. "Nie uniknęlibyśmy kwestii historycznych"

Rok później, siedząc na pierwszym piętrze kawiarni Telimena na Krakowskim Przedmieściu, powiedział:
- Ojca pochowałem, mamę pochowałem. A w 2010 roku to już z pogrzebu na pogrzeb. Najpierw ciocia Wanda, potem Borys, potem Marylka z Leszkiem. A później jeszcze siostra mojej żony. Tak chowam wszystkich po kolei. Miałem polecieć, nie poleciałem. Do pani Anny (prezydentowej Komorowskiej) nie chodzę. Patrzę na ten pałac jak na dom pogrzebowy. Nie chcą postawić pomnika, trudno, ale płyty, która jest na pałacu i ich upamiętnia, już nie zdejmą. Dobrze, że namówiłem Marylkę, żeby ją wmurowali (...).

Konradowi pozostały teraz zjazdy rodzinne Mackiewiczów. W tym roku odbył się w Rybniku, za trzy lata będzie w Spale. Konrad poznaje na nich nowe historie i dzieli się swoimi.

Czytaj też:Rosja ws. Katynia przed Trybunałem w Strasburgu. Jakie usłyszy zarzuty?

O Władysławie Mackiewiczu, który został zesłany na Syberię.

Do kraju przychodziły wieści, że został właścicielem kopalni złota. W rodzinie mówili: "O, wróci bogaty". A on przyjechał biedny, bosy i zawszony. Cały majątek przegrał w karty. Rodzina pamiętała, że zawsze miał ułańską fantazję. I doskonałe pomysły. A to kupił kombajn, a to młyn postawił. I zawsze sobie radził. Jego syn Rajmund, który po wojnie został przesiedlony do Kętrzyna i był jednym z pierwszych mieszkańców, wdał się w ojca. Też kupił młyn. Opowiadał Konradowi Mackiewiczowi:

- Po wojnie zbierałem dolary (w legalnym obrocie były zakazane). Mieliłem mąkę, płacili dolarami, a ja zbierałem je w kartonowym pudełku. Kiedyś otwieram pudełko, a tam tylko strzępy. Weszły myszy i pogryzły dolary. To zacząłem zbierać złoto (złoto też było zakazane). Zebrałem siedem kilogramów. Schowałem w domku przy młynie, pod fundamentem. Którejś wiosny przyszła powódź, domek popłynął z wodą, a z nim złoto.
O stryju Ziuku, który po wojnie osiedlił się w Argentynie.

Zamieszkał w Buenos Aires. Jak to się mówi, klepał biedę, imał się wielu prac, chorował (rana i złoto w płucach dawały o sobie znać), nauczył się fachu zegarmistrza i naprawiał zegarki. Ożenił się z mieszkającą tam Polką, córką ogrodnika prezydenta Perona, i miał z nią dwoje dzieci: córkę Betti i syna Henryka. Tęsknił za Polską, za rodziną. Dwa razy ich odwiedził (w 1979 i 1991 roku). Betti i Henryk też przyjeżdżają, ostatnio byli w Polsce w lipcu 2011 roku.

Czytaj też:Przemilczana zbrodnia, czyli jak w PRL-u zakłamywano Katyń

W czasie drugiego pobytu w Polsce spotkał się z Konradem. Wszystko, co stryj opowiadał, Konrad nagrał na kasetę wideo. Stryjek na starość przypominał mu ojca Czesława Mackiewicza. Był doskonałym gawędziarzem, wspaniale opowiadał o swoich przeżyciach na zesłaniu, drodze do wojska Andersa, pobycie w nim, o przygodach w Persji i Palestynie… Maluchem Konrada pojechali do Rogowa, gdzie odwiedzili Jana Rutkiewicza "Niutka", który razem z Ziukiem przebywał na zesłaniu w Kazachstanie. A później zawitali do Człuchowa i chodzili na polowania.

"Dziwne i wspaniałe były te «polowania». Stryjek jeździł ze mną na łowisko, siadaliśmy razem na ambonie i on zaczynał mi opowiadać szczegóły ze swojego ciekawego życia. Zwierzynę widzieliśmy tylko z daleka, bo wyczulona na głosy nie zbliżała się do ambony, ale nie pozyskanie zwierzyny było istotne. Najważniejsze były rozmowy o czasie minionym".

Czytaj też:WikiLeaks: Putin nie chciał spotkania z Kaczyńskim w Katyniu. "Nie uniknęlibyśmy kwestii historycznych"

Ranek w Smoleńsku był chłodny. Trochę chmur, trochę mgły, rozproszone słońce, raczej pogodnie. Potem pogoda nieco się pogorszyła - wspomina Michał Lutoborski. - Czekamy, ludzie się kręcą, rozglądają, czy już jedzie prezydencka delegacja. W pewnym momencie dzwoni do mnie syn z Warszawy. Czy wiem, co się stało. Co się stało? - pytam. A Maciek na to, że ponoć rozbił się samolot z prezydentem. Ludzie wokół też zaczęli mówić coraz głośniej: Samolot, samolot. Wszyscy z niedowierzaniem i nadzieją, że to nieprawda, powtarzali to, co usłyszeli przez telefony. Rozwój wypadków nabrał tempa, gdy dziennikarskie ekipy ruszyły w kierunku lotniska. Wytworzyła się nerwowa atmosfera, pełna niepewności. Zostaliśmy poproszeni do autokarów, przewiezieni na szybki obiad i zapakowani z powrotem do pociągu.

Nie mogłem się powstrzymać od rozmyślania o złośliwym chichocie historii. W tym samym miejscu po siedemdziesięciu latach ginie następne pokolenie. Myśl ta wróciła pół roku później, kiedy wybieraliśmy się do Smoleńska. Byłem jednym z sygnatariuszy listu otwartego, którego inicjatorką była pani Anna Komorowska, wdowa po wiceministrze Stanisławie Komorowskim. Zwracaliśmy się w nim do pani prezydentowej Anny Komorowskiej z prośbą o patronat nad pielgrzymką do Smoleńska i do części tzw. rodzin smoleńskich, żeby nie wypowiadała się w imieniu wszystkich. Uznaliśmy z żoną, że nie można dłużej patrzeć obojętnie na to, co się dzieje wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Na to jego upolitycznienie. W całej tej tragedii powinno się szukać jasnych punktów. Jakiegoś impulsu dla poprawy stosunków polsko rosyjskich i, co za tym idzie, dla dobra sprawy katyńskiej - mówi Michał.
- Może nie było wtedy na lotnisku wszystkich świateł, może czegoś nie zrobiono, może obawiano się wydania zgody na lądowanie, ale czuło się tam na miejscu pozytywne nastawienie Rosjan, takie zrozumiałe dla nas i ujmujące nas słowiańskie współczucie. I później te bezsensowne pomówienia o sztucznej mgle, jakoby Rosjanie maczali w tym palce, były nie do zniesienia. Czy ojciec nie wygrażał mi zza grobu palcem? Bardzo możliwe, bo mieliśmy w sprawach stosunku do Rosji odmienne zdanie i, mówiąc delikatnie, bardzo żywiołowo je między sobą wymienialiśmy. Teraz nie brakuje nam wyrzutów sumienia - przyznaje Michał Lutoborski. - Może trzeba było przytakiwać i nie brać na serio wszystkich deklaracji? Wtedy wydawało nam się, że właśnie wyrazem szacunku jest poważne traktowanie wszystkich dyskusji, przerzucanie się argumentami i przekonywanie do swoich racji. I dbanie o to, by Katyń nie przysłonił ojcu wszystkiego i wszystkich, tu i teraz.

Czytaj też:Przemilczana zbrodnia, czyli jak w PRL-u zakłamywano Katyń

Zosia też doszła do wniosku, że "historia rodziny nas kształtuje, ma na nas wpływ". Zaczęła tworzyć drzewo genealogiczne. Ale zatrzymuje się bezradnie na różnych etapach, bo już nie ma nikogo, kto by wypełnił luki.

Kiedy w sobotę rano zadzwonił telefon, Danuta była pewna, że to Bartosz. Umówili się, że zadzwoni, jak już będzie w Katyniu. Przy telefonie był Kamil, dziwnie zdenerwowany. Plątał się w tym, co mówił, zrozumiała, że miał stłuczkę, i powiedziała:
- Samochód się naprawi, najważniejsze, że tobie, synku, nic się nie stało.
- Mamo, ty nic nie rozumiesz. Włącz telewizor.

I wtedy do niej dotarło, że stało się coś strasznego. Na ekranie telewizora Danuta zobaczyła wrak rozbitego samolotu. Ponieważ pracuje w Wydziale Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego, natychmiast zadzwoniła do Rządowego Centrum Bezpieczeństwa w Warszawie, gdzie spływały wszystkie meldunki, i tam, choć nie od razu, dowiedziała się, co się stało.
Franciszek był już w drodze z pracy do domu. Przyjechał też Kamil z żoną. Całą sobotę i niedzielę siedzieli przed telewizorem, oglądając wszystkie reportaże na temat katastrofy, odbierali telefony. Dzwonili znajomi, rodzina i dziennikarze, którzy chcieli "wszystko wiedzieć w jednej chwili". A Borowscy działali jak na zwolnionych obrotach, nie do końca uświadamiając sobie to, co słyszeli i widzieli na ekranie telewizora.

Do pogrzebu wszystko toczyło się bardzo szybko, nie było czasu na myślenie. To inni decydowali o tym, kiedy odbędzie się pogrzeb, jak będzie wyglądać ceremonia. Kamil powiedział: "Polecę do Moskwy, przywiozę Bartosza i babcię".

Czytaj też:Rosja ws. Katynia przed Trybunałem w Strasburgu. Jakie usłyszy zarzuty?

- Ale w Warszawie był tak skołowany - opowiada jego matka - że już nie wiedział: lecieć czy nie. Psychologowie odradzali, bo widok straszny i większość ciał da się zidentyfikować tylko za pomocą testów DNA, a jego próbkę można pobrać na miejscu. Bał się też samego lotu. W końcu się zdecydował. Poleciał z żoną Bartosza. Danuta zachowała w komórce SMS-a, którego przysłał jej z Moskwy: "Jesteśmy po identyfikacji. Widok tragiczny. Nasze ciała nie są spalone. Dobrze, że nie musiałaś tego oglądać". On sam od tego widoku nie może się uwolnić. Wraca i w dzień, i w nocy.
Mimo ośmiu lat różnicy pomiędzy braćmi byli ze sobą bardzo zżyci. Bartek był dla Kaja nauczycielem, obrońcą, kumplem i powiernikiem. Z nim mógł rozmawiać o tym, o czym nie mógł - czy nie chciał - z rodzicami.

20 kwietnia pochowali Bartosza i Annę, a 10 maja pojechali na Powązki, żeby pogrzebać odnalezione jeszcze szczątki swoich najbliższych.
Któregoś dnia Franciszek poszedł na cmentarz i się rozpłakał. Na płycie pomnika Bartosza, z rzeźbą samolotu Tu-154 - postawionego już wcześniej przez jego żonę - stanęła kolejna rzeźba. Przedstawia wysokiego mężczyznę, przypominającego Bartosza, z anielskimi skrzydłami, w eleganckim garniturze i z rękami w kieszeniach, opartego o ścięte drzewo i bok nagrobnej płyty.

- Jakby pilnował własnego grobu - dziwi się Franciszek. - W naszej kulturze tego nie ma, żeby nagrobne rzeźby przypominały zmarłych. Ludzie przystają i różnie komentują.

Czytaj też:Przemilczana zbrodnia, czyli jak w PRL-u zakłamywano Katyń

Żona Bartosza bardzo długo miała żal do babci, że namówiła go na ten wyjazd.

Danuta też miała żal do Anny i do Franciszka. "Dlaczego ty nie poleciałeś?!" - krzyczała w rozpaczy. I o teściowej, że "to jej robota, skutecznie wciągnęła Bartka w ten Katyń".

- Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mówię. To prawda, babcia chciała, żeby ją zastąpił w Rodzinach Katyńskich. Dlatego stał się ich członkiem. I dlatego znalazł się w Katyniu. Ale wiem też, że babcia, gdyby tylko mogła przewidzieć, co się wydarzy, nigdy nie zabrałaby ze sobą Bartosza. Bardzo go kochała. Długo był jej jedynym wnukiem. A jednak miałam żal. Dlatego lepiej było pójść do pracy i nie skakać sobie do oczu. W pracy czułam się bezpiecznie, mogłam liczyć na pocieszenie ze strony kolegów i koleżanek. Kiedy w rodzinie zginie jedna osoba, ma kto temu drugiemu pomóc. Nas uderzyło z obu stron. Nie godziłam się z takim odwróceniem porządku losu, że dziecko odchodzi przed rodzicami. Nie mogłam się pogodzić i nie pogodziłam do tej pory z tą bezsensowną śmiercią, ona nigdy nie powinna się wydarzyć. Ja jeszcze czekam na ich powrót.

Czytaj też:WikiLeaks: Putin nie chciał spotkania z Kaczyńskim w Katyniu. "Nie uniknęlibyśmy kwestii historycznych"

Kiedy słyszę na ulicy, jak ktoś woła: - Bartek!, oglądam się, oczekując, że zobaczę syna. Przyjeżdżamy do mieszkania babci - cisza. Na górze nikt nie mieszka. Dół zajmuje młodszy syn z rodziną, mieszkał tam jeszcze przed śmiercią babci. Patrzymy na nietknięte przedmioty, jakby babcia wyszła przed chwilą, na tekturową walizkę, w której trzymała dziecięce rzeczy Frania. Pokazywał ją dziennikarzom, którzy przyjeżdżali zaraz po tragedii, żaden się nią nie zainteresował.

Skróty od redakcji

Barbara Stanisławczyk, "Ostatni krzyk", wyd. Rebis, Poznań 2011

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
konfucjuszka

Jeśli macie wolny weekend i nie bardzo wiecie co zrobić z czasem to polecam wam zapisanie się na kurs uwodzenia do Wyższej Szkoły Uwodzenia, Wywierania Wpływu i Rozwoju Wewnętrznego (www.wyzszaszkolauwodzenia.pl). Szkoła ta prowadzi zajęcia dla kobiet i mężczyzn w różnym wieku, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ja jestem bardzo zadowolona ze szkolenia Alpha Female, które całkowicie zmieniło moje spojrzenie na mężczyzn ;) na pewno każdemu przyda się taki kurs ;)

k
komuch

pierwsza z brzegu baba nie może zadzwonić do BOR-u, tylko córciaa najgorszego prezydenta RP

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Katyń jest dla Polaków przeklęty, niezmiennie mimo opływu czasu

G
Gość

podziękować można Kaczyńskiemu, że dziś jak się słyszy slowo; Katyń - to na wymioty zbiera!!! to smutne, bo przecież tam zostali zamordowani Polacy ale jeśli tamtych zamordowanych się wrzuca się do jednego worka z byłym prezydentem PIS-u, to nie wiem czy jest kogo żałować!!! przykre, ale nikt mnie nie zmusi do pokochania Kaczyńskich.......

Dodaj ogłoszenie