Katarzyna Nosowska powraca z płytą i książką ""A ja żem jej powiedziała". Po kilku latach artystycznego milczenia Katarzyna Nosowska powraca z nową płytą. Na razie poznaliśmy „utwór „Ja pas!”. To wyjątkowy singiel wydany przez Kayax, piosenka ze świetnym tekstem autorki. „Starsza pani zaprasza do do wyrażenia ekspresji poprzez ruch” - napisała Nosowska na swoim Facebookowym z właściwym sobie poczuciem humoru i przekąsem. Bo w ostatnich miesiącach wokalistka podbiła młodzież w internecie swoimi dowcipnymi publikacjami na portalach społecznościowych. Zawsze była osobą niebanalną, a teraz daje temu upust. 23 maja ukaże się jej książka "A ja żem jej powiedziała..." wydana nakładem wydawnictwa Wielka Litera. Oto fragmenty publikacji.

W twoim wieku nie można wszystkiego zwalać na dzieciństwo.
Od urodzenia miałam problem. Ponoć przez pierwsze trzy miesiące darłam się wniebogłosy. Darłam się tak głośno i przejmująco, że w matczynej mleczarni ustała produkcja. Pierwsze zdanie, jakie wypowiedziałam, mając półtora roku, brzmiało: „Kurwa mać, znowu w tym piecu zgasło”.

Jako dwuipółlatka dorwałam się do apteczki i rozdzieliłam między siebie i kuzyna tabletki sprawiedliwie, w systemie „jedna dla mnie, jedna dla ciebie”. Dla mnie duża tabletka wapna, bo byłam duża, dla niego małe relanium, bo był mały. Odratowano.

Jako trzylatka w przedszkolu napadłam uzbrojona w zęby i pazury koleżankę, która jako pierwsza chwyciła w ramiona lalę typu bobas. Dostałam lanie pasem. Bolało.

Mając lat pięć, kochałam się w blondynku, ale laurkę z okazji Dnia Kobiet otrzymałam od grubaska, który tydzień wcześniej na rytmice zrobił kupę w majty, i który kochał się we mnie. Płakałam.

W wieku siedmiu lat usłyszałam od taty, że wybrał mamę spośród miliona, a ja jestem tylko dodatkiem. Zapamiętałam.

Mama mówiła, że facetom nie wolno ufać, że kobiety są wredne. Mówiła: „Co ludzie powiedzą?”, „Bogaty? Pewnie nakradł”, „Jak taka będziesz, nikt cię nie zechce”, „Nikomu nie ufaj”, „Nie jedz tyle, bo będziesz gruba”, „Nie skub tego, bo dostaniesz raka”.

Mając dwadzieścia jeden lat, wyjechałam do Warszawy. Z walizką, pikowaną kołdrą po babci i samooceną niższą niż Tom Cruise. Ze Szczecinem łączy mnie pięćset pięćdziesiąt kilometrów metaforycznej, napiętej jak postronek pępowiny, na której końcu tętni wspomnienie dzieciństwa.

Trzydzieści dziewięć lat szłam w stronę katafalku, korzystając z map rozrysowanych przez rodziców, rodzinę, nauczycieli. Czułam swąd, ale mapa mówiła: „Prosto”, więc brnęłam boso w żar. Do czterdziestki, podług wskazówek, nie zaufałam nikomu, a że niska samoocena chętnie się brata z chorobliwą ambicją - nie ufałam również sobie. Obejmowana - wierzgałam. Węszyłam w poszukiwaniu zdrady. Względnie spokojna czułam się tylko, mając w polu widzenia neon z napisem „Exit”.

W czterdzieste urodziny pomyślałam: „Basta!”. Postanowiłam spalić mapy, odkurzyć trzecie oko i ruszyć w stronę wieczności godna własnych zmarszczek!

********************

Poczekaj, aż koty z kurzu będą naprawdę duże, uformuj z nich kulę, spryskaj lakierem do włosów i powieś pod sufitem.

Zauważyłam, że wielkim szacunkiem cieszą się ludzie, którzy potrafią zrobić coś z niczego. Z samotnej skarpetki, której siostrę bliźniaczkę pożarła pralka, można - doszywając dwa znalezione pod fotelem guziki - zrobić pacynkę dla dzieciaka. Z dwustu kolorowych słomek do drinków - które w chwili zakupowego amoku nabyliśmy, choć nie lubimy podejmować gości i, zasadniczo, brzydzimy się alkoholem - można zrobić tęczowego kulo-jeża w ramach prezentu pod choinkę, dla choinki. Zdecydowanie za gęstą pomidorową można rozcieńczać wodą coraz bardziej i bardziej, by, bazując na pamięci wody, uzyskać całkowicie przezroczystą, homeopatyczną pomidorową do leczenia dzieci cierpiących na tomatofobię. Pakuły wyeksploatowanych doczepów, kamuflujących niedostatek owłosienia na głowach gwiazd, można stosować jako wypełnienia miśków licytowanych podczas akcji „Podaruj Misia” - znacznie windując zysk z licytacji. Dla niektórych książki są „niczym”. Można, mimo poczucia zmarnowanych pieniędzy, zakupić kilkadziesiąt i uczynić z ich obecności na regale, niepodlegający dyskusji wśród gości, dowód oczytania, bo ono, jak wiemy, znamionuje inteligencję.

Istnieją trzy rodzaje materializmu.

Materializm japoński - posiadam dokładnie to, co niezbędne, i ani sztuki ponad to. A jeśli już mi się zdarzy, w chwili zaćmienia umysłu wprowadzić do życia coś niepotrzebnego - kłaniam się temu nisko i deportuję poza orbitę swego uporządkowanego życia.

Materializm polski - posiadam zdecydowanie więcej, niż potrzebuję. Mam w związku z tym poczucie winy, ale przecież coś mi się od życia należy; stać mnie w końcu, a nawet jeśli nie, to wezmę pożyczkę; może wygram w lotto; jestem tym, co posiadam; jak mi się znudzi, oddam komuś albo przerobię.

Materializm amerykański - nie mogę bez tego żyć. Sto par moich butów przygarnie następnych sto par; mój telewizor nie może nie być jeszcze większy; Black Friday, potem nudna niedziela i w końcu fantastyczny Cyber Monday; nie mam nic do oddania, wszystko jest mi potrzebne; gdy dzwoni domofon, potrzebuję czasu, by przedrzeć się do drzwi.

Jestem przedstawicielką wszystkich trzech rodzajów materializmu. Mam dwieście słomek do drinków, a one chcą przygarnąć następnych dwieście; mam poczucie winy, że je kupiłam, ale przecież coś mi się od życia należy; potrzebuję czasu, by dotrzeć do drzwi, za nimi czeka kurier z książką Marie Kondo, która nauczy mnie, jak deportować - ukłoniwszy się uprzednio - wszystko, co zbędne.

Nto.pl/x-news