Karolina wysyła do świata wiadomość. Adoptowana dziewczynka po latach szuka rodzeństwa

Mariola Zaczyńska
Karolina i Piotr zostali w dzieciństwie zaadoptowani przez francuskie małżeństwo Archiwum domowe
Jej adopcja nie była łatwa. Dziś nie mówi po polsku, ale chciałaby odnaleźć swoje rodzeństwo. Czeka na dzień, kiedy kupi bilet do kraju, który opuściła 20 lat temu. Nurtuje ją tylko jedno pytanie: czy siostry i bracia zechcą się z nią spotkać?

- Mam w sobie ciągle dużo cierpienia, ono jest we mnie stale - mówi Karolina. - Muszę je w końcu uleczyć. Chcę odnaleźć rodzeństwo i poznać swoją przeszłość.
Karolina nie ma żadnych wspomnień z Polski. Nie rozumie ani słowa w tym języku, choć w nim mówiła. Miała 5 lat, gdy znalazła się w obcym kraju, z ludźmi, których nie znała. Był z nią młodszy brat, Piotr. Niedawno lekarz powiedział jej: dopóki nie poznasz swojej przeszłości, nie pójdziesz w życiu do przodu...
Przed Bożym Narodzeniem Karolina zapisała się na forum Polaków we Francji. Poprosiła, aby ktoś jej przetłumaczył artykuł z polskiej gazety, z „Tygodnika Siedleckiego”. Była w opowieść o adopcji dzieci z Polski do Francji. Jej adopcji.
Ta sprawa była głośna. Przed sądem toczył się spór między rodziną z Francji, która chciała adoptować Karolinkę i Piotrusia, a siedlecką Wioską Dziecięcą SOS, do której dzieci trafiły. A trafiły tam w wyniku „administracyjnego błędu”, popełnionego przez dom dziecka w Kutnie, w którym maluchy przebywały po odebraniu ich biologicznym rodzicom.
Ośrodek adopcyjny w Warszawie rozpoczął poszukiwania zastępczych rodziców dla Piotrusia i Karolinki w czerwcu 1999 roku. Nie znaleziono chętnych do adopcji, więc już 11 sierpnia dyrektorka domu dziecka w Kutnie przekazała rodzeństwo do siedleckiej Wioski Dziecięcej.
Wioski składają się z kilku domków, w których mieszka po kilkoro dzieci z opiekunką - wioskową mamą. Kiedyś rodzinę zastępczą tworzyły tylko „mamy”, osoby samotne. Teraz mogą to być małżeństwa. Dzieci przebywają tu do czasu usamodzielnienia. Zazwyczaj mają trudną przeszłość, często są po nieudanych adopcjach. W nowej wielodzietnej rodzinie próbują zapomnieć o koszmarze przeszłości i nabrać przekonania, że są warte miłości.
Karolinka i Piotruś trafili pod opiekę mamy Joli. Zamieszkali z nią, mieli nowe rodzeństwo. Niebawem przyszło jednak pismo informujące, że komisja ds. adopcji zakwalifikowała dzieci do adopcji zagranicznej. Byli już nawet chętni rodzice. Małżeństwo z Francji.
Tak zaczął się dramat mamy Joli oraz gehenna francuskich małżonków, którzy przyjechali po wymarzone dzieci.
- Jeśli dzieci były przeznaczone do adopcji zagranicznej, to ani przez chwilę nie powinny być w wiosce dziecięcej. Lub odwrotnie: gdy znalazły się w wiosce, to kwestia ich adopcji automatycznie powinna zniknąć - mówiła w 1999 roku przedstawicielka Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.
- Nasza adopcja? Z perspektywy dorosłej osoby wiem, że było to najlepsze, co mogło nas spotkać - mówi z namysłem Karolina. - Ale z perspektywy pięcioletniego dziecka to był jednak koszmar. Wielki szok i trauma. To była inna kultura, inny kraj, inny język, inne jedzenie... I obcy ludzie wokół. A potem szkoła...
Proces o adopcję Karoliny i Piotra toczył się w 2000 roku. Sąd zezwolił na spotkania Francuzów z dziećmi. Mogli razem spędzać po 6 godzin dziennie. Małżeństwo nie wiedziało, co się dzieje. Dlaczego, mając zgodę na adopcję, chodzą po sądach, nie mogą wrócić z maluchami do domu, do Francji?
- Sąd zezwolił na widzenia, by dzieci „nawiązały chociażby minimalne więzi emocjonalne i osobiste” - cytowała orzeczenie sądu przedstawicielka Stowarzyszenia SOS. - Tymczasem ten sam sąd nie zlecił zbadania więzi emocjonalnych dzieci z ich wioskową mamą. A te więzi niewątpliwie istnieją.
Dzieci, które przychodzą do wioski, mówią do wszystkich „ciociu”, „wujku”. Dzień, w którym wychowanek zaczyna mówić do swej opiekunki „mamo”, jest wielkim przeżyciem. Karolinka i Piotr mieli już swoją „mamę”.
- Co lubi Karolina? Układać puzzle. Piotruś kocha wszelkie zabawy z piłką - opowiadała mama Jola. - Dzieci są nie do poznania, w porównaniu do stanu, w jakim trafiły do nas. Ostatnie testy na rozwój umysłowy wykazały, że Karolinka prezentuje poziom dziecka w wieku czterech lat i jedenastu miesięcy. A ma cztery lata i osiem miesięcy. Jestem z niej dumna! Zyskała w rozwoju trzy miesiące przewagi. A była na pograniczu upośledzenia umysłowego. To niesamowite, ile może dać dziecku poczucie bezpieczeństwa oraz miłość.
Przedstawicielka Stowarzyszenia SOS tłumaczyła, dlaczego proces się toczy. Dlaczego Stowarzyszenie nie chciało się zgodzić na oddanie dzieci.
- To nie był sprzeciw przeciwko adopcji zagranicznej. Gwarantujemy kobietom, które decydują się spędzić całe swoje życie z osieroconymi dziećmi, że nikt im tych dzieci nie odbierze. Że mogą bez obaw pokochać je i tworzyć dom. Podobnie obiecujemy dzieciom, że to już ich ostatnie miejsce tułaczki, że tu mogą zapomnieć o przeszłości i budować nowy bezpieczny świat. Jeśli teraz te dzieci zostaną odebrane wioskowej mamie, to zburzymy wszystkim tę pewność.
Kandydaci na rodziców z Francji byli dobrze przygotowani do adopcji. Chętnie opowiadali o sobie. Poznali się w Afryce. Ona uczyła w liceum języka francuskiego, on odrabiał służbę wojskową jako nauczyciel w liceum technicznym. Ona po roku wyjechała na staż europejski, do Rumunii. Odwiedzali się, pokonując trasę Francja-Rumunia, aż oboje nabrali pewności, że chcą być razem.
- To bardzo ciepłe osoby, łatwo nawiązują kontakt z dziećmi, dobrze sobie radzą w tej trudnej sytuacji - opisywała ich psycholog z siedleckiego ośrodka adopcyjnego.
Przyszła mama Karoliny pracowała w żłobku i w całodobowym ośrodku dla dzieci trudnych. Gdy proces się przedłużał, jej małżonek wyjechał na kilka dni do Francji, by uporządkować sprawy zawodowe, komplikujące się z powodu niespodziewanie wydłużonego pobytu w Polsce.
Po powrocie dzieci rzuciły mu się na szyję z okrzykiem „tata!”. Pracownica domu dziecka w Siedlcach (odbywały się tam spotkania) wyszła z pokoju wzruszona, by ukryć łzy.
Francuzi mieli albumik ze zdjęciami maluchów. Dokumentowali każde spotkanie.
- Pioter - przyszły tata pokazywał z dumą małego chłopczyka.
„Pioter” trzymał w buzi kawałek jabłka i zbliżał twarz do „taty”, jakby chciał powiedzieć: Możesz kawałek ugryźć. Oboje uśmiechnięci, radośni. A na drugim zdjęciu Karolinka zanosiła się ze śmiechu, siedząc na męskich barkach.
W opinii pracowników ośrodka adopcyjnego, francuskie małżeństwo nawiązało bardzo dobry kontakt z dziećmi. Pojawiły się między nimi wyraźne więzi emocjonalne.
- Dzieci niechętnie się żegnają. Małżeństwo doskonale wyczuwa, kiedy dzieci są zmęczone, wiedzą, jak wtedy postępować. W naszej ocenie adopcja rokuje bardzo pozytywnie - oceniali psycholodzy.
Kim byli biologiczni rodzice Karoliny i Piotra?
- O takich ludziach mówi się „patologia”. Alkohol i zaniedbane dzieci... Wiem, że moja biologiczna mama zmarła na przełomie 2012/2013 roku - mówi Karolina. - Z dokumentów adopcyjnych wiem też, że miałam starsze rodzeństwo. Siostra Agnieszka powinna mieć teraz 41 lat, brat Marcin - 39, Paweł - 38, Kasia - 34, a Adam - 32. Ja mam 25 lat. W tamtym życiu mieszkaliśmy w Żyrardowie. Nic nie pamiętam z tego okresu. Byłam za mała.
Karolina i Piotr po przyjeździe do Francji poszli do lokalnej szkoły, nie znając języka francuskiego.
- Dla nas szkoła to był koszmar... Dzieci nie zaakceptowały nas. Wiem, że byliśmy wtedy dla naszych rodziców straszni. Byliśmy tyranami. Nie wiedzieliśmy, co to miłość, co to rodzina... Trudno było do nas dotrzeć. Byłam nieufna. Do dziś nie ufam nikomu. A rodzice cały czas mówili, że nas kochają... I kochali, to prawda.
Psycholog towarzysząca spotkaniom kibicowała francuskiemu małżeństwu.
- Wioskowym matkom i dzieciom można to wytłumaczyć i pomóc w zrozumieniu , że dzieje się tu coś dobrego, a nie złego. To rodzeństwo ma szanse na życie w rodzinie. Pełnej rodzinie z kochającymi ich ludźmi. Na życie „na zawsze”, a nie do „usamodzielnienia się”, jak to jest zaznaczone w regulaminie Wioski - przekonywała. - Podczas ostatniej rozprawy odniosłam wrażenie, że jest to proces pomiędzy rodziną a instytucją. Widziałam wzruszonego mężczyznę, który drżącym głosem mówił, że po prostu kocha te dzieci i zrobi wszystko, aby były szczęśliwe. A z drugiej strony adwokat mówił o paragrafach i regulaminach... Jedni mówili o uczuciach, a drudzy o funkcjonowaniu w ramach pewnego systemu. Czy zwycięży rodzina?
Rodzina zwyciężyła. Karolina i Piotruś otrzymali szansę na bycie z nowymi rodzicami „na zawsze”.
Pięć lat później, gdy Karolina była dziesięcioletnią dziewczynka, przyszła na świat jej siostra, Eliza.
- Mama adoptowała nas, bo nie mogła mieć dzieci. Ale po latach zaszła w ciążę. Podobno tak często się dzieje. To tak, jakby tę ciążę zawdzięczała nam.
Eliza nie miała takiej przeszłości, jak rodzeństwo z Polski. Zawsze była najlepszą uczennicą, a oni ciągnęli się na końcu stawki, w ogonie. I wiecznie sami w tłumie. Inni. Piotr do dziś nie ma kolegów. Jest samotnikiem. Dnie spędza w domu, z nosem utkwionym w komputerze.
- Kiedyś, gdy się pokłóciłyśmy, Eliza wykrzyczała: Ty nie jesteś prawdziwą córką mamy! Bardzo zabolało. Odparłam jedynie, że nie prosiłam, aby mnie brali. Teraz nasze relacje są lepsze, ale w dzieciństwie było trudno. Czułam, że jestem inaczej traktowana przez mamę. Czy jestem zazdrosna o Elizę? Teraz, gdy pytasz, uświadamiam sobie, że tak. Eliza jest jej córeczką. Tak. Jestem zazdrosna. Kocham bardzo moich rodziców. Ale cały czas czuję, że jestem im coś winna. Oskarżam się, że nie byłam taka wymarzona. Nie byłam, jak Eliza. Mam wobec nich dług, bo gdyby nie oni, to nie wiem, gdzie bym była. Wiecznie udowadniam, że nie popełnili błędu adoptując nas, że jestem warta tego poświęcenia. Nie zrozum mnie źle, oni nie wymagają ode mnie tej ciągłej mobilizacji. To jest we mnie. Tkwi głęboko. To mój wewnętrzny przymus.
Karolina skończyłam szkołę handlową. Bez matury. Pracowała jako ekspedientka w butiku, ale także w restauracjach, w barach szybkiej obsługi. Miała 20 lat, gdy wyprowadziła się z domu i zamieszkała z chłopakiem.
- Relacje z mamą polepszyły się wtedy, bo był dystans. Ona ciągle chciała mnie kontrolować, a ja lubię niezależność. Jestem niepokorna. Nikt nie może mi mówić, co mam robić.
Cały czas udowadniała, że da sobie radę. Zrobiła kurs i została instruktorem nauki jazdy. We Francji to niełatwe zadanie, to naprawdę coś!
- Jestem kobietą instruktorem. To piękny zawód. I bardzo odpowiedzialny. Uczę kogoś „od A do Z”. Mam poczucie, że jestem pożyteczna. Czyli nie jestem osobą, która jest nic niewarta!
Piotr nie skończył szkoły podstawowej. Jeszcze próbował swych sił w szkole zawodowej, ucząc się zawodu piekarza, ale przerwał naukę.
- On był młodszy, więc pewnie jeszcze gorzej przeżywał tamten koszmar z dzieciństwa. To dla niego musiało być trudniejsze - tłumaczy Karolina. - Teraz ma 22 lata, ale nadal jest synkiem mamusi. Jest z nią bardzo związany. Mama mu gotuje, pierze, a on tylko gra na komputerze, Nawet nie myśli o związku, o dziewczynach. On nigdy nie opuści mamy.
Karolina żyje już na swój rachunek. Nie założyła rodziny. Jej partnerzy są zazwyczaj dużo starsi od niej. Dobrze wie, że to spadek po trudnym dzieciństwie, mimo że jej adopcyjny ojciec to cudowny człowiek, który dał jej dużo miłości.
- Mam w sobie ból. Czy ma on swoje korzenie w dzieciństwie? Może tak. Chcę go uleczyć. Chcę poznać rodzeństwo. Jak ułożył im się los?
Na forum Polaków we Francji Karolina poznała Ewę. Nowa przyjaciółka świetnie mówiąca po polsku zadzwoniła do USC w Żyrardowie. Bo to tam urodziła się Karolina, tam mieszkali jej rodzice. Udało się ustalić adres Marcina. Przebywał w domu opieki społecznej. Trafił tam, gdy miał 18 lat, czyli w czasie, kiedy Karolinę i Piotra adoptowano.
- Zadzwoniłyśmy do domu opieki - opowiada Ewa. - Opiekunka poprosiła Marcina do telefonu. A dla niego czas się zatrzymał. Jakby miał nadal te swoje18 lat. Pytał bez przerwy: „Karolcia? Karolcia? A gdzie Piotruś?”. Traktował ją jak malutkie dziecko, tak do niej przemawiał. Ale przecież taką ją pamiętał. W pewnym momencie powiedział: „Byliście tacy głodni... Karmiłem was. Żebrałem, żeby coś dla was kupić... W domu nie było co jeść”. Wszyscy ryczeliśmy. Łzy ciekły nam po twarzy.
Marcin nie ma telefonu, więc na smartfona jego opiekunki Ewa wysłała zdjęcia Karoliny i Piotra.
- Ty masz włosy jak mamusia! - wykrzyknął.
Całował zdjęcie.
Co się dzieje z resztą rodzeństwa? Ewie udało się ustalić, że jeden z braci trafił do rodziny zastępczej, drugi przebywał w ośrodku dla niedowidzących, ale wszechobecne RODO nie ułatwia poszukiwań. Do najstarszej siostry, która wyszła za mąż i miała dwójkę dzieci, USC wysłał wiadomość, że poszukuje jej Karolina. Ale siostra nie odpowiedziała. Nikły ślad się urwał.
- Czy ona nie chce mnie poznać? - zastanawia się Karolina. - Ja bym bardzo chciała! I tak bardzo bym chciała, żeby mieli dobre życie. Wiem, że moja biologiczna mama nas zaniedbywała. Jednak mówię sobie: moja mama piła, ale urodziła piękną dziewczynkę, która nigdy nie wzięła alkoholu do ust.
Karolina wierzy w siłę rodzinnych więzi. I w dobry los. Wysyła do świata wiadomość:
Nazywam się Karolina Mazurek. Urodziłam się w Żyrardowie. Szukam starszego rodzeństwa. Proszę, odezwijcie się!
Jeżeli ten artykuł dotrze do rodzeństwa Karoliny, i jeśli wyrażą zgodę na spotkanie, prosimy o kontakt: m.zaczynska@siedlecki.pl, tel. 508 266 912.

Szczepionka na COVID-19 odkryta przez Rosjan?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie