Karolina Wigura: Stawiajmy na obywateli, a nie na bezkrytycznie głosujące automaty

Redakcja
Karolina Wigura
Karolina Wigura Fot. archiwum
- Tylko konsultacje społeczne pozwolą na reformy - mówi socjolożka Karolina Wigura w rozmowie z Anną Ziobro.

Większość komentatorów polskiej sceny politycznej oceniło rządową "studniówkę" jako rozczarowanie bez nawet jednego powodu do uciechy.
Tych pierwszych sto dni okazało się pretekstem nie tyle do podsumowań trzech pierwszych miesięcy nowego gabinetu premiera Tuska, co w jakimś sensie ostatnich 20 lat polskiej demokracji.

Do tej pory rząd skutecznie unikał konsultowania się ze społeczeństwem. Informował tylko obywateli, że przyjął jakieś prawo, stawiając wszystkich przed faktem. Nikt też wcześniej nie zabiegał o dialog z rządem. Co się ostatnio zmieniło w świadomości Polaków, że zaczęli się domagać swojego prawa do konsultowania z nimi podpisywanych ustaw?
Trzeba pamiętać, że rząd Jerzego Buzka na przykład nie unikał konsultacji społecznych. Ponadto powstające przez ostatnie lata NGO, czyli organizacje pozarządowe, same domagały się podjęcia dialogu z rządem. Ale rzeczywiście, w ostatnich tygodniach część rodaków, zamiast zadowolić się oddanymi w wyborach głosami albo rozsiadać się tylko przed ekranami telewizorów, zaczęła wychodzić na ulice i głośno protestować. I to pomimo temperatury poniżej minus 10 stopni! Deliberują, organizują się, potrafią wygwizdać lidera opozycyjnej partii. Domagają się rozmów. Te protesty wpisują się zresztą w obraz społecznego sprzeciwu w znacznie szerszej skali. Z jednej strony dopiero co w całej Europie protestowano w sprawie ACTA. Z drugiej natomiast strony - gwałtowne starcia z policją w Atenach muszą dawać poczucie, że w obliczu kryzysu niepopularne, trudne reformy mogą z łatwością przynieść obywatelski pożar.

Niewiele brakowało, a przepisy zamieszczone w umowie ACTA przyszłyby do Unii po cichu...
Tymczasem nagle sformułowanie "konsultacje społeczne" znalazło się na ustach wszystkich.

Wezwanie do dialogu obywateli z rządem zaczęło robić dużą karierę.

Zorganizowane przez obywateli ostatnie marsze na ulicach wielu europejskich miast pokazały, że nie należy lekceważyć potencjalnej siły protestu młodego pokolenia

Początkowo o konsultacjach społecznych wspominano - a raczej o ich braku albo niewłaściwym kształcie - w kontekście ustawy refundacyjnej i umowy ACTA. Dziś również obywatele domagają się omówienia z nimi kwestii podniesienia wieku emerytalnego, a nawet sprawy budowy elektrowni atomowej w Gąskach. Takie podejmowanie dialogu czasem już po uchwaleniu ustaw, czego byliśmy niedawno świadkami, ma przynieść odprężenie na linii władza - obywatele. No i zapobiec blokadzie reform. Szczególnie istotne były tu protesty w sprawie podpisania ACTA.

W protestach punktem zapalnym okazały się słabo przestrzegane prawa autorskie w internecie.
Prawdziwą przyczyną masowych protestów młodych ludzi - tak ja bym to interpretowała - nie było to, że chcieli oni liberalizacji prawa autorskiego. Raczej zauważyli, że nie są traktowani przez polityków po partnersku. Dodatkowo internet jest dla protestującego pokolenia bardzo istotnym medium. W tym sensie ACTA bezpośrednio go dotyczy i właśnie to spowodowało tak mocne przebudzenie społeczne.

CZYTAJ TEŻ:
* Krzemiński: Młodzi nie identyfikują się z Polską
* Szlendak: Serwisy społecznościowe to nowy rynek matrymonialny
* Woydyłło: Żyejmy w czasach w których obowiązują coraz słabsze normy moralne

Co więcej, dopiero ACTA poruszyła mocny grunt pod nogami premiera Tuska, który do tej pory czuł się bardzo pewnie. A można było znacznie wcześniej zarzucić jemu i ministrom zachowanie aroganckie albo nieliczenie się z odrębnymi opiniami.
Myślę, że zamiast personalizowania, powinnyśmy mówić raczej o reakcjach całej elity politycznej. A były one dwojakie. Część polityków była przecież zupełnie zdezorientowana. Inni z kolei próbowali za wszelką cenę podpisać się pod nowym ruchem, którego sami nie byli autorami. Pamiętajmy jednak, że nie jest tak, że polska klasa polityczna dysponuje wyczerpującą wiedzą czy doświadczeniem w prowadzeniu konsultacji społecznych. Lata 90. w rozwoju naszej demokracji przebiegały w duchu schumpeterowskim - od nazwiska Josepha Schumpetera, teoretyka polityki uważającego, że rola obywateli powinna ograniczyć się do oddania głosu raz na cztery, pięć lat, a rządzić powinna tylko polityczna elita. Natomiast początek XXI w. to już czas intensywnego tworzenia się NGO, a zatem nauki organizacji obywatelskiej. Wciąż jednak mamy wiele do nadrobienia, jeśli wziąć pod uwagę partnerskie relacje obywateli z władzą.

Jednak nadal pomijane są szersze konsultacje z obywatelami, choćby w związku z podniesieniem wieku emerytalnego.
Nie jest tak do końca. Wiemy, że premier Donald Tusk spotkał się w tej sprawie z szeregiem środowisk. Problem jednak w tym, że spotkania te trudno uznać za konsultacje społeczne z prawdziwego zdarzenia. Raczej były to spotkania dopiero inicjujące dialog z obywatelami. Należy mieć nadzieję, że pójdą za tym realne konsultacje.

A jak powinny wyglądać prawdziwe konsultacje ze społeczeństwem?
Powinien być realizowany szczegółowo przygotowany plan rozmowy z umiejętnie dobranym i przygotowanym gremium obywateli. Dobrym przykładem jest tak zwany sondaż deliberatywny, czyli metoda skonstruowana przez amerykańskiego socjologa Jamesa Fishkina, a sprowadzona do Polski i praktykowana między innymi przez Centrum Deliberacji w Instytucie Socjologii UW. Została ona wykorzystana na przykład podczas konsultacji na temat kształtu stadionu, który zbudowano w Poznaniu na Euro 2012. W uproszczeniu metoda ta polega na tym, że losowo wybraną grupę tysiąca osób zbiera się na jeden dzień w danym miejscu, gdzie możliwe jest podzielenie uczestników na grupy robocze, jak również zebranie ich na sesji plenarnej. Osoby biorące udział w deliberacji otrzymują napisane dla nich materiały, które wyczerpująco charakteryzują konkretny projekt ustawy, propozycję zagospodarowania przestrzeni publicznej itd. Przez ileś godzin materiały są przez nich czytane, dyskutowane, zorganizowane są również dyskusje z ekspertami w danej dziedzinie. Na koniec uczestnicy wypełniają ankietę, która pozwala na określenie ich preferencji odnośnie wysuniętej propozycji. Taki sondaż oczywiście nie jest tożsamy z referendum, bo obywatele nie podejmują ostatecznej decyzji o kształcie ustawy. Ale ich zdanie jest brane pod uwagę. Właśnie dzięki takim działaniom wzrasta poparcie społeczne dla planowanych zmian.

CZYTAJ TEŻ:
* Krzemiński: Młodzi nie identyfikują się z Polską
* Szlendak: Serwisy społecznościowe to nowy rynek matrymonialny
* Woydyłło: Żyejmy w czasach w których obowiązują coraz słabsze normy moralne

A zanosi się, Pani zdaniem, na trwałą zmianę postawy polityków odnośnie do wprowadzania kolejnych zmian w nasze życie?
Będzie to zależało od tego, czy politycy w Polsce będą myśleć wyłącznie w kategoriach krótkotrwałej poprawy w sondażach, czy o przeprowadzaniu trudnych i potrzebnych reform. Jeżeli o tym drugim, to niewykluczone, że premierowi nie uda się to, czego sobie kiedyś życzył, czyli przejście do historii "jako w porządku gość". Może politycy przeprowadzający reformy o znaczeniu historycznym powinni być zapamiętywani inaczej.

Niektórzy socjologowie zastanawiają się, jak daleko posunie się ruch oburzonych w Europie i USA. Ludzie organizują się ponad politycznymi podziałami, wyrażając niezadowolenie wobec wszelkich rządów.
Bardzo trudno jest przewidzieć, jak daleko te ruchy zajdą i czy z czasem nie dokona się ich skanalizowanie polityczne. Albo czy protestujący nie znajdą rodzaju własnej niepolitycznej reprezentacji, własnej niepolitycznej agory. A jeśli tak się stanie, to czy głoszona przez nich niepolityczność nie skaże ich ostatecznie na marginalizację. Z pewnym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że skoro mamy w Polsce do czynienia z grupą społeczną protestujących, która zazwyczaj jest niedoreprezentowana podczas wyborów, to jej zachowania mogą być istotne dla przyszłych decyzji politycznych Polaków. Pytanie, czy znajdzie się miejsce dla nowych ugrupowań politycznych i ich liderów. Warto w każdym razie pamiętać, że gdy mówimy o ACTA, nie rozmawiamy tylko o tym konkretnym dokumencie. Chyba najlepiej wyraził to Łukasz Jasina, pisząc na KulturaLiberalna.pl, że chłopaka z Warszawy i Hrubieszowa dzieli wszystko, ale łączy jedno: sposób, w jaki ściągają z internetu filmy. Więcej - chłopak z Hrubieszowa nie idzie do kina nie tylko dlatego, że jest biedniejszy. W Hrubieszowie kina po prostu nie ma. W dyskusji o ACTA chodzi zatem o poczucie nierówności, pozbawienia godności i wolności wyboru.

I tak Europejczycy z Warszawy oraz Hrubieszowa okradają Amerykanów przez nielegalne ściąganie filmów i piosenek. Do tego śmią protestować, gdy koncerny zabiegają o przestrzeganie prawa. Ciekawe, że dopiero kryzys pozwolił na ACTA. I jakiś rodzaj nacisków wielkich wytwórni na państwa w egzekwowaniu praw. Może w kryzysie wolności i prawa jednostek są po prostu mniej opłacalne dla państw?
W tym momencie bardzo wiele zależy od obywateli. Pamiętajmy, że nie tylko politycy uczą się rozmawiać. Uczymy się rozmawiać wszyscy. Nie chodzi jedynie o to, by rozmawiała polska klasa polityczna. Ale o to, by nie tylko stosować obywatelskie nieposłuszeństwo i protest. Obywatele i organizacje pozarządowe także mogą pomagać politykom, wskazując, jak można przygotować konsultacje, i oferując swój know-how.

Dwóch badaczy Ernesto Ganuza i Gianpaolo Baiocchi zastanawiają się nawet, czy Europę czekają rozruchy na miarę niedawnych w Afryce. Tyle że tam młodzież to zdecydowana większość. Z drugiej strony nasz kontynent lubi rewolucje. Czy nieliczenie się z obywatelami spowoduje silniejszy opór?
Nie chcę brnąć w taką futurologię. Oceniajmy to, co miało miejsce.

CZYTAJ TEŻ:
* Krzemiński: Młodzi nie identyfikują się z Polską
* Szlendak: Serwisy społecznościowe to nowy rynek matrymonialny
* Woydyłło: Żyejmy w czasach w których obowiązują coraz słabsze normy moralne

Niektórzy twierdzą, że marginalizacja młodych w Europie może doprowadzić do trzęsienia ziemi. Z drugiej strony młodzi w mocno podstarzałej Unii Europejskiej są demokratyczną mniejszością. Demograficznie jest coraz gorzej, więc o jakim trzęsieniu ziemi może być mowa?
Oczywiście europejskie społeczeństwa starzeją się. Jednak 11 lutego, gdy zorganizowano protesty na ulicach wielu europejskich miast, albo ubiegłoroczne protesty oburzonych pokazały, że nie należy lekceważyć potencjalnej siły protestu młodego pokolenia.

Na czym najogólniej mogłaby polegać wzorcowa edukacja proobywatelska, której dziś odczuwamy braki?
Na pytania o edukację udziela się bardzo często tylko jednej odpowiedzi. Pojawiły się argumenty, według którego system edukacji służy przede wszystkim przygotowaniu do wejścia na rynek. Idąc tym tropem, szkoły, a zwłaszcza uniwersytety, mają przygotowywać do odnalezienia się absolwenta na rynku pracy. Dalej mówi się o tym, że warunki, z jakimi spotykają się dziś młodzi ludzie trafiający na rynek, są trudne. I że ciężko im będzie dostać pracę, jeśli nie będą mieli odpowiednich, praktycznych kwalifikacji. Co więcej, teoretyczne bujanie w obłokach w niczym im nie pomoże.

To dzisiaj dosyć ugruntowane już przekonanie. Program wielu nowo powstających szkół jest tworzony właśnie pod kątem praktycznych kwalifikacji. Rozumiem, że to nie wystarczy.
Choć prawdą jest, że wielu szefów nie chce, żeby ich pracownicy byli zbyt krytyczni, w dłuższej perspektywie to właśnie krytyczne myślenie i wyobraźnia przekładają się na kreatywność, a kreatywność oznacza właśnie lepszą pracę. Warto zastanowić się nad tym także w Polsce, w której, jak wynika z badań socjologicznych, konformizm jest jednym z podstawowych kryteriów przyjmowania nowych pracowników na stanowiska. To raz. A dwa - rynek oczywiście nie jest rajem. Oprócz pensji i ubezpieczenia czekają tam jeszcze manipulacje, próby skorumpowania, nierówność płac i dyskryminacja. Warto w tym kontekście przyjrzeć się projektom edukacji liberalnej, które promują wyobraźnię, krytyczność i szacunek dla odmienności. Naturalnie instytucje demokratycznego państwa prawa mogą również funkcjonować całkiem dobrze, nawet gdy obywatele zajęci będą codziennym gromadzeniem kapitału. A jeśli zgromadzą go wystarczająco dużo, to także konsumpcją. Jednak z perspektywy społeczeństwa obywatelskiego taka sytuacja nie jest wystarczająca. Chodzi o to, aby wychowywać obywateli, a nie przydatne automaty sprowadzane do oddania co pewien czas głosu podczas wyborów.

Rozmawiała Anna Ziobro

CZYTAJ TEŻ:
* Krzemiński: Młodzi nie identyfikują się z Polską
* Szlendak: Serwisy społecznościowe to nowy rynek matrymonialny
* Woydyłło: Żyejmy w czasach w których obowiązują coraz słabsze normy moralne

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kuzyn_maupy
jak widać GMO, ACTA, SOPA, PIPA, INDECT, TPP, czy ECHELON, to tylko odmiany światowego problemu, jakim dziś jest IP (Intelectual Proprety), dlatego pilnie potrzeba REFERENDUM !!!
k
kuzyn_maupy
to nie tyle chodzi o samo ACTA, tylko o usunięcie z polskiego i europejskiego prawa tej proamerykańskiej ustawy o prawach autorskich i pokrewnych, którą Sejm RP uchwalił w 1994 roku, kiedy ministrem kultury był polski reżyser i aktor Kazimierz Dejmek, pod rządami SLD-PSL i premiera Waldemara Pawlaka, za prezydentury Lecha Wałęsy, która jest sprzeczna z zasadami polskiego Kodeksu Cywilnego - problemem jest złodziejski mechanizm tzw "własności intelektualnej", zakładający sprzedawanie tej samej pracy milionom ludzi, miliony razy - już bez pracy, bo on najbardziej zagraża fundamentom prawa polskiego i europejskiego, gdyż to podważa wszelkie zasady prawa oparte o własność materialną, co siłą rzeczy prowadzi stopniowo i nieuchronnie do bezprawia i anarchii..., dlatego pilnie potrzeba REFERENDUM !!!
Dodaj ogłoszenie