Kamper daje im poczucie wolności. Z domem ruszają na podbój świata

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
123RF
Stanowią zżytą, trzymającą się razem społeczność. O swoje kampery dbają bardziej niż o domy czy mieszkania, ale też caravaning nie jest tylko formą podróżowania, to sposób życia, myślenia, odbierania świata. Może dlatego niektórzy z nich większą część roku spędzają w drodze

Włodzimierz Ziółkowski, 67 lat, emeryt, chociaż wciąż dzwonią po niego z pracy. Był, a właściwie wciąż jest, świetnym operatorem kamery. Przeprasza, mało ma czasu, ale właśnie sprząta swojego kampera. Szykuje się na dwutygodniowy wypad po Polsce. Razem z siostrą chcą ruszyć do Kazimierza, potem w planach jest Sandomierz, Opatów.

- Zawsze ciągnęło mnie do podróżowania. A kamper daje poczucie wolności, niezależności - tłumaczy. Kamperowcy, zwłaszcza ci, którzy jeżdżą kamperami klasycznymi, starymi, tworzą zżytą społeczność. Wszyscy są na „ty”. Pomagają sobie, mają swoje kluby, fora, organizują zloty. Sezony rozpoczynają od tak zwanego zlotu technicznego na przełomie kwietnia i maja.

- No i w tym roku był problem, wiadomo, pandemia. Ktoś rzucił hasło, że zlot musi się jednak odbyć. Ktoś inny chwycił się za głowę: Ale jak? No i wymyśliliśmy: tak jak podczas zlotu dwa dni spędziliśmy w swoich kamperach, tylko każdy na swoim podwórku, łącząc się cały czas ze sobą przez internet - opowiada.

Jego zawsze ciągnęło w Polskę. Od dziecka jeździł na kolonie, obozy, nigdy nie lubił zorganizowanych wczasów z rodzicami. Jest entuzjastą średniowiecza, więc potem, w dorosłym już życiu wędrował po kraju, najczęściej z córką i szwagrem, zwiedzał średniowieczne zamki.

- Żona woli bardziej tradycyjne formy spędzania czasu wolnego - przyznaje.

Potem kupił jacht, a osiem lat temu klasycznego kampera. Był nim już w zamkach nad Loarą, w Hiszpanii, Bawarii.

- Co roku jeżdżę też swoim kamperem do sanatorium w Ciechocinku, leczę tam swój schorowany kręgosłup, ale też noszenie kamery przez tyle lat robi swoje. Ludzie się dziwią: Jak to? Kamperem do sanatorium? A czemu nie? Mieszkam w kamperze, a na zabiegi dojeżdżam rowerem - śmieje się.

Bardzo się cieszy na każde spotkanie kamperowców. Zawsze w listopadzie mają zlot kończący sezon, może chociaż ten uda się zorganizować w tym roku.

- Kamperowcy to barwni ludzie: otwarci, pełni życia, ciekawi świata - opowiada Ziółkowski. Potrafią godzinami ze sobą rozmawiać, o wszystkim - także o przygodach, jakie spotkały ich w drodze.

Jednymi z najbardziej znanych kamperowców w Polsce, a przynajmniej najbardziej medialnych, są Andrzej i Teresa Walczakowie. On: emerytowany kapitan Wojska Polskiego. Ona: była policjantka. Na co dzień mieszkają w Czyżynach, przez większą część roku przemierzają kamperem Europę, Azję i Afrykę. Jak dotąd odwiedzili ponad 50 krajów.

- Spędzamy czas tak samo jak większość emerytów w Niemczech i Francji, ale tylko w Polsce nasze hobby jest traktowane jak coś niezwykłego - opowiadali dziennikarzom.

Prowadzą bloga - www.kamperemprzezswiat.blogspot.com.

Wpis z lipca 2013 roku: „Dojechaliśmy do ostatniego miejsca postojowego na środkowym palcu Półwyspu Sithoni. Cały obszerny teren to pozostałość po campingu. Miejsce nazywa się albo: Akti Kouviou, albo Kastro, albo Plaża Aigianni. Infrastruktury nie ma tu praktycznie żadnej (zrujnowane toalety?). Jedynie 2-3 lokale gastronomiczne przy plaży. Za to kilka metrów nad lustrem wody znajduje się wspaniałe miejsce na postój kamperów i przyczep. Roztacza się z tego miejsca wspaniały widok na okolicę. Gdy nie ma tu miejsca, możemy zatrzymać się poniżej, koło piaszczystej plaży. Teraz będzie o minusach. W roku 2013 policja nawiedzała to miejsce i nakazywała opuszczenie terenu. Miało to miejsce średnio raz w tygodniu. Czym kierowali się stróże prawa? Nie wiem. Może skargi sąsiadów, gdy już za duży ruch panował za ich ogrodzeniem? Było, nie było - osobiście to miejsce polecamy na postój. Miło było, gdy codziennie rano przyjeżdżał do kamperów grecki samochód z pieczywem, a czasami z warzywami. Na początku plaży, koło barów, są ogólnie dostępne toalety i prysznice. Jeśli będziemy klientami lokali - możemy śmiało z nich korzystać”.

Walczakowie przyznają, że dostają po niecałe 3 tys. zł emerytury. I śmieją się, że żyją w kamperze nie dlatego, że mają dużo pieniędzy, ale dlatego, że mają ich mało. Odpada im wiele rachunków, które płaciliby, mieszkając cały rok w bloku czy w domku jednorodzinnym. Przed każdą podróżą dokładnie szacują koszty, szukają w książkach i w sieci informacji o historii, kulturze, tradycji danego kraju, sprawdzają ceny paliw i żywności.

- Rozmawialiśmy z wieloma osobami, które rzuciły pracę w korporacji, sprzedały mieszkanie i wyruszyły w świat. Często ich historie kończą się nieszczęśliwie, bo nie mają już do czego wracać. Znamy też takich, którzy w młodości ciężko pracowali i teraz, kiedy są już po czterdziestce, zbierają owoce swojej pracy i mogą większość czasu poświęcić na podróże - opowiadali w jednym z wywiadów.

Wcześniej prawie nigdzie nie jeździli. Nie marzyli o podróżach, nie rozczytywali się w książkach podróżniczych. Pracowali i wychowywali dzieci. Wszystko zaczęło się, kiedy Andrzej Walczak, już po przejściu na emeryturę, zaczął latać na paralotni. W 2008 roku wciągnęli się w caravaning. Z czasem ruszyli przed siebie.

„Odkąd oboje zostaliśmy emerytami, przynajmniej przez sześć miesięcy w roku podróżujemy kamperem. Pozostałe miesiące to przygotowania do podróży i czas dla wnuczki Justynki. Pewnego dnia powiedzieliśmy z żoną nie temu, że emeryt ma pomnażać swoją masę spadkową czy spłacać kredyty swoich dzieci. Postanowiliśmy ruszyć w podróż. Po zsumowaniu naszych średniokrajowych emerytur okazało się, że się da. Trzeba tylko chcieć. Bardzo chcieć! Najpierw zamieniliśmy naszą przyczepę kempingową, którą przez lata zwiedzaliśmy Polskę, na kampera. To nasz nowy mały biały domek, z częścią kuchenną, lodówką, łazienką z prysznicem, sypialnią, telewizorem. No cóż, bezpowrotnie minęły nasze młodzieńcze czasy, gdy mogliśmy tolerować spanie pod drzewem, kąpiel w strumyku czy też regularne spożywanie konserw. A potem wybraliśmy sobie cel wyprawy. Każdej podróży nadajemy jakiś konkretny tytuł. Tak było i w Gruzji, na Krecie czy też na Wołyniu... Tak też było przy ostatniej wyprawie do Afryki Zachodniej” - pisał Andrzej Walczak w „National Geographic” w 2019 roku.

Skoro jest kamper, to ich dom jest wszędzie tam, gdzie nim staną.

Z bloga Walczaków, 17 kwietnia 2020 roku: „Pierwsza połowa 2020 roku. Turystyka zamarła. Karawaning też. Granice zamknięte. Z planowanej powtórki wyjazdu na Kaukaz - w planowanym, wakacyjnym terminie - nic nie będzie. Więc dobry to czas na podzielenie się wiadomościami o podróży kamperem po Kazachstanie. Jestem pewien, że za rok czy dwa kampery znowu ruszą na odległe szlaki”.

Tadeusz Sakowski, emerytowany nauczyciel matematyki i fizyki, aktor i piosenkarz Teatru Stodoła, nazywany też Kamper Tatą. Razem z Januszem Kolińskim prowadzi od 2007 roku CamperTeam - forum zrzeszające miłośników kamperów, w ogóle caravaningu, bo, jak mówi Sakowski, większość z nich zaczynała od zakupu przyczepy kempingowej.

- Sam miałem trzy. Ostatnia wciąż stoi na Mazurach i robi za mały domek turystyczny, kiedy jeździmy tam z żoną - tłumaczy. Tyle że przyczepa nie pozwala na wiele. Nie wszędzie można z nią wjechać, trudniej wykonywać skomplikowane manewry, dlatego wcześniej czy później osoby, które kochają caravaning, przesiadają się do kamperów. On swojego kupił w 2007 roku.

- Mały, krótki, 4,60 metra od zderzaka do zderzaka. Miał wtedy 16 lat, dzisiaj ma 30 - śmieje się Sakowski. I dodaje, że wielu z nich odkładało na kampera latami, dzisiaj młodych stać, by kupić nowe cacko i to z górnej półki.

- Tak przyczepą, jak kamperem najwięcej jeździliśmy i jeździmy po Polsce, bo razem z żoną uważamy, że to piękny, wspaniały kraj. Pięćdziesięciu lat nie starczy, żeby wszystko w nim zobaczyć, ale oczywiście byliśmy także poza granicami, właściwie wszędzie w Europie - opowiada. Zakochali się w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza w Szkocji.

- Bardzo kochamy z żoną przyrodę, więc nie mogło być inaczej: Szkocja nas urzekła. Kiedy w niej byliśmy, panowały tam niewiarygodne upały, nietypowe dla tego kraju. Pamiętam, że spać można było wyłącznie na golasa i to przy otwartych oknach. Nie zamknęliśmy jednego z nich i ruszyliśmy w drogę. Okno wypadło, próbowaliśmy je jakoś skleić, zabezpieczając, ale dopiero w południowej Anglii założyliśmy jakąś dyktę - wspomina. Od dwóch lat jeżdżą do Czech. Wspaniały kraj, cudowni, pomocni, bardzo otwarci ludzie.

- W Czechach kilkanaście obiektów jest pod opieką UNESCO, postanowiliśmy je wszystkie zobaczyć. Z wieloma Czechami właściwie się zaprzyjaźniliśmy, w każdym razie spotykamy się także towarzysko w naszych domach - mówi.

Tak, on też zauważył, że coraz więcej osób uprawia caravaning. W 2007 roku próbowali liczyć, ile może być kamperów w Polsce, oszacowali, że kilkaset, dzisiaj jest ich ponad 20 tysięcy.

- Kampery to mobilność, można zwiedzać świat, mając dom na grzbiecie. Ja ze swojego staruszka jestem strasznie dumny: wszędzie nim wjadę, nigdy mnie nie zawiódł. Kolejna rzecz, wiem, że zabrzmi to dość górnolotnie, ale caravaning daje ogromne poczucie wolności, wprawdzie ludzie różnie tę wolność rozumieją, ale zdecydowana większość trzyma się zasad. No i kamper, przyczepa, to możliwość spotkania ciekawych ludzi - tłumaczy.

Organizują zloty tematyczne: artystyczne, teatralne, jazzowe. Kamperowcy lubią zwłaszcza te, na które można zabierać dzieci - przygotowują wtedy dla nich masę atrakcji, świętują całymi rodzinami.

Karol Strasburger, aktor, prezenter telewizyjny, jak się okazuje, też uprawia caravaning. Zimą jeździ na narty, latem odpala swojego kampera. Tak opowiadał dla „Świata Campera”: „Moje pierwsze wyjazdy kempingowe były przymiarką do sposobu mieszkania. Zaczęło się od namiotu, potem doszła mała przyczepka, aby to wszystko pomieścić. Kiedy zobaczyłem zrobionego przez znajomych z Niemiec kampera na bazie busa transportera, pomyślałem: Dlaczego nie zrobić czegoś podobnego samemu? Były to czasy braku dostępu do części: wszystko trzeba było kupować w Niemczech, a wyjechać nie było łatwo. Tak powstał mój pierwszy samochód kempingowy. Pracowałem nad nim rok, ale służył nam dzielnie przez wiele lat. Masę podróży: do Grecji i Chorwacji, masę przygód i wspomnień. Zdobyłem doświadczenie i postanowiłem zbudować nowy samochód, dużo większy i nowocześniejszy”.

Kamper powstał na bazie LT 35 maksi. Wciąż z niego korzysta, a minęło 30 lat.

Irena, dziennikarka, opowiada: - Turystom plecakowym nie było łatwo zostać „burżujami” podróżującymi w wakacje z przyczepą kempingową. Po kilkunastu latach autostopu, kilku z dzieckiem i namiotem oraz z dzieckiem, psem i namiotem - przyszła pora na przyczepę. Był rok 2008 i zdecydowała konieczność: ciężko chory pies wymagał podawania zastrzyków, a te musiały być trzymane w lodówce. Podróż bez Walkera nie wchodziła w grę, a wakacje musiały się odbyć właśnie w wakacje, bo dziecko od września zaczynało szkołę.

Przyczepa, wynajęta okazyjnie pod Warszawą, swoje lata miała, ale była sprawna, całkiem czysta, no i wyposażona w lodówkę. Rodzinne auto wcześniej zostało uzbrojone w hak, a z dwojga kierowców zrobił się jeden, bo nie każdy warszawski szofer ma odwagę ruszyć w świat z takim ogonem. Zwłaszcza że rozpędzić się z tym nie da, a wyprzedzanie możliwe jest z rzadka i tylko na autostradach, których w owym czasie w Polsce nie było zbyt wiele.

- Pierwszy przystanek zrobiliśmy we wschodnim Berlinie, na kempingu, który już znaliśmy z czasów namiotowych: nad jeziorem, w sosnowym lesie, przyjazny dzieciom i zwierzętom. Zaparkowanie tyłem z przyczepą poszło całkiem sprawnie, choć nie tak gładko i bezszelestnie jak państwu na sąsiednim stanowisku, którzy parkowali przyczepę przy pomocy pilota. Naszą pierwszą inwestycją był przedłużacz z uniwersalną wtyczką (mamy go do dziś, przydaje się na działce). Przyczepa okazała się dobrym rozwiązaniem: na jej bagażniku wieźliśmy rowery, a kiedy na nich jeździliśmy, pies spał sobie „w domku”. Na dłuższe dystanse odpinaliśmy samochód - wspomina.

Następnym punktem na ich mapie był holenderski park rozrywki, de Efteling. Zanim tam jednak dojechali, ich dom na kółkach przeżył chrzest bojowy podczas nawałnicy, która dopadła ich na niemieckiej autostradzie. Lało, pioruny waliły, a kolejne miejsca postojowe były w 150 procentach obłożone. Kiedy w końcu zdołali się zatrzymać, pies dostał niekończącego się ataku padaczki. Atak minął, kiedy wyszło słońce. Kemping koło Eftelingu okazał się być miasteczkiem, podzielonym na kilka części: domki duże, domki małe, kampery, przyczepy, namioty. Jedna część była oddzielona od pozostałych siatką i bramą zamkniętą na kłódkę: tam mieszkali Polacy, którzy pracowali w fabrykach i szklarniach Brabancji. Oni nie mieli dostępu ani do sklepów, ani do basenu na terenie kempingu. Choć w warunkach komfortowych, zabawili tam krótko. Zdążyli poznać sympatyczne małżeństwo z Polski, które z żalem rozstało się właśnie z córeczką w wieku ich małej - skończyła wakacje u rodziców i wróciła do popegeerowskiej wsi. Spotkali przemiłych starszych Holendrów, którzy w swojej przyczepie mieli między innymi małą pralkę.

- Naszym celem było Morze Północne. Znamy te tereny dość dobrze, bo przepracowaliśmy na Westlandzie w czasie studiów parę szklarniowych sezonów. W Scheveningen miejsc dla przyczep nie było, znalazło się w niedalekim Monster. Tam znowu osobne światy: lepszy dla turystów, gorszy dla gastarbeiterów. Wspólny był tylko sklep, w którym - ku naszemu zdumieniu - można było kupić prawdziwe polskie pierogi! Dziecko było zachwycone. Było tam zresztą więcej powodów do radości: dojście do plaży prosto z kempingu po drewnianym podeście chroniącym wydmy, asfaltowa droga rowerowa z profesjonalnym oznakowaniem, pasące się nieopodal konie - wzdycha.

Siedmiolatka dzielnie pedałowała z nimi na różowym rowerku do Hoek van Holland i do Hagi. Atrakcji było zresztą dużo więcej: choćby wizyta w Madurodamie - parku miniatur i seans w Omniversum - niezwykłym kinie, w którym widz jest „w środku” filmu. Minęły lata, a oni wciąż pamiętają huragan Katrina, który widzieli w tym kinie pod wielką kopułą.

- No i te zachody słońca na plaży pełnej muszelek! Oglądaliśmy je każdego dnia, a z nami nasz Walker noszony na rękach, bo po piasku nie miał siły chodzić. Podczas tej podróży był z nami w Amsterdamie i Rotterdamie, w Delftach i w Berlinie. Odszedł dwa dni po powrocie do domu - ścisza głos.

Ewa, od kiedy mąż kupił przyczepę, nie wyobraża sobie „stacjonarnych” wakacji. Waldek ma taką pracę, że musi jeździć po Polsce, firma zwraca mu koszty noclegów w hotelach. Tyle tylko, że on miał już dość pokoi hotelowych, chciał także w tygodniu namiastki domu. Odłożyli pieniądze i kupili przyczepę kempingową. Ewa zrobiła wszystko, żeby było w niej przytulnie.

- Kilka miesięcy później przyszły wakacje i stwierdziliśmy, że skoro mamy już przyczepę, trzeba z tego skorzystać. Ruszyliśmy przed siebie. Dwa tygodnie w trasie: Mazury, potem przejechaliśmy północ Polski, wzdłuż linii brzegowej, skończyliśmy w Łagowie, w woj. lubuskim. Było wspaniale - wspomina. Nic nie musieli, nic ich nie ograniczało. Mogli w ciągu godziny podjąć decyzję, że jadą dalej albo, że zostają na dłużej.

- No i poznaliśmy na polach kempingowych wspaniałych ludzi. Do dzisiaj jesteśmy w kontakcie - uśmiecha się.

W tym roku też zaplanowali podobne wakacje. Tyle że w trasę ruszą z przyjaciółmi. Jedni, jak oni, mają przyczepę, drudzy kampera. Siedzą właśnie nad planem wyprawy, wyprawy - bo tym razem w trasie będą ponad trzy tygodnie. Chcą jechać na południe, dawno nie byli w polskich górach, Bieszczady widzieli tuż po ślubie, jakieś 20 lat temu.

Które wina pasują do klasycznych polskich dań?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie